magda_paw
05.04.06, 22:55
Wczoraj wylądowałam na izbie przyjęć przy szpitalu, niby wojewódzkim, choc
watpie, aby zmienilo to cokolwiek. Cale szczescie, ze nie bylam
pacjentka...Zainteresowanie pacjentem zerowe, o 20 zmierzone cisnienie,
zlecona kroplowka i pobranie krwi...21 wciaz czekamy. Zjawia sie
saitariusz...robi co ma zrobic, znika...22 slysze, ze za 5 minut przyjdzie
lekarz...przychodzi o 24...Na korytarzu przebieram nogami, widze ludzi...kazdy
tak samo "zadowolony z obslugi" jak ja. Widze faceta, ktory z nienaturalnie
wygieta noga kustyka po korytarzu...22.30 kieruja go na ortopedie...babka obok
mowi, ze on na tej izbie przyjec od 15. Okazalo sie, ze mial otwarte zlamanie,
przyjechal z tartaku zza miasta, czekal na wyniki...od 15??!!!!!!! Kustykal po
korytarzu z probowka wlasnej krwi, ktora mu pobrano...oslabili mnie!
Skierowali go na ta ortopedie, ale oczywiscie musial isc tam sam, z wygieta
noga...zadmego wozka, zadnej pomocy pielegniarek...strach sie bac...zeby
chorowac trzeba miec odwage!
Wiem wiem...czlowiek naogladal sie ostrego dyzuru, ale i tak mam nieodparte
wrazenie, ze nasza sluzba zdrowia jest daleko w tyle...co zmienia wyzsze
zarobki? NIC