Dodaj do ulubionych

dopadła mnie jesień

IP: 156.24.229.* 07.10.01, 21:13
Czuję powiew jesieni na karku. Znów dni robią się krótsze, zimnawo, szarawo,
drastycznie wzrósł mi apetyt. Chociaż biegam na fitness trzy razy w tygodniu to
jednak moje samopoczucie jest nadal w dolnej strefie stanów średnich. Mam
wrażenie, że w fitness klubach tzrepią kasę i tak naprawdę mają w nosie swoich
klientów, czysta komercja. Chcesz się ruszać to płać i jeszcze pilnuj swoich
godzin, bo nikt cię nie wpuści na inną grupę! To jakiś koszmar. Czuję jak
zaczyna obrastać mnie grubsza warstewka tłuszczu z pewnością jest to
efekt "kuracji" czekoladowej. Czy jestem wyjątkiem? Czy ktoś przeżywa podobne
jesienne frustracje?
Obserwuj wątek
    • Gość: rena Re: dopadła mnie jesień IP: 10.1.11.* / 193.41.231.* 08.10.01, 08:22
      o tak...dopada mnie apety, ktorego nie moge poskromic. z tego powodu mam wyrzuty sumienia. chodze 2 x w
      tygodniu na godzine plywania i caly czas mam dylemat, czy odpowiednio dopasowalam rodzaj i ilosc sportu do
      mojego pragnienia schudniecia.
      • Gość: Monia Re: dopadła mnie jesień IP: 10.0.127.* / *.centrala.pbk.pl 08.10.01, 10:22
        Nie jesteście same.
        Wydaje mi się, że przy tej ilości zjadanych w weekend posiłków nie odrobię
        strat chodząc na ćwiczenia "na tygodniu", ale w sobotę nie chce mi się nawet
        ruszyć palcem.
        • Gość: fafjon Re: dopadła mnie jesień IP: 156.24.229.* 10.10.01, 17:07
          No właśnie ucieka nam gdzieś w bok tzw. racjonalne myślenie. Nie ma cudów. Nie
          wierzę w żadne diety typu Cambridge ani Meridiany, czy jak tam to paskudztwo
          się zwie. Podobnie jest z fitnessem, czy basenem; sam w sobie nam na pewno nie
          pomogą. To wielka lipa, że obiecuje się nam figurkę motylka, jeśli tylko zawita
          się w progi jakiegoś klubu i "zainwestuje" głównie w klub, bo na pewno nie w
          siebie! To wielki wysiłek, żeby trwale schudnąć, a my ludzie jesteśmy słabej
          woli i na tym robią kasę wielkie koncerny farmaceutyczne, czy też właściciele
          klubów, które wyrastają jak grzyby po deszczu. Nie powiem łażę do klubu w miarę
          regularnie, lepiej się czuję, ale na pewno nie jest to droga do wypracowania
          boskiej figury, bo na to potrzeba czasu i olbrzymiej pracy. Trenowałam
          wcześniej ponad 10 lat w jednym z akademickich klubów i to za darmo - byłam
          zawodniczką, po 1,5 godz. dziennie. Dlatego śmieszy mnie, że mój obecny trening
          jest bardzo precyzyjnie finansowo obliczony i wara z klubu jeśli chce mi się
          zrobić coś więcej ( czyli zostać dłużej nie na mojej grupie). A gdzie tu
          promowanie ducha sportowego i premiowanie zapału. Nie mogę się z tym zgodzić.
          Dlatego uważam prywatne kluby fitness za instytuje głównie tłukące kasę. To tak
          a propos jesiennych nastrojów. Myślę, że podobnych frustratów jest więcej. Co
          wy na to?
          • Gość: jogger Re: dopadła mnie jesień IP: 141.145.176.* 16.10.01, 16:58
            Znajdź klub gdzie można ćwiczyć b.o. A dopadła Cię nie jesień a biologia. Zmniejszona ilość światła
            dziennego automatycznie przestawia organizm na gromadzenie zapasów na zimę - stąd apetyt rośnie
            i odkładanie sadełka takoż.
            Podaruj sobie po prostu trochę słońca - solarium to raz, a mocniejsze oświetlenie miejsca pracy
            i mieszkania - to dwa: broń Boże jakieś nastrojowe światełka - od przebudzenia do zaśnięcia
            górne światła na full. No i w słoneczne dni jak najwięcej czasu na otwartej przestrzeni.
            • Gość: fafjon do joggera IP: 156.24.229.* 20.10.01, 16:48
              Dzięki za rady. Boże, ale to jeszcze nie "zgniły" listopad, jeszcze nie wstaję
              po ciemku... Nawet nie skojarzyłam, że źródłem moich kłopotów może być aura,
              chociaż ostatnio tyle się o tym mówi. Czy myślisz, że kiedy dostarczę
              organizmowi tyle światła ile mu potrzeba, mój cholerny jesienny apetyt zostanie
              przyhamowany? Tyle walczyłam,żeby wyglądać zgrabnie, a tu jedna jesień i
              wróciłam wagowo do punktu wyjścia. Co nie omieszkał zauważyć mój kolega z
              pracy. Myślałam, że go zastrzelę. Żeby wiedział jakim wysiłkiem było dla mnie
              wcześniejsze zrzucenie 7 kilogramów. Nic na to nie poradzę, że przegrałam w
              walce ze swoją fizjologią, nie jest mi wcale z tym dobrze. Jednak czuję, że mój
              organizm sam powinien za jakiś czas wrócić do równowagi, bo póki co zgłupiał
              dokumentnie. Kolejne drakońskie diety, stawiajace na szybki efekt wydają się w
              tej sytuacji pozbawione sensu. Jak mam sobie pomóc?
              • Gość: jogger Re: do joggera IP: 141.145.176.* 22.10.01, 13:56
                Gość portalu: fafjon napisał(a):

