Taluncingo a Toluca

15.05.06, 21:32
Rok w Taluncingo, stypendium. Trafila mi sie ta miescina, drugim miejscem
byla Toluca, do ktorej jedzie ktos inny. Co to za miejsce? Jest tam co robic?
Czy naprawde bardzo duzo stracilem...?

Moze ktos zna ;)
    • zfiesz Re: Taluncingo a Toluca 24.05.06, 16:21
      w tultncingo niestety nie bylem. w ogole uwazam, ze "niestety" dotyczy kazdego
      miejsca w meksyku, ktorego nie widzialem.
      w toluce spedzilem zas tylko jedna noc i tak ja wspominalem:

      Toluca de Lerdo, półmilionowa stolica stanu Meksyk, choć założona w 1530 roku,
      nie ma charakteru miasta kolonialnego.

      W samym mieście niewiele jest miejsc wartych szczególnej uwagi. W centrum, przy
      głównym placu znajduje się druga pod względem wielkości katedra Meksyku
      (największa jest stołeczna Katedra Metropolitalna). Jak większość meksykańskich
      świątyń i tu przeważa barokowy przepych. Wokół centralnego placu mieszczą się
      również, utrzymane w kolonialnym charakterze, budynki lokalnych i stanowych władz.

      Większość "niearchitektonicznych" atrakcji miasta znajduje się w Centro Cultural
      Mexiquense, stanowym centrum kultury. Swoje siedziby mają tu: Muzeum
      Antropologii i Historii, Muzeum Sztuki Współczesnej i Muzeum Sztuki Ludowej.

      Muzeum Antropologii i Historii w Toluce to kopia stołecznego Narodowego Muzeum
      Antropologicznego, tyle, że znacznie uboższe i większy nacisk położono tu na
      okres konkwisty. W Muzeum Sztuki Współczesnej, to jak większość tego typu
      przybytków na świecie, miejsce dla osób zorientowanych w temacie i koneserów.
      Spośród wielu wystawionych tu eksponatów, szczególne wrażenie robią ogromne
      płótna Leopoldo Flores Valdesa.

      Warto natomiast zajrzeć do Muzeum Sztuki Ludowej. Warto chociażby dla samego
      budynku. Muzeum mieści się w starej hacjendzie. Odnowiona i pomalowana na
      granatowo-pomarańczowo, wygląda doskonale. W środku wszystko, co ludowe. Od
      zabawek, sprzętów domowych, ubrań, instrumentów po siodła i cały osprzęt
      jeździecki. Specjalne miejsce (prawdopodobnie z okazji Día del Muertos,
      tutejszego Święta Zmarłych - odwiedziłem Meksyk na przełomie października i
      listopada), zajmowała wystawa świec. Cały proces, wszelkie kształty, kolory i
      zapachy.

      Wstęp do wszystkich muzeów Centro Cultural Mexiquense jest bezpłatny.

      Tuż obok Toluki znajduje się miasteczko Metepec (choć w rzeczywistości jest to
      raczej dzielnica Toluki). Tutaj panuje znacznie przyjemniejszy klimat. Położony
      na zboczach gór, z wąskimi uliczkami, starymi kościołami i domami, Metepec robi
      wrażenie miejsca "z duszą".

      Innym celem wycieczek do Toluki jest masyw górski Nevado de Toluca z wznoszącym
      się na prawie 4400 metrów wygasłym wulkanem o tej samej nazwie. Pod sam wulkan
      można dostać się jedynie własnym transportem lub taksówką. Dojazd z centrum
      miasta trwa około 40 minut i, w przypadku podróży taksówką, kosztuje 160-200
      pesos. Już sama przejażdżka górskimi drogami parku narodowego (Parque Nacional
      Nevado de Toluca), obejmującego znaczną część masywu robi niesamowite wrażenie.
      Z jednej strony strome zbocza gór, z drugiej przepaść...

      to jesli chodzi o suche fakty...
      a jak bylo?:

      Wczoraj (środa 05.11.2003) po raz pierwszy wybraliśmy się do nieturystycznego
      miasta, jakim jest Toluca. To półmilionowa stolica Stanu Meksyk, oddalona od
      miasta Meksyk o jakieś 120 kilometrów. Celem wycieczki miało być zdobycie
      wulkanu Nevado de Toluca. Pobudka o 5'30 rano skutecznie pozbawiła mnie
      entuzjazmu, a dość skromne zaangażowanie Mario wcale nie zmieniło sytuacji.

