12.10.05, 13:57
Zabrze 11.10.2005 oto list Marka Smudy z jego pliku i teraz dalem
tu: (P.K.Sc)

Sz. Państwo
Jako obywatel Rzeczpospolitej Polskiej i mieszkaniec tego kraju oraz wyborca
protestuję i uważam za obrażające mnie traktowanie służby w armii
niemieckiej w latach wojny (Wehrmachcie) za czyn niedogdny, hańbiący i godny
wstydu. Taka bowiem jest wymowa informacji podawanych przez p.Kurskiego w
odniesieniu do rodziny p.Tuska. Abstrahując czy są to informacje prawdziwe
czy nie sam fakt służby w Wehrmachcie o niczym nie przesądza, a tym bardziej
nie uwłacza żołnierzom tej formacji, którzy trafiali tam tak jak np. Ślązacy
nie z własnej woli lub wręcz przeciwnie, z przekonania że słusznie czynią.
Proszę pamiętać, że Wehrmacht nie był formacją zbrodniczą jak np. SS i nie
każdy żołnierz tej jednostki popełniał zbrodnie wojenne. Dzięki takiemu
samemu podejściu jakie prezentuje sztab p.Kaczyńskiego, tuż po zakończeniu
wojny wyrzucono z domów i siłą wywieziono i ograbiono z mienia dziesiątki
tysięcy Ślązaków, tylko dlatego że służyli w Wehrmachcie o czym usłużnie
donosili komunistycznym władzom sąsiedzi, zainteresowani rozgrabieniem
majątków wysiedlanych. Teraz takie same podejście prezentują niedouczeni w
historii ludzie p.Kaczyńskiego.
Jeden z moich dziadków służył w Wehrmachcie, drugi w Korpusie Obrony
Pogranicza, oboje trafili w ręce sowietów i bynajmniej nie odczuwam wstydu z
powodu mojego dziadka-mieszkańca Śląska i niemieckiego żołnierza. Takich
ludzi jak ja jest w Polsce bardzo dużo, szczególnie na Śląsku gdzie
p.Kaczyński nie ma największego poparcia-jak sądzę po tym incydencie będzie
ono jeszcze mniejsze. Na co mogę liczyć ze strony p.Kaczyńskiego-na to że
wyrzuci mnie z kraju jako nie-Polaka? Czym są insynuacje dotyczące
proniemieckich wypowiedzi p.Tuska-przejawem fobii antyniemieckich i histerii
jaką obserwujemy w Polsce od wielu miesięcy na tle sporów o wypędzonych i
działań p.Steinbach? Czy popieranie USA jest godne a wypowiedzi
proniemieckie nie? A wyniki wyborów na opolszczyźnie, gdzie kilkaset tysięcy
ludzi ma podwójne obywatelstwo-to też są lojalni obywatele tego kraju-tylko
jak widać są w Polsce ludzie którzy nie uważają ich za prawdziwych Polaków.
Tę lekcję przerabiał Śląsk po 1945 roku i proszę się nie dziwić niechęci
Ślązaków do Warszawy i Polski-teraz widać te przyczyny jak na dłoni.

Na marginesie wizyty p.Kaczyńskiego w Dąbrowie Górniczej pragnę zauważyć iż
nie jest to Śląsk jak podała tvp a Zagłębie Dąbrowskie.

Marek Smuda

„Szczęść Boże!
Serdacznie zapraszam na otwarcie wystawy pt.: Deportacje Gornoslazakow do
ZSRR w 1945r." - dnia 25.10.2005 (wtorek) godz 18.00.
Miejsce: Centrum Edukacyjne im. Jana Pawla II, Gliwice ul. Jana Pawla II 5A
(obok katedry)
Proszę o rozesłanie tego zaproszenia-informacji do wszystkich osób lub
instytucji, które mogłyby być tą tematyką zainteresowane.
ks. Robert Chudoba”
Obserwuj wątek
    • szwager_z_laband Re: nowinki 12.10.05, 14:03
      Rawa Blues Festival po raz 25
      25. edycja jednej z największych imprez bluesowych w Europie - Rawa Blues
      Festival - dziś w Katowicach. Blues będzie rozbrzmiewał w Spodku przez
      kilkanaście godzin. Najpierw w wykonaniu młodych zespołów, później sław
      światowej i polskiej sceny bluesowej.

      Gwiazdami jubileuszowej edycji festiwalu będą James Blood Ulmer's Memphis Blood
      i Vernon Reid. James Blood Ulmer to gwiazda światowego jazzu, prekursor
      łączenia free jazzu z funky. Vernon Reid jest liderem, gitarzystą i
      kompozytorem istniejącej od ponad 20 lat grupy Living Colour.

      Katowicki festiwal będzie jedynym koncertem w Europie, podczas którego
      amerykańscy muzycy zaprezentują muzykę z nagranego wspólnie albumu "No Escape
      From the Blues", nominowanego do prestiżowej nagrody Grammy.

      W Spodku wystąpią też m.in.: Sławek Wierzcholski, zespół Easy Rider oraz Irek
      Dudek ze swoim big bandem.
      • rita100 Re: nowinki 12.10.05, 21:09
        Czyli będzie tam ta piosenka ;)

        Ach Ziuta, me zycie dzis przegrane jest, przegrane jest przez jedna noc
        Ach Ziuta, naprawde nie wiem jak sie pozbyc, jak sie pozbyc Ciebie stad

        Urode swinki Pigi masz. waga przewyzszasz nawet ja
        We snie mnie straszy Twoja twarz, a wszystko to przez jedna noc

        Ach Ziuta, ja wiem, ze nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak
        Lecz Ziuta, gdy wytrzezwieje czlowiek, wtedy inny gust ma, inny smak

        Pokazac sie gdzies z Toba wstyd, dwie klasy podstawowki masz
        Swym krzykiem nerwy psujesz mi, a wszystko to przez jedna noc

        (solo)

        Ach Ziuta, pijany bylem, gdy przed oltarz zaciagnelas mnie
        Ach Ziuta, dlaczego sie zgodzilem, tak zaluje, tak zaluje dzis

        Za byle co, Ty bijesz mnie, pieniedzy zadnych nie chcesz dac
        Szepczesz, koteczku kochaj mnie. a wszystko to przez jedna noc

        Ach Ziuta, dlaczego ma dziewczyna pierwsza stalas sie tej nocy zlej
        Ach Ziuta, kobiet dotad nie znalem. nie wiedzialem jak to robi sie

        Hrabiowski przeciez tytul mam, a Ty gosposia bylas ma
        Podnioslas swoj spoleczny stan, a wszystko to przez jedna noc

        Rawa Blues słynny festiwal :)
        • szwager_z_laband Re: nowinki 12.10.05, 21:28
          :)), niywia, ale somDudek czynsto bou we glywickich klubach a odniego kamrat to
          przeca Dusza, a tyn przeca pochodzi ze Glywic - nawet kedys oba my do jednyj
          lipsty zolyciyli we szkole na Barlika :))
          • ballest Re: nowinki 12.10.05, 21:31
            Laband i kery jom dostou, ta lipsta
            • szwager_z_laband Re: nowinki 12.10.05, 21:40
              Ha :), zodyn, ona go smoloua, a jo z niom roz sie trefiou i bouo po ptokach :))

              To boua ale ciekawo geszichta, bo dowiedziouch sie przi tym ize we Pyskowicach
              miyszkajom ludzie co ze Jugosuawi prziszli po 45 do Slonska i Polski.
        • sloneczko1 oooch Ziuta................i było po ptokach 12.10.05, 22:48
          mie sie tysz to podobo
    • szwager_z_laband Re: nowinki 16.10.05, 06:36
      W niedziele 16 pazdziernika o godz. 11.30 w bazylice OO. Franciszkanów na Górze
      sw. Anny odprawiona zostanie uroczysta Msza sw. w intencji pomyslnosci Slaska i
      jego mieszkanców oraz Górnoslazaków deportowanych do ZSRR w 1945 r
      "Szczesc Boze!
    • szwager_z_laband Re: nowinki 16.10.05, 07:04
      "Die Welt": Walka za pomocą Wehrmachtu
      Niemiecki dziennik "Die Welt" skrytykował w czwartek próbę zakwestionowania
      przez członka sztabu wyborczego Lecha Kaczyńskiego narodowej lojalności
      kandydata na prezydenta Donalda Tuska.
      "Uczestnicy kampanii wyborczej powinni właściwie wiedzieć, że dzieci nie
      odpowiadają za swoich rodziców, a już z pewnością wnuki nie odpowiadają za
      swoich dziadków" - zauważył na wstępie komentator. Sztabowcy narodowych
      konserwatystów próbowali jednak podważyć tę prostą zasadę, zarzucając Tuskowi,
      że jego kaszubski dziadek służył w Wehrmachcie, "i to jako ochotnik".

      Cała akcja spaliła na panewce - ocenił "Die Welt". Polskie media skrytykowały
      ją, a jeden z arcybiskupów zauważył, że poszukiwanie "żydowskiej babki" czy
      też "krewnych na Zachodzie" przypomina "ciemne czasy totalitarnego socjalizmu".
      Zdaniem "Die Welt" Lech Kaczyński dystansował się od akcji swoich
      współpracowników zaledwie "małymi kroczkami", co potwierdza wrażenie, że
      szukanie wrogów, nawet jeżeli są to sprawy sprzed dwóch pokoleń, jest
      jego "ulubionym zajęciem".

      Spór (o przeszłość dziadka Tuska) rzuca też światło na życie milionów ludzi
      mieszkających na styku między Polską i Niemcami -na Kaszubach, Mazurach, Górnym
      Śląsku. Ich język oraz społeczne i polityczne postawy, szczególnie w czasach
      wojny, nie dadzą się wtłoczyć w wyznaczony z góry narodowo-państwowy schemat -
      uważa komentator.

      "Die Welt" zwraca uwagę, że Tuskowi zarzucono także
      reprezentowanie "niemieckiego punktu widzenia" w sprawach historycznych i nie
      tylko. "To pozwala domyślać się, że także w przyszłości żaden polityk w Polsce
      nie pozwoli sobie zapewne na bardziej elastyczne podejście do sporu o Centrum
      przeciwko Wypędzeniom" - czytamy.

      Gazeta podkreśla, że z Polski dochodzą jednak też bardziej pozytywne
      wiadomości. "W pierwszej turze wyborów prezydenckich narodowi konserwatyści,
      którzy wykorzystują obawy przed Niemcami, uzyskali najgorsze wyniki właśnie na
      terenach położonych wzdłuż granicy na Odrze i Nysie. Ten, kto zna »złego«
      sąsiada, ten wie, że można żyć z nim w pokoju" - stwierdza w konkluzji "Die
      Welt".
      wiadomosci.onet.pl/1179023,,,,,,4528,itemspec.html
    • szwager_z_laband Re: nowinki 16.10.05, 07:06
      Dwójka pianistów ze Śląska w Konkursie Chopinowskim!


