cs137
18.12.07, 05:23
Miałem bardzo religijną babcię i jej bardzo zalezało na tym, żebym był
ministrantem. To były czasy jeszcze przed Vaticanum II. Wiec należało wykuc
pare łacińskich odzywek, co mi przyszło bez trudu. Ale byłem chłopcem bardzo
nieśmiałym, i na tescie, kiedy trzeba było odpowaidac na wyrywkowe pytania,
zawsze inny ministrant mnie uprzedził. Wiec ksiądz uznał, ze słabo jeszcze
opanowałem i kazał mi sie jeszcze uczyć. Powiedziąl, że dopiero jesli zdam za
kolejnym podejsciem, to bede mógł zaczac służyc do Mszy. Ja byłem dosc
przygnebiony i kiedy zwierzyłem sie Tatowi (tak! Tatowi, tak sie mowiło od
wieków we Lwowie, najbardziej polskim z wszytich polskich miast! - nie
"Tacie"), to on chwile pomyślał i poradził mi: wiesz co, to ty sie naucz
wiecej, niz ksiądz wymaga - na przykład, całego Rózańca po łacinie, i wtedy
ksiądz z krzesła spadnie z podziwu! Ojcu łatwo było powiedzieć