      Na miejsce (tzn. do Toluki) dojechaliśmy autobusem pierwszej klasy, co akurat
      było jednym z najmilszych przeżyć z tej wycieczki. Miasto robi jak najgorsze
      wrażenie (przynajmniej pierwsze). Wygląda jak jeden wielki slums i śmietnik.

      Jeszcze na dworcu autobusowym w Toluce, dopadli nas taksówkarze, naiwnie myśląc,
      że jak biały to ma pieniądze;-). Za wycieczkę pod wulkan życzyli sobie 160-200
      pesos, co oczywiście było dla nas nie do przyjęcia.

      Mario nie miał pojęcia gdzie znajduje się Nevado de Toluca, ale po małym
      zamieszaniu wsiedliśmy w autobus, który miał nas do niego dowieść. Kierowca
      obiecał, że powie, kiedy najlepiej wysiąść, żeby było blisko. Tylko obiecał.

      Autobusem 2 albo 3 klasy, jechaliśmy dobrze ponad godzinę (za bilety
      zapłaciliśmy 30 pesos) i w końcu wysiedliśmy w jakiejś całkowicie zabitej
      dechami dziurze, żeby złapać autobus powrotny do Toluki. Ale nie ma tego złego,
      co by na dobre nie wyszło.

      Do tej pory widziałem przede wszystkim Meksyk miejski i dla turystów. Droga z
      Toluki do San Agustin (bo tak nazywała się dziura w której zmieniliśmy autobus;
      a dodam, że sprawdziłem – na meksykańskiej mapie nie ma tej wiochy; może na
      jakiejś szczegółowej by się znalazła), prowadzi przez niesamowite krajobrazy. Od
      początku autobus piął się w górę. Sama Toluca leży znacznie wyżej niż Ciudad de
      México (średnio 1500 m n.p.m.), a tu coraz wyżej i wyżej. Serpentyna tak kręta,
      że na niektórych zakrętach (nie wymyślam) skakał kompakt, grający całą drogę
      jakieś rzewne meksykańskie ballady. Zwykłą dwupasmówkę jak do Rogajn czy
      Lepna;-), tyle, że poskręcaną jak DNA, kierowca pokonywał za zabójczą dla mnie
      prędkością (cały czas było ograniczenie do 40, ale na pewno nie stosował się do
      niego).

      Kiedy na, powiedzmy, 45 stopniowym zakręcie (z górki!!) z naprzeciwka pojawiał
      się drugi autobus lub ciężarówka, wciskałem się w siedzenie. Ale widoki
      rekompensowały mi stresy. Z jednej strony przepaść, z drugiej kilkaset metrów
      przyczepionych do skał drzew. W pewnym momencie zaczęły pojawiać się nawet
      świerki i sosny, jak w KRAJU:-). To chyba znaczy, że byliśmy bardzo wysoko.

      Inny dowód na wysokość? Kiedy w drodze powrotnej autobus zatrzymał się na
      przydrożnym "parkingu", bo kierowca musiał wyjść "za potrzebą", ja skorzystałem
      z okazji, żeby zrobić fotkę wulkanu, który akurat przybliżył się na kilka
      kilometrów. Przejmujący chłód (miałem na sobie dwie bluzy, bo Mario uprzedził
      mnie, że Toluca jest zimna) i rzadkie powietrze (sapałem jakbym przebiegł kilka
      kilometrów; no może trochę przesądziłem, ale oddychało się ciężko).

      Wyrozumiały dla gringo kierowca poczekał, aż zrobię to jedyne i najważniejsze
      zdjęcie i ruszyliśmy dalej (tym razem z zabójczą prędkością w dół).

      Skazą na tym niezwykłym krajobrazie, są tony (tym razem nie przesadzam) śmieci,
      lezących w każdym miejscu, w którym można się zatrzymać. Cały ten obszar to park
      narodowy (Parque Nacional Nevado de Toluca), więc na pikniki przyjeżdżają tu
      całe rodzinki. Niestety, jako że Meksyk leży blisko USA, to i nawyk pakowania
      wszystkiego w jednorazówki panuje i tu.

      Z nieco innej beczki. Przejechaliśmy tą górską serpentyną pewnie jakieś 50 do 70
      kilometrów (sądząc po czasie) i minęliśmy cała masę wiosek i miasteczek. Widok
      naprawdę przygnębiający. Duże miasta są tu niezbyt urodziwe (poza starymi,
      historycznymi dzielnicami dla turystów i bogatymi "zonami" biznesowymi) i
      zaśmiecone. Jednak to, co widziałem tam w górach to obraz nędzy i rozpaczy w
      pełnym tych słów znaczeniu. Drewniane, rozlatujące się chaty wyglądające jak
      szopy, rozklekotane i wyeksploatowane auta, brudne dzieci i zaniedbani dorośli
      (kilka osób wsiadało i wysiadało po drodze, więc miałem okazję się przyjrzeć).
      Tak wygląda prawdziwy, wiejski Meksyk.

      Kiedy wróciłem do Toluki, zaczynał mi już dokuczać głód (było około 14, a nie
      jadłem nic od 6 rano). Tutejsza rodzina Mario, nie należy do najgościnniejszych
      i, jak się później dowiedziałem, nie cieszy się zbytnią sympatią. Pożywienia
      szukaliśmy więc na własną rękę (i kieszeń oczywiście;-).

      Zdecydowanie odmawiałem jedzenia tacos na ulicy, co wprowadzało Maria we
      frustracje, ale dzięki temu odkryliśmy "Cocina Economica; Comida Corrida"
      zarządzaną przez niejakiego don Juanito. Jeszcze w samolocie, mój pierwszy
      meksykański kolega, mówił mi, że miejsca takie (cocina economica to po prostu
      dom otwarty, w którym za całkiem niewielkie pieniądze można się najeść), jak
      najbardziej zasługują na zaufanie, mimo że czasem mogą prezentować się dość
      obskurnie.

      Nie inaczej było z przybytkiem don Juanita, na Lago Athabasca; Colonia Nueva
      Oxtotitlan. To nie przypadek, że zapamiętałem tak dokładnie namiary. Za 40 pesos
      (ok. 12 złotych!!) zjadłem wiadro przyzwoitej pomidorówk
      • zfiesz Re: Taluncingo a Toluca 30.06.06, 19:08
        troche spoznione uzupelnienie:)

        Nie inaczej było z przybytkiem don Juanita, na Lago Athabasca; Colonia Nueva
        Oxtotitlan. To nie przypadek, że zapamiętałem tak dokładnie namiary. Za 40 pesos
        (ok. 12 złotych!!) zjadłem wiadro przyzwoitej pomidorówki z podsmażanym
        makaronem, michę ryżu na ostro z warzywami i mięso, które gdyby miało panierkę
        mógłbym nazwać schabowym!! (wszystko razem nosiło nazwę "con Milanesa") Byłem w
        siódmym niebie. Na pożegnanie oczywiście uścisk dłoni szacownego, dawno już
        posiwiałego don Juanita i z nową dawką optymizmu ruszyliśmy na podbój Toluki.

        Miasto nie może, oczywiście, równać się z Ciudad de México. Ma jednak jeden
        plus. Wszystkie "atrakcje" są za darmo. W Centro Cultural Mexiquense, bo taką
        nazwę nosi stanowe centrum kultury, znajduje się właściwie wszystko, co w Toluce
        warto zobaczyć.