      Marcin Mońka 12-10-2005 , ostatnia aktualizacja 12-10-2005 20:38

      Jury Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Chopina podało w nocy z
      wtorku na środę nazwiska 32 muzyków, którzy zakwalifikowali się do drugiego,
      przedostatniego etapu rywalizacji. Wśród siedmiu szczęśliwych Polaków znalazła
      się też dwójka pianistów ze Śląska. Szczepan Kończal (20 lat) i Piotr Banasik
      (23 lata) są studentami Akademii Muzycznej w Katowicach. Pierwszy w klasie
      profesora Józefa Stompla, drugi - profesora Andrzeja Jasińskiego.

      We wrześniowych eliminacjach uczestniczyło ponad 300 pianistów. Każdy z nich
      miał jedynie 10 minut, by przekonać do siebie jury. To był jednak tylko wstęp
      do prawdziwej rywalizacji. Udział w pierwszym etapie konkursu był dla
      katowiczan ogromnym przeżyciem. - Publiczność jest bardzo życzliwa wszystkim
      muzykom. Ten dobry nastrój sprawił, że grało mi się wspaniale, w dodatku to
      repertuar, który wykonuję od dawna. A tremę i stres przed samym występem
      przekułem na pozytywną energię - powiedział nam wczoraj Banasik. Młodzi muzycy
      (konkurs jest przeznaczony dla pianistów, którzy urodzili się w latach 1977-88)
      w pierwszym etapie zmierzyli się z chopinowskimi etiudami, nokturnami,
      balladami, preludiami i walcami. Drugi etap potrwa do 16 października, a
      pianiści będą interpretować pełne cykle mazurków, polonezy oraz sonaty.

      Ekscytacji nie kryje mama drugiego z uczestników konkursu. - Przeżywam każdy
      występ Szczepana, a występy konkursowe w sposób szczególny. Nawet się cieszę,
      że nie ma mnie w Warszawie, bo te emocje byłyby jeszcze większe. Oczywiście
      cały czas obserwuję relacje z konkursu. Po ogłoszeniu wyników pierwszego etapu
      rozmawialiśmy bardzo krótko, pogratulowałam synowi i prosiłam, by się dobrze
      wyspał - mówiła wczoraj Elżbieta Kończal. Dzisiaj rozpoczynają się
      przesłuchania drugiego etapu. Najliczniejszą grupą są Japończycy, zagra ich aż
      dziewięciu. Wystąpi również czterech reprezentantów Korei Płd., trzech muzyków
      z USA, dwóch z Rosji oraz po jednym pianiście z Francji, Tajwanu, Ukrainy,
      Chin, Kanady, Finlandii i Austrii. Do wielkiego finału konkursu (18-21
      października) zostanie zakwalifikowanych 12 muzyków.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 16.10.05, 07:09
      Beier wygrał z Krollem


      bros 14-10-2005 , ostatnia aktualizacja 14-11-2005 14:01

      5 tys. zł wraz z odsetkami ma zwrócić Hubertowi Beierowi poseł Henryk Kroll i
      jego komitet wyborczy z 2001 roku - uznał Sąd Rejonowy w Opolu.

      Beier uważa, że kampania wyborcza w 2001 roku nie została uczciwie rozliczona i
      został on przez to poszkodowany. Pozwał Krolla i cały komitet wyborczy TSKN-u z
      2001 r. o zaległe należności. Beier miał wykonać prace, które rozliczył na
      ponad 5 tys. zł. Komitet się jednak rozwiązał i nie uregulował rachunków. O
      pieniądze Beier wystąpił do sądu na drodze cywilnej w 2003 roku. Jak podaje
      tygodnik "Beczka" Sąd Rejonowy w Opolu 4 października przychylił się do
      argumentacji Beiera. Wyrok nie jest prawomocny.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 16.10.05, 07:13
      W piątek 14.10.05 nadeszło pismo wzywające ZLNS do wpłaty 100 zł jako warunek
      przyjęcia Skargi na Postanowienie odmawiające rejestracji ZLNS. Co prawda
      ustawa zwalnia sprawy o rejestrację stowarzyszenia z opłat sądowych, ale dla
      świętego spokoju zapłacimy te 100 zł i zażądamy zwrotu kosztów sądowych

      :)
      • rita100 Re: nowinki 16.10.05, 19:14
        www.moje-fotografie.olsztyn.pl/index.php?idd=18&ido=282&idz=7277
        www.moje-fotografie.olsztyn.pl/index.php?idd=18&ido=282&idz=7281
        A oto największa opona świata i zgadnijcie dla kogo produkowana ? ;)))
        Ogromna opona :)
        • szwager_z_laband Re: nowinki 16.10.05, 20:20
          kule, to jak pana chycom to majom richtik tydziyn roboty
    • szwager_z_laband Re: nowinki 24.10.05, 22:15
      Pomnik św. Edyty Stein w Lublińcu


      Olga Trojak 21-10-2005 , ostatnia aktualizacja 21-10-2005 18:27

      Lubliniec uczci pamięć świętej Edyty Stein. W niedzielę o godz. 19 na pl.
      Kopernika, zwanym małym rynkiem, zostanie odsłonieta piękna rzeźba plenerowa.
      Miasto aż w Watykanie stara się, by święta była jego oficjalną patronką

      Pomysł ustawienia rzeźby poświęconej św. Edycie Stein pojawił się, gdy Urząd
      Miasta planował modernizację pl. Kopernika. Obejmowała on zmianę jego
      nawierzchni, zrobienie oświetlenia i zmianę zieleni. - Od wielu lat na środku
      placu stał wysoki świerk, który nie był zbyt atrakcyjny. Wtedy postanowiliśmy
      postawić tam pomnik. W końcu Edyta Stein sporą część życia spędziła w naszym
      mieście, a mamy już kościół, szkołę katolicką, stowarzyszenie i muzeum jej
      imienia - mówi Jolanta Rezek, sekretarz magistratu.

      W czerwcu tego roku zaprojektowanie pomnika zaproponowano miejscowemu
      rzeźbiarzowi Stanisławowi Kowalczykowi. Tak powstała rzeźba zbudowana z siedmiu
      drewnianych skrzydeł nawiązujących do żydowskiej menory. Wsparte są na
      stalowych profilach z umieszczoną w środku szklaną rurą, zwieńczoną kamieniem
      okolonym szklaną aureolą. Pomnik najpiękniej wygląda wieczorem, bo podświetlony
      jest reflektorami umieszczonymi w bruku i w samej rzeźbie. U jej podstawy
      umieszczona jest tablica "Pamięci św. Edyty Stein".

      Plac Kopernika, na którym znajduje się rzeźba, zwany jest przez mieszkańców
      małym rynkiem. Znajduje się "o rzut kamieniem" od głównego placu miasta. - To
      doskonała lokalizacja dla tej strzelistej rzeźby, bo widać ją nawet z drogi
      krajowej - mówi Rezek.

      Miasto chce też uczcić słynną rodaczkę w inny sposób. Już w maju rajcy podjęli
      uchwałę o ustanowieniu św. Edyty Stein oficjalną patronką Lublińca. Pomysł
      zaakceptowały polskie władze kościelne, teraz miasto czeka na odpowiedź z
      Watykanu.

      Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu. Była siódmym,
      najmłodszym dzieckiem w zamożnej rodzinie pobożnych Żydów - wywodzącej się z
      Lublińca Augusty z domu Courant i Zygfryda Steinów. Ojciec zmarł, gdy była
      jeszcze niemowlakiem. W dzieciństwie wielokrotnie bywała w domu dziadków w
      Lublińcu, utrwalając wspomnienia z tego okresu w swoich zapiskach. Dom dziadków
      Courantów do dziś stoi w narożniku rynku.

      Edyta Stein studiowała najpierw na Uniwersytecie Wrocławskim, a później w
      Getyndze. Jej życie zmieniło się w 1921 r., gdy przeczytała "Księgę życia" św.
      Teresy z Avii. - To jest prawda - miała wówczas powiedzieć. W 1922 r. przyjęła
      chrzest, wstąpiła do zakonu karmelitanek jako siostra Teresa Benedykta od
      Krzyża. Pisała książki i autobiografię. W 1942 r. w holenderskim klasztorze,
      wraz ze swoją siostrą Różą, również karmelitanką, została aresztowana przez
      gestapo. Obie zginęły w komorze gazowej w Auschwitz 9 sierpnia tego samego roku.

      Jan Paweł II ogłosił Edytę Stein błogosławioną w czasie pielgrzymki do Niemiec
      w 1987 r., a świętą - 11 października 1998 r. w Rzymie. Potem proklamował ją
      współpatronką Europy.
      miasta.gazeta.pl/czestochowa/1,35271,2979675.html?nltxx=1077732&nltdt=2005-10-22-02-05
      • szwager_z_laband Re: nowinki 24.10.05, 22:16
        Finał konkursu "Po naszymu, czyli po śląsku" w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu


        Magdalena Górna 23-10-2005 , ostatnia aktualizacja 23-10-2005 22:33

        Po śląsku rozprawiali o rodzinie, przeszłości, wartościach, zabawach... W
        niedzielę wybrano Ślązaka 2005 roku.

        Do półfinału konkursu "Po naszymu, czyli po śląsku", który odbył się w sobotę,
        przeszły 24 osoby. Kazimierz Czokajło z Radzionkowa po śląsku podzielił się
        historią swojego życia. Przyznał, że po utracie pracy stracił wiarę w siebie,
        ale udało mu się znaleźć nowe zatrudnienie i powrócić do normalności. - Chcę,
        aby moja wypowiedź podniosła na duchu wszystkich, którym jest ciężko, i
        pozwoliła uwierzyć, że może być lepiej - wytłumaczył na zakończenie.

        Najmłodsza uczestniczka, ośmioletnia Dominika Drob z Tychów, bez zająknięcia,
        czystą gwarą opowiedziała historię swego dziadka, a 11-letni Tomek Nahlik z
        Żor, upodabniając się do swojego ulubionego bohatera, Harry'ego Pottera,
        przekonał rozbawioną publiczność, że ryzykowne jest "furganie na mietle".

        Czuwająca nad przebiegiem konkursu Maria Pańczyk, dziennikarka i senatorka, nie
        kryła zadowolenia. - Tegoroczni uczestnicy po raz kolejny udowodnili, że Śląsk
        i dzieje jego mieszkańców to niewyczerpana skarbnica opowieści. Na ich
        podstawie można napisać świetne książki - mówiła.

        Spośród półfinalistów jury wyłoniło trzy osoby, które wczorajszego wieczoru
        zaprezentowały się na uroczystej gali w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. - W tym
        roku wybór był wyjątkowo trudny, bo opowieści były bardzo refleksyjne, oparte
        na własnych doświadczeniach. A przecież do finału nie mogliśmy wybrać tylko
        sentymentalnych wystąpień - mówiła jurorka Dorota Simonides.

        - Dyskusja była bardzo burzliwa - dodał Michał Smolorz, publicysta.

        Ostatecznie jury Ślązakiem roku 2005 wybrało Kazimierza Czokajło, drugie
        miejsce przypadło Kamili Ptaszyńskiej z Zebrzydowic, trzecie - Anieli
        Jaworskiej z Gostyni. Wśród dzieci zwyciężyła Dominika Drob. Tytuł Honorowego
        Ślązaka odebrał Józef Skrzek.
        miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2982317.html
    • szwager_z_laband Re: nowinki 24.10.05, 22:18
      Wizyta Bolka Grafa von Hochberg







      Książę Bolko von Hochberg w Pszczynie
      Fot. MARTA BLAZEJOWSKA / AG






      Anna Malinowska 23-10-2005 , ostatnia aktualizacja 23-10-2005 17:45

      - Życie w zamku to tylko problem. Co ja bym robił w tych wszystkich pokojach? -
      zastanawia się książę Bolko Graf von Hochberg. Książę - Pan na Pszczynie - nie
      tylko nie rości sobie żadnych pretensji do majątku przodków, ale też utrzymuje
      bardzo dobre stosunki z zarządem pszczyńskiego zamku

      W nienagannie skrojonym garniturze i okularach w złotych oprawkach 69-letni
      książę Bolko przechadza się parkowymi alejkami. Przed chwilą odwiedził grób
      swoich przodków. Na rozmowę zaprasza nas do zamku. - Czuję się tutaj jak w
      domu - mówi. Kiedy jednak prosimy, by pozował nam do zdjęcia na kanapce przy
      pałacowych schodach, książę wzbrania się. - Przecież to eksponat - pokazuje na
      linę, która odgradza mebel od zwiedzających. Po naszych namowach siada
      niepewnie. - Przyjeżdżam tu od lat. Nawet w komunizmie nie miałem żadnych
      przykrych doświadczeń. Nigdy nikt nie robił mi żadnych problemów - opowiada. -
      Kiedy odwiedzam zamek, śpię w jednym z dziecięcych pokoi. Mam stamtąd widok na
      rynek w Pszczynie, obserwuję ludzi. Tu wszystko w ciągu minionych lat tak
      bardzo się zmieniło. Kiedyś było szaro i tak jakoś smutno. Dziś Pszczyna jest
      pięknym miasteczkiem, a zamek i park też coraz bardziej ładnieją - dodaje.

      Książę jest głową rodu von Hochberg. Ma dwie starsze siostry, które mieszkają w
      Londynie. On sam mieszka w Monachium. - Przyszedłem na świat trzy miesiące po
      śmierci ojca - wspomina książę. - Znam go więc tylko z opowieści. Wiem, że był
      cudownym człowiekiem. Nie takim jak w filmie, który kiedyś nakręcono -
      podkreśla arystokrata.

      Chodzi o film Filipa Bajona "Biała wizytówka". W rolę ojca księcia wcielił się
      tam Bogusław Linda. - To przejaskrawiony, nieprawdziwy obraz. Ojciec, jak każdy
      mężczyzna, lubił kobiety, ale bez przesady - Bolko Graf von Hochberg uśmiecha
      się pobłażliwie. On sam ze swoją przyjaciółką nie rozstaje się od 25 lat. - Mam
      też 40- letnią córkę - dodaje. - Często przyjeżdżamy razem do Pszczyny.
      Niestety, podobnie jak ja, nie zna polskiego. Czy chciałbym tu mieszkać?
      Nieznajomość języka to powód, żeby powiedzieć nie. Nie umiałbym się porozumieć
      z sąsiadami, a jestem dość towarzyskim człowiekiem. Kolejny powód to utrzymanie
      zamku. To dość kosztowna inwestycja - śmieje się książę. - Ja wiem, że obiekt
      jest w dobrych rękach i pamięć o mojej rodzinie nie zaginie - dodaje.

      Graf von Hochberg jest obecnie na emeryturze. Wcześniej pracował w branży
      elektronicznej. - Dużo podróżowałem, reprezentowałem firmę w różnych krajach -
      wspomina. - To dało mi poczucie wolności. Oczywiście zawsze wracałem do
      Monachium, bo tam był i wciąż jest mój dom, ale też nigdy nie zapominałem o
      Pszczynie. Kiedyś, żeby dowiedzieć się, co dzieje się w zamku, musiałem czekać
      nawet trzy tygodnie, bo tak działała poczta. Teraz klikam komputerową myszką i
      wiadomości mam w trzy sekundy.

      Książę Bolko odwiedza Pszczynę przynajmniej raz w roku, jesienią. - Za każdym
      razem uczestniczę w Radzie Muzeum. Za każdym razem jest też uroczysty koncert.
      Niby co roku tak samo, ale ja się nie nudzę - zapewnia.
      miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2981201.html
      • dede99 Re: nowinki 24.10.05, 22:31
        A tu link jakby ktos chciol tyn zamek zwiydzic,naprawdy warto.
        www.zamek-pszczyna.pl/german/start.html
    • szwager_z_laband Re: nowinki 26.10.05, 11:55
      Kotyś - nowy wicemarszałek










      Waldemar Bryś 25-10-2005 , ostatnia aktualizacja 25-10-2005 19:13

      43-letni Józef Kotyś z Mniejszości Niemieckiej, burmistrz niewielkiej
      miejscowości Kolonowskie w powiecie strzeleckim, jest od wtorku nowym
      wicemarszałkiem województwa. Lubi ogród, futbol i gry komputerowe



      Józef Kotyś funkcję burmistrza Kolonowskiego piastował 11 lat, w tym
      nieprzerwanie od 1998 roku. - Objęcie fotela wicemarszałka proponowano mi już
      kilkakrotnie. Nie ukrywam, że po wyborze marszałka Ryszarda Galli na posła
      wywierano na mnie dużą presję, bym zajął jego miejsce. Wiem, że spowoduje to
      konieczność wyborów burmistrza w Kolonowskiem, ale przekonywano mnie i
      ostatecznie przekonano. Duże znaczenie dla mnie miała także opinia żony, która
      znosiła już różne moje fanaberie, a teraz i na tę przystała - mówił Kotyś.

      To niejedyna funkcja, z jaką będzie się musiał rozstać nowy wicemarszałek;
      przestanie być także przewodniczącym rady nadzorczej Wojewódzkiego Funduszu
      Ochrony Środowiska. - Finansowo na tej zmianie nie zyskam, lecz nie liczę
      pieniędzy. Może zabrzmi to górnolotnie, ale chciałbym dobrze pracować dla
      Opolszczyzny - mówi nowy wicemarszałek.

      Józef Kotyś jest z wykształcenia polonistą; od 1987 roku przez trzy lata był
      nauczycielem w szkole podstawowej w Staniszczach Małych. Przez cztery lata
      pracy w TSKN-ie był m.in. pomysłodawcą i organizatorem konkursu recytacji
      poezji śląskiej i olimpiady języka niemieckiego w szkołach podstawowych. - To
      był rok 1990, zaraz po zmianach ustrojowych. Wtedy takie sprawy nie były tak
      oczywiste jak dzisiaj. Uparłem się jednak i olimpiada doszła do skutku -
      wspomina.

      Jako nastolatek występował w grupach Bar i Apex wykonujących progresywny rock. -
      Próby mieliśmy w Prudniku. Taka muzyka podoba mi się do dziś - mówi nowy
      wicemarszałek.

      Dziesięć lat temu kupił dom, w którym niegdyś urodził się jego dziadek. Mieszka
      w nim z żoną Jolantą, pielęgniarką w WCM-ie, oraz trójką dzieci: 15-letnią
      Darią, 13-letnim Olafem i Adrianem, który za tydzień skończy roczek.

      - To stary dom, ale wyremontowany i dostosowany do naszych potrzeb. Mamy tam
      ogródek, w którym lubię spędzać wolny czas. Jeśli pozwala na to pogoda,
      urządzamy tam grilla - mówi Kotyś. Wolny czas spędza jednak nie tylko w
      ogródku. Jak mówi, lubi pograć w piłkę nożną, jest także miłośnikiem gier
      komputerowych, zwłaszcza przygodowych i strategicznych. - Ostatnio gram
      w "Bitwę o Śródziemie", gdyż jestem także fanem literatury fantastycznej i
      Tolkiena. Natomiast jako fan futbolu grywam ostatnio także w FIFA 2005 -
      opowiada.

      W tajnym głosowaniu poparło go 24 z 29 radnych. Taki wynik oznacza, że za
      Kotysiem opowiedziała się także część opozycji, gdyż koalicja SLD z MN ma w
      sejmiku tylko 17 radnych. Mimo że głosowanie było tajne, raczej nietrudno
      zgadnąć, że przeciw na pewno był narodowy i zdecydowanie antyniemiecki LPR.
      miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,2985414.html
      • szwager_z_laband Re: nowinki 26.10.05, 11:56
        Ślązacy chcą niezależnego obserwatora w sądzie










        jk 25-10-2005 , ostatnia aktualizacja 25-10-2005 20:43

        Inicjatorzy Związku Ludności Narodowości Śląskiej wysłali do komisarza praw
        człowieka przy Radzie Europy list z prośbą o wydelegowanie obserwatora na
        rejestrację sądową tej organizacji



        O liście poinformował wczoraj Andrzej Roczniok, działacz Ruchu Autonomii Śląska
        i członek komitetu założycielskiego Związku. - Podejmowane od wielu lat próby
        rejestracji kończyły się porażką, nasze argumenty trafiały jak groch o ścianę.
        Mam nadzieję, że niezależny obserwator pomoże nam ocenić, kto w tym sporze ma
        rację - mówi Roczniok.

        W liście do komisarza działacze RAŚ powołali się na wyniki spisu powszechnego,
        podczas którego 173 tys. osób zadeklarowało narodowość śląską. "Uważamy, że
        zainteresowanie Rady Europy rejestracją naszego stowarzyszenia zachęci władze w
        Polsce do przestrzegania praw człowieka w stosunku do nas, to jest
        reprezentacji narodowości śląskiej zamieszkującej w Polsce" - zaznaczyli.

        Kilka tygodni temu Sąd Rejonowy w Katowicach odmówił rejestracji Związku
        Ludności Narodowości Śląskiej. Sąd kwestionuje m.in. nazwę organizacji, bo -
        jego zdaniem - sugeruje ona, że narodowość śląska istnieje. Tymczasem zdaniem
        sądu narodowości śląskiej nie ma, bo nie jest wymieniona w ustawie o
        mniejszościach narodowych i etnicznych. Komitet założycielski z nazwy nie chce
        jednak zrezygnować.

