rudy_rudolf
22.02.07, 15:05
Stało się - zdrowie podupadło i poszedłem do lekarza. LEKARZA RODZINNEGO.
Rzecz dzieje się w pewnej katowicikiej przychodni:
AKT 1.
JA: Chcę pani doktor B. przyjmnie mnie dzisiaj?
PANIENKA Z OKIENKA: Pani doktor już nie przyjmuje.
JA: Dlaczego? Dyżur ma do godziny 12.00 a jest dopiero 11.
PANIENKA Z OKIENKA: Proszę zapisać się do kogoś innego.
JA: Nie. Ta pani jest moim lekarzem rodzinnym - chcę żeby mnie przyjęła!
PANIENKA Z OKIENKA: bierze kartę, idzie do gabinetu, po powrocie informuje
mnie: Doktor B. już wyszła. Mam zapisać do kogoś innego?
Siłą rzeczy zapisałem się do innej lekarki. Swoje odczekałem. W myślach
rozstrząsałem paradoks, że ktoś ma pracować do 12, a o 11 już go nie ma -
doszedłem jednak do wniosku, że skoro dyrektor tej placówki na to pozwala, to
mnie pozostaje jedynie olać system i zaakceptować taki stan rzeczy. W końcu
zostałem wezwany przed oblicze doktor K.
DOKTOR K. Co panu jest...
JA: głowa, katar, mięśnie, kaszel...
DOKTOR K. (po dłuższej analizie karty): A dlaczego pan przychodzi do mnie?
Pana lekarzem jest doktor B. Dlaczego pan do niej nie poszedł??
Z łaską wypisała recepty, o zwolnieniu lekarskim nawet nie rozmawialiśmy. Z
tego miejsca chcę gorąco podziękować pewnej katowickiej przychodni. Mam
nadzieję, że doktor B. dobrze się bawi, a doktor K. wybaczy że naruszyłem jej
olimpijski sposób.
To pisałem Ja, okryty hańbą młody pacjent ;>