martika_72
02.05.15, 19:56
Sypało mi się małżeństwo, mąż chciał się rozwieźć... To były dla mnie dramatyczne i trudne chwile. I wtedy pojawił się Marcin - kolega z pracy, niepozorny, miły facet, spytał czemu chodzę taka smutna, a ja będąc już na skraju wytrzymałości wyżaliłam mu się. Płakałam mu w rękaw przez 2 lata - tyle trwała szarpanina z moim mężem. Wiedziałam, że Marcin ma żonę i dzieci, ale nie przeszkadzało mi to, bo nawet do głowy mi wtedy nie przyszło, że mógłby być kimś więcej niż tylko kolegą. Pomógł mi przetrwać ten trudny czas, pomógł mi przeżyć rozwód i ogromny ból po stracie męża... I zakochałam się w nim. A właściwie to pokochałam go - jak się okazało z wzajemnością (pierwszy powiedział, że mnie kocha i że kochał mnie od bardzo dawna). I tak się zaczął nasz romans. Jego małżeństwo było zimne i pozbawione uczuć (tak twierdził). Żona bardzo interesowna i wyrachowana, zdradzała go. On bardzo związany z dziećmi (obecnie 6 i 8 lat mają) i na nich skupiony robił w domu wszystko: opiekował się dziećmi, sprzątał, gotował i tolerował romans żony. Twierdził, że jej nie kocha, że jest nieszczęśliwy, ale jednak tkwił przy niej. Ponoć z powodu dzieci, bo bał się, że ona mu je odbierze, gdyby chciał się rozwieść. Ja nigdy nie żądałam by się rozwiódł, on mówił, że jestem jego nadzieją na normalne życie w przyszłości. I tak to trwało przeszło 3 lata. Aż tu 2 tygodnie temu Marcin dostaje anonimowego smsa, z informacją, że jego żona wybiera się z kochankiem w góry. Jego reakcja mnie zaskoczyła - myślałam, że pogodził się z tym, że żona go zdradza i kolejny raz przymknie oko na jej wyskok, ale on przeżywa to strasznie, prosi ją, by nie jechała, ona nie słucha i jedzie. Po tym jej wyjeździe coś w nim pękło, powiedział mi, że nie może tak żyć, że nie chce być już traktowany jak pomiotło, że chce zasypiać i budzić się u boku kobiety, którą kocha, że chce mieć normalny dom. Powiedział mi, że potrzebuje złapać do wszystkiego dystans i że musi zrobić porządek ze swoim życiem. Od kilku dni nie piszemy do siebie i nie spotykamy się poza pracą. Wygląda bardzo kiepsko, widzę, że jest w koszmarnym dołku, nie może ze mną rozmawiać, bo mu łzy same kapią. Ja nie wiem co o tym sądzić. Bardzo mi go brakuje, tęsknię przeokropnie, kocham go i chciałabym z nim być, ale co ja mogę zrobić w tej sytuacji? Nic... Pozostaje mi biernie czekać. Ale to czekanie mnie wykańcza... Co o tym wszystkim sądzicie? Jak to się skończy? A może on mnie okłamywał, albo wstydził się przyznać, że jednak kocha swoją żonę, a ja mu tylko pomagałam przeżyć fakt, że żona ma kochanka?