        Starania o rejestrację Związku Ludności Narodowości Śląskiej trwają od
        dziewięciu lat. Komitet założycielski zmienił budzący wśród urzędników i
        sędziów kontrowersje statut organizacji, ale Sąd Rejonowy w Katowicach uznał,
        że nawet w obecnym brzmieniu nadal jest on nie do przyjęcia.
        miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2985701.html
        • szwager_z_laband Re: nowinki 26.10.05, 11:58
          Niekompetencja sztabowców
          (2005-10-26)
          Mniejszość katowicka musi zmienić wizerunek

          W województwie śląskim poglądy przedstawicieli mniejszości niemieckiej na temat
          przegranych przez TSKN wyborów w tym regionie są podzielone. Jedni twierdzą, że
          dno zostało osiągnięte i kołom DFK pozostało już tylko spotkanie przy kawie i
          cieście. Inni, szczególnie w powiecie raciborskim, widzą szansę w stawianiu na
          przedstawiciela innego ugrupowania, jakim był starosta Henryk Siedlaczek z PO
          (w powiecie raciborskim zyskał spore poparcie mniejszości). Od tej decyzji
          raciborzan dystansuje się poseł Henryk Kroll i niektórzy lokalni działacze.

          Zdaniem Blasiusa Hanczucha, wiceprzewodniczącego śląskiego TSKN, przyczyną
          sytuacji, jaka się wytworzyła, był podział – po drugich wyborach
          demokratycznych – okręgu wyborczego na gliwicki i rybnicki.
          – Nawoływanie, aby dać sobie spokój z wystawianiem własnej listy, przy braku
          własnych kandydatów mogących wzbudzić zaufanie, dało tylko pozytywny skutek w
          okręgu raciborskim. DFK poparło życzliwego nam Henryka Siedlaczka. Odnieśliśmy
          w tym zakresie sukces – twierdzi Josef Gonschior, były sekretarz TSKN w
          Raciborzu.
          Według Hanczucha można było zebrać wymaganą liczbę podpisów, ale
          zainteresowanie kandydatami było małe. – Nasz kandydat nie miałby szans.
          Podobnie trzeba działać w regionie przemysłowym Górnego Śląska.
          Zdaniem dyrektora Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej Krystiana Tomali,
          rozproszenie ludności pochodzenia niemieckiego w województwie śląskim nie daje
          szans na mandat. – Rozwiązaniem może być poparcie kandydata sprzyjającego
          mniejszości, startującego z silnego ugrupowania. Na przykładzie Opolszczyzny
          widać, że generalnie poparcie mniejszości jest mniejsze. To już nie są lata
          dziewięćdziesiąte, kiedy do wyborów ludzie szli i wybierali z entuzjazmem.

          Nie do końca przemyślane

          Zdaniem posła, a zarazem szefa VdG, Henryka Krolla, lista gliwicka została źle
          skomponowana. – Na niej znaleźli się ci, którzy mieli mniej szans. A
          postawienie w powiecie raciborskim na człowieka nie związanego z mniejszością
          niemiecką nie było do końca dobrze przemyślane – dodaje.
          Według Eugena Nagela z Chorzowa, większość ludzi w wieku emerytalnym nie
          angażuje się w działalność mniejszości. Na ten stan wpływają problemy z
          odpowiednim finansowaniem kół DFK, co nie przyciąga ludzi. – Wiele kół ma
          trudności w doborze ludzi do swych zarządów. Prowadzona obecnie polityka
          finansowania skutecznie zniechęca ich do pracy. Członkowie nie widzą – poza
          satysfakcją – żadnych korzyści z przynależności do mniejszości niemieckiej.
          Przenosi się to na wyniki wyborcze. Przy tak prowadzonej polityce trudno liczyć
          na spektakularny sukces.

          Jak odbudować mniejszość?

          Brak dyscypliny elektoratu oraz pieniędzy w kołach to główne błędny wskazywane
          przez raciborską mniejszość niemiecką. Lidia Burdzik wylicza: komitet wyborczy
          został powołany, mimo że nie byli jeszcze wytypowani kandydaci, organizacja nie
          realizuje zmian statutowych podjętych na zjeździe delegatów – do tej pory nie
          jest organizacją pożytku publicznego. Pyta, jak odbudować wizerunek
          organizacji, jak współpracować z samorządami. Po wydaniu uchwały o popieraniu
          PO, z koła DFK Centrum wyszło pismo, w którym informuje się, że osoby
          znajdujące się w sztabie są niekompetentne. Później mieliśmy tylko jedno
          rozwiązanie. – Jeżeli chodzi o współpracę starosty z mniejszością niemiecką,
          nie można nic zarzucić panu Siedlaczkowi – mówi Lidia Burdzik z DFK Racibórz
          Centrum.
          Po wyborach postawiono dwa wnioski: zarząd oddziału powinien powołać stały
          zespół polityczny, który zajmowałby się aktualną polityką społeczno-socjalną
          organizacji, analizować poczynania prominentów i samorządowców. – Tym razem
          była okazja i można było zdobyć mandat. Taka sytuacja już się nie powtórzy –
          twierdzi Lidia Burdzik. Jeżeli Siedlaczek wszedł z ósmego miejsca, to znaczy,
          że dobrze sporządzona lista mogłaby dać efekt w postaci mandatu.
          Poseł Henryk Siedlaczek uważa, że on sam nie będzie miał wpływu na to, czy
          mniejszość niemiecka na Górnym Śląsku nie umrze śmiercią naturalną. –
          Mniejszości niemieckiej na pewno potrzebne jest wsparcie. Kultura niemiecka
          jest wtopiona w duży obszar naszego państwa. Dopóki działacze mniejszości będą
          tak współpracowali jak w tej kadencji samorządowej w powiecie, to wróży to
          dobrze dla jednych i drugich. Jestem posłem, którego poparła również mniejszość
          niemiecka – podkreśla.
          Wojciech Dobrowolski
          • ballest Re: nowinki 26.10.05, 13:26
            Fajnie sie krytykuje, ale co dokladnie zmienic, piyniyndzy nie bydzie wiyncy
            yno myni!
    • szwager_z_laband Re: nowinki 04.11.05, 10:00
      Masakra w "Wujku" - przesłuchanie autora "raportu taterników"
      W trzecim procesie w sprawie pacyfikacji w stanie wojennym kopalń "Wujek"
      i "Manifest Lipcowy" sąd ma dziś przesłuchać Jacka Jaworskiego - współautora
      tzw. raportu taterników, obciążającego b. zomowców, którzy odpowiadają za
      strzelanie do górników.
      Raport - dowód, który pojawił się w drugim procesie w sprawie "Wujka" - miał
      powstać w 1982 roku po obozie szkoleniowym w górach, podczas którego jego
      autorzy - doświadczeni taternicy - uczyli zomowców spod "Wujka" wspinaczki.
      Podczas wspinaczek i alkoholowych imprez organizowanych w czasie szkolenia
      niektórzy z oskarżonych mieli opowiadać, jak strzelali do górników.

      Jaworski został po raz pierwszy przesłuchany w drugim procesie. Oskarżyciele
      uznali jego sensacyjne zeznania za przełomowe, obrona kwestionowała ich
      wiarygodność. Nie wiadomo, czy dzisiejsze przesłuchanie Jaworskiego dojdzie do
      skutku, bo zgodnie ze wskazaniem sądu apelacyjnego w czasie zeznań tego świadka
      na sali powinni być obecni wszyscy oskarżeni. Podczas ostatnich rozpraw często
      nie stawiał się żaden z nich. Sam Jaworski, na co dzień mieszkający w
      Niemczech, zapowiedział, że będzie obecny.

      W czasie pacyfikacji śląskich kopalń zginęło dziewięciu górników, a
      kilkudziesięciu zostało rannych. Proces byłych milicjantów, oskarżonych o
      strzelanie w kopalniach, toczy się przed katowickim sądem okręgowym już po raz
      trzeci. Dwa pierwsze wyroki uchylał sąd apelacyjny. Na ławie oskarżonych
      zasiada 17 osób - b. wiceszef KW MO w Katowicach i 16 byłych członków plutonu
      specjalnego ZOMO.
      wiadomosci.onet.pl/1188889,11,1,0,120,686,item.html
      "Mówili, że strzelali »w łeb i na komorę«"
      Sygnał do otwarcia ognia w kopalni "Wujek" dał dowódca plutonu specjalnego ZOMO
      Romuald C. - zeznał przed sądem Jacek Jaworski, który w 1982 roku zorganizował
      obóz wspinaczkowy dla funkcjonariuszy ZOMO, współautor tzw. raportu taterników.
      Według świadka, C. był jednym z 2-3 członków plutonu specjalnego, którzy
      strzelali, żeby zabić, inni mieli strzelać w powietrze.

      Raport taterników miał powstać w 1982 roku po obozie szkoleniowym w górach,
      podczas którego jego autorzy - doświadczeni taternicy - uczyli zomowców
      spod "Wujka" wspinaczki. Podczas wspinaczek i alkoholowych imprez,
      organizowanych w czasie szkolenia, niektórzy z oskarżonych mieli opowiadać, jak
      strzelali do górników.
      Jaworski, trener judo i taternik, który pracował w Wojewódzkim Ośrodku
      Szkolenia MO w Krakowie, twierdzi, że od 1981 r. był
      informatorem "Solidarności". Nawiązał kontakty ze związkowcami po wydarzeniach
      bydgoskich w marcu 1981 roku, kiedy podczas prowokacji milicji został pobity
      Jan Rulewski i inni działacze "S". Później, po wprowadzeniu stanu wojennego,
      nawiązał współpracę z podziemną "S".

      Świadek opowiadał przed sądem, że decyzję, by zorganizować obóz wspinaczkowy z
      udziałem zomowców w Dolinie Pięciu Stawów podjął po pacyfikacji
      kopalni "Wujek". Chciał ustalić, kto strzelał, a kto nie. "Chodziło mi raczej o
      to, by ich oczyścić, niż pogrążyć" - zeznał w czwartek Jaworski. Informacje od
      zomowców wyciągał on i dwaj inni taternicy - Ryszard Sz. i Janusz H. "Otwarciu
      się" zomowców miał sprzyjać stres towarzyszący wspinaczce i alkohol.

      Obóz zorganizowano na przełomie lutego i marca 1982 roku. Świadek powiedział,
      że w szkoleniu na pewno brali udział: Andrzej R., Romuald C., Krzysztof J.,
      Leszek G., Grzegorz B.

      Jak powiedział Jaworski, z relacji b. zomowców wynikało, że w kopalni "Wujek"
      członkowie plutonu weszli na teren kopalni przez wyłom w murze, wybity przez
      czołg, i strzelali z rampy przy magazynie. Zomowcy mówili - dodawał świadek -
      że C. trzykrotnie prosił o zgodę na użycie broni, kategorycznie mu tego
      zakazano.

      "Po tej odmowie Walerek (pseud. Romualda C.-PAP) powiedział »walimy«, wyjął
      broń osobistą i trzymając pistolet oburącz, zaczął strzelać, potem zaczęli
      strzelać inni członkowie plutonu specjalnego, którzy mieli pistolety »rak«.
      Tylko 2-3 funkcjonariuszy strzelało tak, żeby zabić, inni strzelali w
      powietrze" - zeznał Jaworski. Według niego, C. oddał co najmniej dwa mierzone
      strzały. Jak dodał, po wydarzeniach w "Wujku" Romuald C. zyskał nowy pseudonim -
      Krwawy Felek.

      Wśród strzelających w kopalni Jaworski wymienił kilka kolejnych nazwisk. Podał
      też nazwiska tych spośród oskarżonych, którzy na pewno w "Wujku" nie strzelali,
      część z nich - według niego - w ogóle nie brało udziału w pacyfikacji.

      Jak mówił świadek, strzały oddane przez zomowców w "Wujku" były precyzyjnie
      mierzone i oddawane "w miejsca istotne dla życia". "Zomowcy w czasie szkolenia
      mówili, że strzelali »w łeb i na komorę« (w głowę i w serce - PAP)" -
      powiedział Jaworski. Jeden z oskarżonych miał mu relacjonować, że Romuald
      C. "strzelał, a ludzik tak fajnie fik - i znikał, jak na strzelnicy".

      Świadek nie wierzy w zapewnienia samych oskarżonych, że przed pacyfikacją
      pobierali broń w trybie alarmowym, czyli przypadkowe egzemplarze. Jest
      przekonany, że to tylko ich linia obrony, a chodzi o to, by nie można było
      ustalić, z którego pistoletu maszynowego strzelał konkretny członek plutonu
      specjalnego. Jaworski nie zgadza się też z twierdzeniem, że w kopalniach
      strzelali wszyscy członkowie plutonu. Powodowani lojalnością wobec grupy do
      strzelania w "Wujku" przyznawali się nawet ci, których w ogóle nie było pod
      kopalnią - mówił.

      Jaworski został po raz pierwszy przesłuchany w drugim procesie; obecny jest już
      trzecim w tej sprawie. Oskarżyciele uznali jego zeznania za przełomowe, obrona
      kwestionowała ich wiarygodność. Dlatego czwartkowe przesłuchanie odbywało się w
      obecności biegłego psychologa. Świadek przyjechał do sądu z Niemiec.

      Jak zapewniają taternicy, ich raport miał trafić do szefów podziemnej "S",
      głównie do ukrywającego się Zbigniewa Bujaka. Pierwsza wersja raportu trafiła -
      według jednego z nich - do łącznika taterników, nieżyjącego już Bogdana Zalegi.
      Jakie były dalsze losy dokumentu, nie wiadomo. Inne wersje raportu również nie
      zachowały się do dzisiaj. To, że taternicy chcieli przekazać wiadomości na
      temat pacyfikacji, potwierdził inny przesłuchiwany w poprzednim procesie
      świadek - Janusz Onyszkiewicz. Zeznał on, że w czasie stanu wojennego spotkał
      się z Januszem H.; taternik powiedział mu, że ma informacje na temat
      pacyfikacji "Wujka" i tzw. sprawy bydgoskiej. Onyszkiewicz potwierdził, że zna
      nie tylko Janusza H., ale też Jaworskiego i Yoshiho U. - łącznika pomiędzy
      Jackiem J. a liderami "S".

      Dwaj inni taternicy, przesłuchani w drugim procesie, potwierdzali zeznania
      Jaworskiego. Mówili, że podczas szkoleń zorganizowanych w górach na początku
      lat 80. niektórzy z zomowców opowiadali, jak strzelali do górników.

      Jak dowiedziała się PAP, w obecnym procesie sąd zamierza wezwać na
      przesłuchanie tylko Janusza H. Trzeci z grupy, Ryszard Sz., mieszka w Kanadzie
      i złożył obszerne zeznania w poprzednim procesie. Prawdopodobnie nie będzie już
      wzywany.

      W poprzednim wyroku katowicki sąd okręgowy uznał zeznania Jaworskiego i innych
      taterników za wątpliwe, niekonkretne i zawierające sprzeczności. Innego zdania
      był katowicki sąd apelacyjny, który uchylił wyrok uniewinniający lub umarzający
      postępowania wobec oskarżonych i nakazał przeprowadzenie nowego procesu. W
      ustnym uzasadnieniu orzeczenia sąd uznał, że zeznania taterników "wspierają
      się". Gdyby nawet przyjąć, że raport w ogóle nie istniał, to dowodem samym w
      sobie są zeznania taterników - przyjął sąd odwoławczy.

      W czasie pacyfikacji śląskich kopalń zginęło dziewięciu górników, a
      kilkudziesięciu zostało rannych. Dwa pierwsze wyroki w tej sprawie uchylał sąd
      apelacyjny. Na ławie oskarżonych zasiada 17 osób - b. wiceszef KW MO w
      Katowicach i 16 byłych członków plutonu specj
      • szwager_z_laband Re: nowinki 04.11.05, 10:04
        plutonu specjalnego ZOMO.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 04.11.05, 10:02
      Masakra w "Wujku" - przesłuchanie autora "raportu taterników"
      W trzecim procesie w sprawie pacyfikacji w stanie wojennym kopalń "Wujek"
      i "Manifest Lipcowy" sąd ma dziś przesłuchać Jacka Jaworskiego - współautora
      tzw. raportu taterników, obciążającego b. zomowców, którzy odpowiadają za
      strzelanie do górników.
      Raport - dowód, który pojawił się w drugim procesie w sprawie "Wujka" - miał
      powstać w 1982 roku po obozie szkoleniowym w górach, podczas którego jego
      autorzy - doświadczeni taternicy - uczyli zomowców spod "Wujka" wspinaczki.
      Podczas wspinaczek i alkoholowych imprez organizowanych w czasie szkolenia
      niektórzy z oskarżonych mieli opowiadać, jak strzelali do górników.

      Jaworski został po raz pierwszy przesłuchany w drugim procesie. Oskarżyciele
      uznali jego sensacyjne zeznania za przełomowe, obrona kwestionowała ich
      wiarygodność. Nie wiadomo, czy dzisiejsze przesłuchanie Jaworskiego dojdzie do
      skutku, bo zgodnie ze wskazaniem sądu apelacyjnego w czasie zeznań tego świadka
      na sali powinni być obecni wszyscy oskarżeni. Podczas ostatnich rozpraw często
      nie stawiał się żaden z nich. Sam Jaworski, na co dzień mieszkający w
      Niemczech, zapowiedział, że będzie obecny.

      W czasie pacyfikacji śląskich kopalń zginęło dziewięciu górników, a
      kilkudziesięciu zostało rannych. Proces byłych milicjantów, oskarżonych o
      strzelanie w kopalniach, toczy się przed katowickim sądem okręgowym już po raz
      trzeci. Dwa pierwsze wyroki uchylał sąd apelacyjny. Na ławie oskarżonych
      zasiada 17 osób - b. wiceszef KW MO w Katowicach i 16 byłych członków plutonu
      specjalnego ZOMO.
      • rita100 Re: nowinki 04.11.05, 19:29
        www.alfa.com.pl/slask
        Nowe wydanie
        • szwager_z_laband Re: nowinki 04.11.05, 19:31
          miauas juz w rynce?

          co ciekawego wysznupauas??
          • rita100 Re: nowinki 07.11.05, 09:51
            www.alfa.com.pl/slask/200509/s47.htm
            Jest takie
            miasto,
            moje miasto

            ten artykuł bardzo mnie zaciekawił, historia pewnej Katowiczanki, która po
            latach zrozumiała , że jest też Ślązaczką i wspomina.
            Ale też w innych artykułach wspominają ciagle o kotle śląskim, to określenie
            tak juz chyba pozostanie , albo ? ;)
            • ballest Re: nowinki 07.11.05, 10:01
              Rita, widzisz to je nasz Slask, mamy mieszana krew bo tak u nas bylo zawsze
              bylismy goscinni i dlatego
              tyle roznych narodowosci na naszym Slasku goscilo1
              • rita100 Re: nowinki 07.11.05, 20:50
                Tak , ŚLĄSK to róznorodność kultur i wszystkich Ballest staraj sie rozumieć :)
                A teraz popatrzcie co znalazłam , może i Wy cos fajnego znajdziecie na tej
                stronce

                www.szukamypolski.com/gap/galery_1b.php?cat_id=392
                Na górze jest alfabet i wszystkie miasta alfabetycznie na zdjeciach, nie
                zauważyłam Gliwic, są Katowice.
                • szwager_z_laband Re: nowinki 07.11.05, 20:54
                  mie zaintersowauy tysz te miyjszosci:

                  www.szukamypolski.com/gap/galery_3.php?cat_id=3
                  • rita100 Re: nowinki 07.11.05, 20:57
                    ciekawe rzeczy można wynaleź na tej stronce
    • szwager_z_laband Re: nowinki 05.11.05, 10:34
      jutro we Kobiorze mo byc msza za slonsk - wiy ktos cosik o tym wiyncyj???
      • rita100 Re: nowinki 15.11.05, 14:24
        Może już ktos wie ?
    • szwager_z_laband Re: nowinki. 21.11.05, 22:58
      z władzami niemieckimi w Warszawie

      10 listopada w Warszawie reprezentanci mniejszości niemieckiej rozmawiali z
      przedstawicielami Ministerstwa Spraw Zagranicznych Niemiec na temat
      finansowania przez rząd niemiecki w 2006 roku projektów mniejszości w Polsce o
      charakterze kulturalnym. Pierwszy raz w spotkaniu brał udział przedstawiciel
      Ministerstwa Spraw Wewnętrznych RP Dobiesław Rzemieniewski. „Jahresgespräch”
      otworzył dr Reinhard Schweppe, ambasador Niemiec Polsce.

      Dwa punkty widzenia

      Dobiesław Rzemieniewski, ustosunkowując się do „Ustawy o mniejszościach
      narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym” z 6 stycznia 2005,
      stwierdził, iż dokument tak naprawdę wejdzie w życie od momentu uchwalenia
      przez nowy rząd RP budżetu. Funkcjonuje już Komisja Wspólna Rządu i
      Mniejszości, a od 23 czerwca wszystkie mniejszości w Polsce wiedzą, na jakiej
      zasadzie są przyznawane dotacje podmiotowe. Ale już w tym roku pierwszy raz
      mniejszości miały wpływ na wysokość przyznanych pieniędzy, zdaniem
      Rzemieniewskiego.
      Sylvia Groneick i konsul Helmut Schöps w imieniu rządu Niemiec zakomunikowali
      przedstawicielom mniejszości: – Pieniądze na wsparcie programów zostaną
      przekazane, ale nie będą tak wysokie, jak państwo zaplanowaliście.
      Wiceszef VdG Helmut Kurowski spuentował tezy swoich przedmówców następująco: –
      Wiemy, że coraz mniej pieniędzy idzie na naszą działalność. Nie wiemy, jaka nas
      czeka przyszłość.

