Nie będzie to post na temat, jaka Ona zła. Nie bedzie też to post, jaki sk..... z mojego męża.
Będzie to na temat jak długo kobieta, kochanka właściwie może czekać. Powiedzcie mi, jest jakaś granica?
Sytuacja u mnie jest taka, że dawno temu odkryłam romans męża. Rozmawiałam z Nią nawet telefonicznie wiele razy. Nie, nie byłam na nią zła, nie krzyczałam, nie wyzywałam. Gadałyśmy. Mąż stwierdził, że odchodzić nie chce, kocha mnie. Jakoś się poukładało to niby. Dalej było różnie, wiedziałam, że od czasu do czasu ma z nią kontakt. Za każdym razem obrywał za to i on i tym razem już ona. Ona za to, że mi kłamała, bo mówiła do mnie, że u nich to był czysty układ, a do niego pisała, że kocha. No dobrze, kocha, to trudno. Minęło kilka ładnych lat. Gdyby chciał odejść, poszedłby. Nie trzymam go ani zębami, ani pazurami. Odeszłam na trochę od niego, mógł iść i układać sobie życie z Nią. Potem wróciliśmy do siebie i kupowaliśmy mieszkanie. W sumie nie musiał pakować sie ze mną w nowe gniazdko, mógł też sobie iść. Aż niedawno któregoś dnia przeczytałam maila od Niej do niego. Treść mniej więcej taka, że teraz po 7 latach Ona ma nadzieję na wspólne życie, że on ma wynająć mieszkanie i odwiedzać syna, najlepiej, jakby mnie nie widywał. No i, że go kocha.
Dobra, poniosło mnie i jej parę słów niezbyt miłych napisałam. Niepotrzebnie. Ale trudno. On oberwał również, żeby nie było

I mówię do niego, idź, układaj sobie z Nią życie, wyprowadź się, weźmiemy rozwód i pa. Na to on, że nie chce. Bo Ona sobie coś uroiła. Bo on z nią gadał o naszych problemach małżeńskich, bo akurat sie nawinęła i ona sobie takie wnioski wysnuła.
I teraz moje pytanie. Jak długo można czekać, żyć nadzieją? Czy jest taki czas, że mówicie sobie dość, z tym gościem już nic nie wyjdzie? 7 lat to kupa czasu przecież. Czy można aż tak długo wierzyć, nawet jeśli on ściemnia, to czy można wierzyć?