        Na pierwszy ogień poszło muzeum sztuki współczesnej.

        Sztuka współczesna ma tę wadę, że najczęściej jest to przerost formy nad
        treścią, ale zawsze znajdą się wyjątki potwierdzające regułę. Znalazłem tu kilka
        perełek, które z ogromna przyjemnością widziałbym u siebie w domu. Szczególnie
        (na tyle szczególnie, że spisałem nazwisko) utkwiły mi w pamięci ogromne płótna
        Leopoldo Flores Valdesa. Oczywiście nie da się ich opisać, ale warto wspomnieć;
        tak żeby kilka osób poznało TO nazwisko (może kiedyś będzie sławny; może już
        jest, ale ja o tym nie wiem;-)

        Muzeum Antropologii i Historii w Toluce to xero stołecznego muzeum, tyle, że
        znacznie uboższe i większy nacisk położono na konkwistę. Nic szczególnego.

        Warto natomiast zajrzeć do Muzeum Sztuki Ludowej. Warto chociażby dla samego
        budynku. Muzeum mieści się w starej hacjendzie. Odnowiona i pomalowana na
        granatowo-pomarańczowo, wygląda lepiej niż genialnie. W środku wszystko, co
        ludowe. Od zabawek, sprzętów domowych, ciuchów, instrumentów po siodła i cały
        osprzęt jeździecki. Specjalne miejsce (pewnie przy okazji Día del Muertos,
        tutejszego Święta zmarłych), zajmowała wystawa świec. Cały proces, wszelkie
        kształty, kolory i zapachy. Ciekawe, ale tak jak napisałem, największe wrażenie
        wywarł na mnie sam budynek. Aż rozmarzyłem się jakby to fajnie było mieszkać w
        czymś takim.

        Reszta miasta to slumsy, kilka dzielnic dla klasy średniej, jedna dla burżujów i
        małe centrum, w którym standardowa katedra (przytłaczająca przepychem, jak
        wszystkie meksykańskie kościoły), budynki władz stanowych i miejskich i jeszcze
        mniejsze centrum kulturalno-rozrywkowe. Nic szczególnego.

        Wieczorem odwiedziliśmy coś, co na mapie jest odrębnym miastem, ale w
        rzeczywistości to raczej dzielnica Toluki – Metepec. Tutaj panuje znacznie
        przyjemniejszy klimat. Z lekką nutą dekadencji (że zacytuję kiepską reklamę).

        Położony na zboczach gór, z wąskimi uliczkami, starymi kościołami i domkami,
        robi wrażenie miejsca "z duszą". Choćby dla tych kilku chwil warto odwiedzić
        Tolukę/Metepec.

        Wieczór spędziliśmy grając w bilard, bo tutejsza Mario's Family, poza tym, że
        niezbyt gościnna, jest dość dobrze sytuowana i w salonie na piętrze ma stół
        bilardowy.

        Najgorsza była noc, ponieważ tutejsza mama przygotowując mi sypialnię, wysypała
        chyba cały odświeżacz o szumnej nazwie "Elegant". Waliło tak, że nie mogłem spać.

        Na śniadanie (czwartek 06.11.2003) wróciliśmy do "Comida Corrida" don Juanita,
        co on najwyraźniej uznał za wyróżnienie i obiecał, że następnym razem zaprosi
        nas na obiad już do właściwej części mieszkania (myślę że ja też powinienem to
        traktować jako zaszczyt). Śniadanie nie było jednak tak zachwycające jak środowy
        obiad. Nie wiem, dlaczego meksykanie nie używają do jajecznicy soli i pieprzu
        (zresztą pieprzu nie używają chyba wcale, bo go tu nie widziałem).
        • kasiasmom Re: Taluncingo a Toluca 01.07.06, 19:55
          Hej, po co im pieprz, jesli maja salsy! :-)
Pełna wersja