      Jak mając mało, podzielić równo?

      W sprawie pielęgnowania i wsparcia kultury i języka niemieckiego głos zabrali:
      Piotr Baron (Niemieckie Towarzystwo Oświatowe), Zuzanna Kasiura (TSKN Opole),
      Joachim Niemann (VdG). Baron mówił o niedostatecznym przygotowaniu programu
      Niwki, który jego zdaniem nie przygotowuje jak należy nauczycieli chcących
      uczyć w szkołach w języku niemieckim. Niemann zakomunikował, iż VdG próbował w
      tym roku sprawiedliwiej niż dawniej dzielić pieniądze podatnika niemieckiego
      (tak by wszyscy coś dostali).

      Co z festiwalem?

      I Festiwal Kultury Niemieckiej w Hali Stulecia we Wrocławiu w 2003 roku odbił
      się szerokim echem. Miał się odbywać co dwa lata. Irena Lipman z Wrocławia,
      jego główna organizatorka, zaproponowała, aby II Festiwal Kultury Niemieckiej w
      2006 roku także odbył się we Wrocławiu. Jej zdaniem jest to godne miejsce do
      zaprezentowania bogatej niemieckiej kultury. – Jeśli mniejszość niemiecka nie
      urządzi festiwalu, za dwa, trzy lata nikt o nas nie będzie mówił – żaliła się
      Lipman.

      Na pierwszym miejscu młodzież, tylko?

      Zdaniem przedstawicieli Ify Urbana Beckmanna i Dominika Kretschmanna młodzież
      mniejszości niemieckiej z dobrze opracowanymi projektami będzie miała fory w
      swojej działalności – „bo jest przyszłością organizacji”. – Jeśli jednak tych
      programów nie ma albo są zrobione na kolanie, to strona niemiecka nie będzie
      dawała na nie pieniędzy – zauważył konsul generalny Helmut Schöps.

      Marcin Wiatr broni Domu

      Jeden z mówców stwierdził, że finanse, a w związku z tym również programy Domu
      Współpracy Polsko-Niemieckiej w 2006 mogą być zagrożone. Marcin Wiatr,
      przedstawiciel Domu, bronił planowanych projektów, one bowiem w odniesieniu nie
      tylko do mniejszości niemieckiej, ale realizowane w równym stopniu dla polskiej
      społeczności, zwłaszcza adresowane do młodego pokolenia, pełnią niezwykle ważną
      funkcję poznawczą i budują pojednanie. – Ograniczenie działalności Domu
      zmniejszy pole współpracy niemiecko-polskiej – uważa Wiatr.

      Media samodzielne

      Według panów z Ify media mniejszości niemieckiej, zwłaszcza realizowany w Opolu
      radiowy „Schlesien Aktuell” i „Schlesisches Wochenblatt”, powinny zmierzać do
      osiągnięcia pełnej samodzielności. Dotacji do wszystkich mediów będzie coraz
      mniej. Tylko świeże i dobre projekty będą wspierane. Szanse na utrzymanie
      dotacji mają wg Ify projekty medialne adresowane dla młodzieży.

      Czwarty raz z rzędu zorganizowane w Niemieckim Instytucie Historycznym w
      Warszawie spotkanie przedstawicieli władz niemieckich i mniejszości niemieckiej
      prowadziła Sylvia Groneick, pełnomocnik ds. mniejszości niemieckiej ambasady.
      Poza projektami sporządzonymi przez instytucje i organizacje mniejszości
      niemieckiej swoje programy zaprezentowali przedstawiciele afiliowanych w Polsce
      instytucji: Instytutu Goethego i Niemieckiej Centrali Wymiany Akademickiej
      (DAAD). Reprezentanci IfA (Instytut Stosunków Międzynarodowych) przedstawili
      projekty dotyczące kultury niemieckiej i mediów.

      Engelbert Miś

      Ambasador dziękował Paździorowi

      Ambasador Reinhard Schweppe zachęcał do zwiedzenia budujących się w pobliżu
      gmachu Sejmu budynków niemieckiej ambasady. Do gotowej siedziby zaprosił
      uczestników rozmów w… 2007 roku. Powitał parlamentarzystów Mniejszości
      Niemieckiej z nowym posłem Ryszardem Gallą. Podziękował za dobrą współpracę
      byłemu posłowi Helmutowi Paździorowi. Podkreślił, iż z punktu widzenia rządu
      niemieckiego praca dwóch posłów MN w parlamencie RP jest niezwykle ważna.
      • szwager_z_laband Re: nowinki. 21.11.05, 22:59
        Misterium "Slaska droga krzyzowa" bedzie mialo miejsce w niedziele, 27.11.2005
        o 17.00 w Centrum Edukacujnym im. Jana Pawla II (kolo katedry gliwickiej) z
        udzialem deportowanych i ich rodzin.

        Ruch Autonomii Śląska koło Wielkie Hajduki wraz z redakcja Jaskółki Śląskiej
        zamierza stworzyć kalendarz śląskich i "rasiowskich" imprez, rocznic,
        cyklicznych spotkań i konferencji oraz tych wszystkich spraw, ktorymi RAŚ
        zajmuje sie corocznie.
        Prosimy więc o dostarczanie dat i nazw imprez, które wiążą się ze Śląskiem i z
        naszą działalnością wraz z podaniem miejsca, osób zaangażowanych i ew.
        współorganizatorów.
        Kalendarz zostanie udostępniony wszystkim zainteresowanym i opublikowny w
        Jaskółce.
        Serdecznie dziękujemy i pozdrawiamy.
        Czekamy na podpowiedzi.
        RAS koło Wielkie Hajduki.


    • szwager_z_laband Re: nowinki 23.11.05, 12:33
      w niedzielę liczenia wiernych. Zaskakująco mało przystępuje do komunii, bo
      tylko ok. 15 proc
      Liczenie wiernych odbywa się od 25 lat zawsze w ostatnią niedzielę w roku
      liturgicznym. W niedzielę wychodzących z kościołów rachowali ministranci i
      członkowie rad parafialnych, osobno mężczyzn i kobiety.

      W większości opolskich parafii proboszczowie już w poniedziałek mieli dane z
      liczenia.

      Parafia Podwyższenia Krzyża Świętego obejmuje trzy świątynie w centrum miasta:
      katedrę, kościół Franciszkanów i św. Sebastiana. Na jej terenie mieszka 14
      tysiąca katolików. W ostatnią niedzielę na wszystkie msze przyszło 5165, w więc
      niespełna 37 proc., z czego do komunii świętej przystąpiło 1808, czyli 35 proc.
      przybyłych do kościoła.

      - Czemu tak mało? To wynika z różnych czynników - zastanawia się ks. prałat
      Edmund Podzielny, proboszcz katedry. - Nie wszyscy byli u spowiedzi, nie każdy
      czuje się godny, aby w ogóle do komunii przystąpić.

      W parafii św. Jacka w Kolonii Gosławickiej było jeszcze gorzej. Mieszka tam
      11,5 tysiąca parafian. Na niedzielnych mszach było ich 2913, czyli raptem 25,3
      proc. (do komunii poszło tysiąc osób). - Może wygląda to mizernie, ale w
      poprzednich latach liczba wiernych nie przekraczała 2700. Jest więc wzrost, z
      czego się cieszę - uznał proboszcz Hubert Chudoba.

      U św. Józefa w Szczepanowicach zapisanych jest 6850 parafian. Na wszystkich
      niedzielnych mszach modliło się 2789 osób (1211 mężczyzn i 1578 kobiet), czyli
      40,72 proc. - Nie jest źle, myślałem, że przez złą pogodę będzie gorzej -
      komentuje proboszcz, ks. prałat Zygmunt Lubieniecki. - Ostatnio parafia się nam
      rozrosła, bo obok powstał campus Politechniki Opolskiej. W ostatni weekend było
      tam około tysiąca studentów zaocznych, z których część na pewno przyszła na
      mszę, bo widziałem nowe twarze. Jednak sądzę, że w większości przyszli nasi
      stali parafianie - dodaje.

      Z obecnych na mszy do komunii przystąpiło 1220 osób, czyli prawie 44 proc. -
      Trudno mi to interpretować - przyznaje ks. Lubieniecki.

      Według strony internetowej diecezji opolskiej w Grudzicach mieszka tam 2400
      parafian. Na msze przyszło 981, czyli 40,84 procent, do komunii poszło 586. -
      Pewnie byłoby więcej ludzi, bo Ślązacy to naród bardzo religijny. Trzeba jednak
      wziąć pod uwagę, że wielu naszych parafian pracuje na Zachodzie - ocenia ks.
      proboszcz Leonard Makiola.

      Podobnie było w pozostałych parafiach, gdzie na mszach było w nich między 30 a
      45 proc. parafian. W ubiegłym roku liczby były podobne, różniły się więcej niż
      o 5 procent.

      - Zbyt wcześnie na wyciąganie wniosków. Sam chciałbym się z tymi danymi
      zapoznać i na spokojnie je ocenić. Komentarz wymaga szerszego spojrzenia, a
      Opole to największy, ale jednak tylko wycinek naszej diecezji - stwierdził
      biskup ordynariusz Alfons Nossol.

      "Na górce" nie liczyli

      Liczenie wiernych miało się odbyć we wszystkich parafiach. Zdarzyły się jednak
      przeoczenia. - Nie ukrywam, że najnormalniej w świecie o tym zapomniałem, bo
      miałem na głowie wiele obowiązków - przyznaje ks. Edward Kucharz, proboszcz
      parafii "na górce". Powiedział, że zorganizuje liczenie w najbliższą
      niedzielę. - Na pewno już nie zapomnę - zaznacza.
      • szwager_z_laband Re: nowinki 23.11.05, 12:34
        Łambinowicach doczeka się wyroku? Dziś to już nie kwestia dowodów czy świadków,
        ale jego sędziwego wieku i stanu zdrowia.

        Ostatnia rozprawa 82-letniego Czesława Gęborski odbyła się ponad rok temu.
        Kolejna najwcześniej w lutym. Daty dyktuje stan zdrowia byłego komendanta. Jak
        wynika z zaświadczeń lekarskich, ma on poważne problemy z sercem. Opinia
        biegłego wyklucza na razie jego uczestnictwo w procesie. Oskarżony ma również
        problemy z poruszaniem.