                > Dzięki za rady. Boże, ale to jeszcze nie "zgniły" listopad, jeszcze nie wstaję
                > po ciemku... Nawet nie skojarzyłam, że źródłem moich kłopotów może być aura,
                > chociaż ostatnio tyle się o tym mówi. Czy myślisz, że kiedy dostarczę
                > organizmowi tyle światła ile mu potrzeba, mój cholerny jesienny apetyt zostanie
                > przyhamowany?

                Listopad to już 'po ptakach' jeśli chodzi o gromadzenie zapasów tłuszczu (w przyrodzie nie
                ma już nic świeżego do żarcia) - zapasy gromadzi się od września, gdy tylko pojawiają się
                pierwsze oznaki skracania dnia. W tym nie różnimy się od przysłowiowych misiów,
                a nawet możemy upodobnić się do nich fizycznie, niestety...
                Ostatnio widać nową modę na wyjazdy do krajów południowych właśnie w okresie jesiennym,
                żeby oszukać kalendarz biologiczny i przedłużyć sobie lato.


                >Tyle walczyłam,żeby wyglądać zgrabnie, a tu jedna jesień i
                > wróciłam wagowo do punktu wyjścia. Co nie omieszkał zauważyć mój kolega z
                > pracy. Myślałam, że go zastrzelę. Żeby wiedział jakim wysiłkiem było dla mnie
                > wcześniejsze zrzucenie 7 kilogramów. Nic na to nie poradzę, że przegrałam w
                > walce ze swoją fizjologią, nie jest mi wcale z tym dobrze. Jednak czuję, że mój
                >
                > organizm sam powinien za jakiś czas wrócić do równowagi, bo póki co zgłupiał
                > dokumentnie. Kolejne drakońskie diety, stawiajace na szybki efekt wydają się w
                > tej sytuacji pozbawione sensu. Jak mam sobie pomóc?

                Jest takia dieta, na której można, a nawet trzeba obżerać się bezkarnie, żeby spalać tłuszczyk
                na potrzeby energetyczne. Warunek - obżerać się trzeba białkiem i tłuszczem, a węglowodany
                zjechać prawie do zera w pierwszej, dwutygodniowej fazie 'indukcji'. Wtedy komórki organizmu
                'gubią' enzymy przetwarzające węglowodany na energię, i przestawiają się na energię z tłuszczu.
                Jest to dieta dr. Atkinsa. Dowiedziałem się o niej pantoflowo ze Stanów, poczytałem na internecie
                (www.atkinscenter.com/started.asp) i przez 2 miesiące zrzuciłem 11kg zjadając np.
                0.5 kg tłustych serów dziennie, plus smażony kurczak, jajka, schab, rybki w oleju etc.
                O cholesterol nie ma się co obawiać, bo jest natychmiast spalany, a ew. nadmiar wydalany,
                gdyż przy braku weglowodanów mamy niski poziom insuliny i nic się nie odkłada na zapas.
                Unikamy też huśtawki insulinowej i nie dostajemy ataków senności w ciągu dnia.
                Kiedy straci się enzymy przetwarzające węglowodany,
                zastępując je enzymami spalającymi tłuszcze, na słodycze patrzy się z obrzydzeniem.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka