donvito52
18.03.25, 20:38
Kilka dni temu wizytowałem swe dziecko na drugim końcu miasta. Jakieś 20-25 minut jazdy.
Już się szykowałem do powrotu kiedy żona dzwoni; paaalii się ... kompostownik się pali.
Zaraz rzuciła telefon i pobiegła gasić ...
Ja roztrzęsiony dzwonię na 112, operator bardzo profesjonalnie uspokoił mnie i zanim skończyłem rozmowę już wysłał straż do zdarzenia.
Jadąc do domu byłem pełen czarnych myśli, bo; obok kompostownika leży sterta gałęzi i stoi kilkanaście dużych świerków i sosen. Jak dostaną ogień to tylko zrobią FUUU i wielki płomień.
Na miejscu, 3 jednostki straży !! !! ogień ugaszony.
Byłem pewien, że przyczyną było zaprószenie, że albo żona próbowała palić gałązki róż nie nadające się do kompostu, albo ktoś przez płot rzucił peta i od niego zaczął się ogień.
Ale nie, żona akurat nie usiłowała spalić pozostałości po różach, a od ogrodzenia do kompostownika jest ponad dwa metry + wysokie ogrodzenie. Marne szanse by niedopałek doleciał.
Pan strażak uspokoił mnie i jednocześnie zaniepokoił. Stwierdził mianowicie, że wyjazdy do płonących kompostowników zdarzają im się po kilka razy w roku.
Trudno mi było uwierzyć ... ale strażak, więc wie co mówi ...
Cza uważać ...
Kompostownik świeży, z liści, traw z wiosny, jesieni 24 roku i trochę przedwiosennych różnych takich ...