        Latem miał kolejny wylew krwi do mózgu, był też w stanie przedzawałowym. A już
        przedtem lekarze orzekli, że rozprawa z jego udziałem nie może trwać dłużej niż
        dwie godziny. Oraz że Gęborski może przyjeżdżać do sądu (z Katowic, gdzie
        mieszka) tylko w towarzystwie opiekuna. Towarzyszył mu więc jego obrońca, który
        przywoził go lub odbierał z pociągu, bo komendant nie ma rodziny.

        Mimo kłopotów zdrowotnych oskarżony na wszystkich rozprawach podkreślał, że
        zależy mu na tym, by sprawa się zakończyła i nigdy nie będzie wykorzystywał
        żadnych sztuczek prawnych, by utrudniać proces. Chce, by sąd wydał wyrok, bo
        czuje się niewinny i chce zostać oczyszczony z zarzutów. Jednak czy dojdzie do
        wyroku, trudno powiedzieć.

        W tej chwili sąd przesłuchał wszystkich dostępnych w Polsce świadków.
        Niektórych w miejscu ich zamieszkania, bo zdrowie nie pozwalało im przyjechać
        do Opola. Świadkowie mają bowiem od 70 do 90 lat. Zebrano także zeznania od
        świadków, którzy obecnie mieszkają w Niemczech.

        W tej chwili do przesłuchania zostało kilku i jeżeli uda się to zrobić do
        lutego, to mogłoby dojść do wizji lokalnej na terenie obozu w Łambinowicach.
        Tyle że musi w niej brać udział oskarżony, a nie wiadomo, czy będzie w stanie
        tam pojechać.

        Zarzuty dla komendanta

        Obóz pracy w Łambinowicach powstał w 1945 r. podczas akcji wysiedlania po
        wojnie rodzimej ludności ze Śląska. Przez pierwsze dwa miesiące komendantem w
        Łambinowicach był wówczas 20-letni Gęborski, wtedy sierżant milicji. Ludzi
        umierali w obozie głównie z głodu i z powodu epidemii tyfusu. Kilkudziesięciu
        więźniów zostało jednak najprawdopodobniej zamordowanych podczas pożaru.
        Strażnicy zmuszali osadzonych do gaszenia, po czym zaczęli do nich strzelać.
        Zginęło ponad 40 osób. Dwa razy prowadzono śledztwo w tej sprawie (w latach 40.
        i 50.) i dwa razy je umarzano. W 1990 r. Komisja Badania Zbrodni przeciw
        Narodowi Polskiemu w Opolu zajęła się działalnością obozu. Efektem było
        wznowienie śledztwa w sprawie pożaru przez wydział śledczy Prokuratury
        Okręgowej w Opolu. W kwietniu 1999 roku przedstawiono Czesławowi G. zarzut
        zabójstwa ponad 30 osób w czasie pożaru
        • szwager_z_laband Re: nowinki 23.11.05, 12:34
          W połowie grudnia TVP Opole przeprowadzi się do dawnej synagogi przy ul.
          Szpitalnej, a od połowy stycznia będzie być może nadawać stamtąd program w
          zmienionej formule i nowej scenografii

          Szef opolskiej TVP Jacek Kruczkowski przyznaje, że telewizja wynajęła obiekt. -
          Jeśli okaże się, że warunki są tam dla nas dobre, to Telewizja Polska być może
          kupi budynek. Najpierw jednak musimy go przetestować.

          Obecnie opolska TVP pracuje w siedzibie Radia Opole i narzeka na ciasnotę. W
          synagodze miałaby ponad dwa razy więcej miejsca. Jednak... - Będziemy mieli
          kłopoty z parkowaniem, bo z dwóch stron jesteśmy zastawieni kontenerami ze
          śmieciami - mówi Kruczkowski. - Pisałem w tej sprawie do ratusza, jednak nikt
          na razie nie odpowiedział.

          Kruczkowskiego niepokoi także sąsiedztwo pubów i dyskoteki. - Nie wiemy, czy
          hałasy dobiegające stamtąd wieczorem i w nocy pozwolą nam na nagrywanie
          programów, ale to wszystko wyjdzie w praniu - mówi.

          Jeśli synagoga będzie dobra na siedzibę, to w połowie telewizja wprowadzi
          ramówkę po liftingu. Dwie najważniejsze zmiany to zupełnie nowa dekoracja w
          studiu oraz więcej programów na żywo.
          • szwager_z_laband Re: nowinki 23.11.05, 12:35
            Prawie 80 proc. mieszkańców Śląska nie ma żadnych oszczędności! A jeżeli już
            odkładamy coś do skarpety, to decyzję o tym podejmują zazwyczaj kobiety.

            Śląsk jest na szarym końcu w wyścigu o tytuł najbardziej oszczędnego regionu
            Polski. Badania przeprowadzone niedawno przez Pentor pokazują, że jeszcze mniej
            oszczędzają tylko w województwach świętokrzyskim, kujawsko-pomorskim i
            lubuskim. Większość Ślązaków (78,1 proc. badanych) wszystko co zarobi, wydaje
            na bieżąco. Na potęgę kupujemy telewizory, lodówki czy sprzęt rtv, nie
            przejmując się zbytnio oszczędzaniem.

            - Ludzie próbują zaoszczędzić na coś, co chcą kupić. O emeryturze w ogóle nie
            myślą, wychodząc z założenia, że to załatwi dla nich państwo. Ponad 80 proc.
            badanych wierzy, że nigdy się nie zestarzeje - ocenia Maciej Obuchowicz z PZU
            SA, które zleciło badania.

            Tylko co szósty mieszkaniec naszego regionu od czasu do czasu odkłada jakieś
            drobne sumy. Zazwyczaj 100 lub 200 zł miesięcznie. To wynik dużo gorszy niż
            średnia krajowa, bo z badań wynika, że w kraju regularnie oszczędza 20 proc.
            Polaków.

            Jedynie co 20. Ślązak ma większe oszczędności, zazwyczaj 7 lub 8 tys. zł. To
            głównie zasługa... śląskich kobiet, które częściej niż panie z innych regionów
            odkładają na czarną godzinę. Jeśli nawet małżeństwa podejmują decyzję wspólnie,
            to i tak głos decydujący ma ona. - Coś w tym jest, bo zazwyczaj ja, a nie mąż
            decyduję, gdzie ulokować nasze pieniądze - uśmiecha się prof. Irena Pyka z
            Akademii Ekonomicznej w Katowicach i dodaje: - Śląsk musi oszczędzać, bo to
            napędza rozwój gospodarczy.

            Choć oszczędzamy rzadziej niż inni, to swoją sytuację materialną oceniamy
            podobnie jak pozostali Polacy. Ponad 22 proc. Ślązaków twierdzi, że ich
            sytuacja jest "dobra i raczej dobra", co jest wynikiem trochę lepszym niż
            średnia krajowa. Jako mieszkańcy regionu ceniącego tradycyjne wartości
            rodzinne, zamiast odkładać do skarpety albo na konto bankowe, pomagamy np.
            dzieciom. Płacimy im za studia, kupujemy pierwszy samochód czy dokładamy do
            mieszkania. - To też inwestycja - chwali prof. Pyka.
            • szwager_z_laband Re: nowinki 23.11.05, 12:36
              Absolwenci Śląskiej Akademii Medycznej najlepsi w Polsce. Podczas Lekarskiego
              Egzaminu Państwowego tylko młodzi lekarze z Warszawy mogli się z nimi równać.

              Jeszcze do niedawna absolwenci medycyny i stomatologii uzyskiwali prawo
              wykonywania zawodu po zdaniu wszystkich egzaminów na studiach i odbyciu
              rocznego stażu. Od zeszłego roku muszą zdawać LEP, czyli Lekarski Egzamin
              Państwowy.

              Absolwenci Śląskiej Akademii Medycznej zażarcie krytykowali wprowadzenie
              egzaminu. Okazało się jednak, że byli do niego świetnie przygotowani. Najlepszy
              wynik - 182 punkty na 197 możliwych - uzyskała już na pierwszym LEP-ie Elżbieta
              Meszyńska z Wydziału Lekarskiego Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. W
              ogólnej klasyfikacji stażyści z ŚAM znaleźli się na trzeciej pozycji.

              W tym roku byli jeszcze lepsi. - Średni wynik absolwentów śląskiej akademii to
              144,9 punkta. Identycznym rezultatem mogą się pochwalić jeszcze tylko lekarze z
              Akademii Medycznej w Warszawie - mówi prof. Stanisław Orkisz, szef Centrum
              Egzaminów Medycznych w Łodzi, które przygotowuje LEP i sprawdza jego wyniki.
              Prof. Orkisz zwraca uwagę, że mamy jednak nad Warszawą przewagę: egzamin
              zdawało 279 absolwentów Akademii Medycznej w Warszawie i siedmiu oblało, a
              spośród 316 absolwentów ŚAM nie zdało tylko trzech.

              Dla Śląskiej Akademii Medycznej taki wynik to balsam na rany. Uczelnia jest
              ogromnie zadłużona i wykładowcy nieraz już wyrażali obawy, że trudności
              finansowe odbiją się na jakości nauczania. - Ogromnie się cieszę. Wszystkim
              wiadomo o naszych problemach. Tym większa satysfakcja, że z zadania kształcenia
              nowych lekarzy tak dobrze udaje nam się wywiązywać - mówi prof. Ewa Małecka-
              Tendera, rektor ŚAM.
              • szwager_z_laband Re: nowinki 23.11.05, 12:37
                SZKOŁA PRAWOMOCNIE BEZ PATRONA

                Zespół Szkół Dwuzjęzycznych w Oleśnie nadal bez patrona. Naczelny Sąd
                Administracyjny uznał argumenty wojewody opolskiego, że uchwała została podjęta
                z naruszeniem prawa. Decyzja jest prawomocna.
                Radni Olesna naruszyli przepisy wydane przez Ministerstwo Edukacji o procedurze
                nadawania imienia. I to właśnie zostało zakwestionowane przez wojewodę.
                Jednak patron szkoły w Oleśnie stał się głośny z zupełnie innego powodu. Jednym
                z Noblistów Śląskich w uchwale miał być bowiem Fritz Haber. Niemiecki chemik,
                został laureatem Nagrody Nobla za syntezę amoniaku. Pracował także nad Cyklonem
                B., wykorzystywanym później w obozach koncentracyjnych.
                Wicedyrektor szkoły, Irena Szudy jest zaskoczona wyrokiem. "Nie wiem co dalej
                zrobić w tej sprawie" - mówi.
                We wtorek (22.11) burmistrz Olesna Edward Flak nie odbierał telefonu.

                przypomnijmy:

                Zespół Szkół Dwujęzycznych w Oleśnie imię "Noblistów Śląskich" otrzymał na
                początku tego roku. Edward Flak tłumaczył wtedy Radiu Opole, że celem nadania
                tego imienia, było pokazanie wzoru awangardowej myśli naukowej, a nie
                wyróżnianie któregoś z naukowców.
                Burmistrz Olesna napisał też w lutym list, do Szwedzkiej Królewskiej Akademii
                Nauk. Zwrócił się w nim z pytaniem, czy prace Habera nad produkcją gazów
                bojowych, dyskwalifikują go jako naukowca i laureata nagrody Nobla. Prosił
                również o przesłanie kopii wniosków, które uzasadniały przyznanie nagrody
                Haberowi.
                Jednak sprawa ma też swoją drugą stronę. Otóż burmistrz Edward Flak przekazał
                wojewodzie wykaz nazwisk noblistów śląskich. Okazuje się, że nie było tam
                Fritza Habera.
                Tymczasem niektórzy radni twierdzą, że na sesji głosowali między innymi na
                niego. Dodają, że nie podawano biografii noblistów. Także w ankiecie
                wypełnianej przez uczniów było umieszczone nazwisko Habera.
                www.radio.opole.pl/?kat=dalej_news&id=8757
                • szwager_z_laband Re: nowinki 23.11.05, 12:38
                  "Gazeta Wyborcza" w dodatku katowickim organizuje plebiscyt na najbardziej
                  zasłużonego dla pielęgnowania tożsamości w regionie w mijajacym roku. Jednym z
                  10 nominowanych jest Przewodniczacy RAŚ Jerzy Gorzelik ! Kupony zamieszczane są
                  od 2 dni w "GW", termin nadsyłania -30 listopada. Apeluję o powszechny
                  udział /można też wylosować nagrody/.

    • szwager_z_laband Re: nowinki 28.11.05, 11:06
      6.12.2005 (wtorek) godz. 12.00 w S¹dzie Rejonowy w Katowicach ul. Lompy 14 sala
      206 przesluchanie w sprawie ZLNS.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 28.11.05, 11:08
      Wiec pod hasłem "Marsz równości idzie dalej..." zorganizowany w Katowicach
      przez Zielonych 2004 został zakłócony okrzykami, gwizdami i buczeniem przez
      grupę kilkudziesięciu ubranych na czarno młodych mężczyzn, nie doszło jednak do
      poważnych incydentów.
      W wiecu uczestniczyło ok. 100 osób - przedstawiciele Zielonych 2004, Kampanii
      Przeciwko Homofobii, Socjaldemokracji Polskiej, Młodych Demokratów,
      Antyklerykalnej Partii Postępu "Racja", Samoobrony, organizacji
      anarchistycznych. Grupa przeciwników wiecu liczyła ok. 60 osób.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 28.11.05, 11:20
      Mniejszość o roszczeniach
      (2005-11-30)
      Pos. Henryk Kroll: – Boli nas to, że Lublinie i Warszawie ludzie nie
      rozróżniają w sprawach roszczeń skomplikowanych kwestii dotyczących „starych”
      i „nowych” wypędzonych. Tym, którym w latach 70. i 80. pozwolono po uciążliwych
      staraniach wyjechać na stałe do Niemiec, zmuszono jednocześnie do zrzeczenia
      się polskiego obywatelstwa i majątku – przeważnie na Skarb Państwa. Natomiast
      ci, którzy Polskę opuścili nielegalnie w tamtych czasach czy później, mają
      prawo do pozostawionych tutaj własności. Niektórzy polscy politycy z bliżej nie
      sprecyzowanych roszczeń robią wielkie zamieszanie. Bijąc pianę, mieszają w
      głowach zdezorientowanego społeczeństwa. To z kolei psuje stosunki polsko-
      niemieckie.

      Henryk Kroll nie wdawał się w dyskusję podczas panelu kończącego seminarium w
      sprawach roszczeń, na ile wypędzeni zaraz po wojnie Niemcy mogą mieć prawo do
      zwrotu swoich dawnych włości. Poseł mówił o losach i własności swoich rodaków
      ze Śląska, Warmii i Mazur itd., którzy Polskę opuścili w latach 60., 70. i 80.
      Ze spokojem tłumaczył, w jaki sposób sprawy majątkowe ludzi pokrzywdzonych,
      którzy wyemigrowali, stały się na Śląsku, Warmii i Pomorzu zarzewiem konfliktów
      politycznych. Do Głogówka, gdzie toczył się proces o kamienicę b. właścicieli
      Niemców z Polakami, przyjechał przed wyborami sfotografować się z nabywcami
      kamienicy, Polakami, Krzysztof Janik, przewodniczący ówczesnego klubu SLD. – W
      podobnym stylu sesję zdjęciową bazującą na ludzkiej tragedii w Głogówku
      urządził sobie b. poseł narodowy Jerzy Czerwiński, walczący o mandat w Senacie
      RP – powiedział Kroll.
      Zdaniem posła, na przyszłość nie należy robić z pojedynczych sytuacji
      dotyczących ludzi, którzy próbują odzyskać dawną utraconą własność, wielkiego
      narodowego halo, jakby się nagle miał się zawalić porządek społeczny w Polsce.
      Zdaniem Krolla, nadszedł czas, aby włączyć środowiska wypędzonych do procesu
      naprawy wzajemnych niemiecko-polskich stosunków.
      Jan Grot
      • szwager_z_laband Re: nowinki 28.11.05, 11:21
        Sytuacja bez wyjścia?
        (2005-12-01)
        W Kamieniu Śląskim o roszczeniach majątkowych

        Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę – stwierdził prof. Jerzy Sawczuk w referacie
        otwierającym dyskusję o roszczeniach majątkowych Niemców i Polaków. Co się
        odwlecze, to nie uciecze – odparował Bruno Kosak z mniejszości. Na szczęście
        konferencja w Kamieniu Śląskim, poświęcona kwestii roszczeń, nie skończyła się
        na przerzucaniu przysłowiami.
        Niestety, i tym razem zabrakło konkretów. Zdaniem prof. Jerzego Sawczuka
        kwestia niemieckich roszczeń majątkowych nie załatwi się sama. – Ale na razie
        mamy pat polityczny i prawny – podkreślił. Podobnego zdania był również Gerhard
        Bartodziej (Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej), który stwierdził, że ani po
        polskiej, ani po niemieckiej stronie nie ma woli rozwiązania tego problemu i
        żadne formalnoprawne działania nic tu nie pomogą. Bartodziej powiedział, że
        wyciąganie kwot z jednej strony spotka się z tym samym po drugiej stronie. –
        Boli mnie to wyciąganie kwot i liczenie – dodał.
        Zupełnie inny punkt widzenia zaprezentował berliński adwokat Stefan Hambura. –
        Dobrze się stało, że Polska zaczęła liczyć swoje straty, bo to zrobiło potworne
        wrażenie w Niemczech. Zdaniem Hambury wzajemne przeciwstawianie roszczeń
        doprowadzi do tego, że Niemcy wyjdą na tym z rachunkiem ujemnym. Wszyscy
        dyskutanci byli zgodni co do tego, że jeżeli kwestia roszczeń majątkowych nie
        zostanie załatwiona w najbliższym czasie, to na pewno wróci za kilka lat.
        A. Hurek
        • ballest Re: nowinki, abo kto zaloz gupich! ??? 28.11.05, 11:27
          Najlepi ale zarabia na ty Hambura, bo tyn obojetnie co policzy, zawsze je
          richtig, a Poloki mu za to placom!
    • szwager_z_laband Re: nowinki 30.11.05, 14:27
      Śląskie szpitale nie chcą leczyć chorych z Zachodu










      Judyta Watoła 29-11-2005 , ostatnia aktualizacja 29-11-2005 21:13

      Wbrew zapowiedziom pacjenci z bogatych krajów zachodniej Europy nie podreperują
      budżetu śląskich szpitali. Powód: nie opłaca się ich przyjmować

      Na napływ pacjentów z krajów Unii Europejskiej liczył dyrektor niejednego
      szpitala. Im bardziej renomowana placówka, tym większym strumieniem miały do
      niej płynąć pieniądze z zachodnich kas chorych. Optymiści obliczali, jaki
      nowoczesny sprzęt uda się kupić dzięki leczeniu bogatych Europejczyków.
      Niektórzy przygotowywali już specjalne oferty dla zachodnich pacjentów.

      Okazuje się jednak, że zyskały tylko uzdrowiska, które mogą leczyć na
      komercyjnych warunkach i według takich właśnie stawek. Pozostałych czekał zimny
      prysznic.

      - Przyjmowanie chorych z Unii w ogóle się nie opłaca. Za ich leczenie zachodnie
      kasy chorych płacą nam według stawek Narodowego Funduszu Zdrowia, a te są
      bardzo niskie - mówi Wojciech Olszówka, dyrektor Górnośląskiego Centrum
      Medycznego w Katowicach Ochojcu.

      W GCM traktuje się więc pacjentów z krajów zachodniej Europy tak jak polskich w
      Niemczech, we Francji czy w Anglii: przyjmuje się ich tylko w sytuacjach nagłej
      choroby. Nie ma mowy o przyjmowaniu na planowe leczenie. W GCM powstała nawet w
      tej sprawie specjalna instrukcja, do której muszą się stosować lekarze.

      Podobnie jest w innych szpitalach. Dyrektorzy uważają, że skoro za pacjentów z
      Zachodu dostają tyle samo, ile za polskich, to nie ma powodu, by przyjmować ich
      na planowe leczenie bez kolejek.

      Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu próbowało od zachodnich kas chorych
      uzyskać więcej niż z NFZ. Bez skutku. - W tej sytuacji także przyjmujemy z
      krajów Unii tylko chorych w stanach nagłych. Moglibyśmy ich też leczyć
      planowano, ale skoro mamy dostać za to te same pieniądze, co za polskich
      chorych, to niech też czekają w kolejkach - uważa doc. Mariusz Gąsior, zastępca
      dyrektora ŚCChS.

      Nawet małe prywatne szpitale, w których nie ma tłoku, obawiają się chorych z
      Zachodu. - Szybko kończy nam się kontrakt i szpital stoi pusty. Wtedy
      moglibyśmy operować np. obywateli Niemiec, ale boimy się. Leczenie nie będzie
      się różniło, ale wymagania samych chorych prawdopodobnie tak, a tego za polskie
      stawki nie można im zapewnić - zauważa Leszek Berezowski, szef Beskidzkiego
      Centrum Medycznego w Bielsku-Białej.

      Wiceminister zdrowia Bolesław Piecha przyznaje, że sytuacja jest trudna i nic
      nie wskazuje, że cokolwiek się zmieni na korzyść szpitali: - Tu chodzi o
      międzynarodowe uzgodnienia. Dochodzi się do nich latami. Jakakolwiek zmiana to
      też lata negocjacji - przyznaje.

      W takiej sytuacji szpitale zarabiają na pacjentach spoza Unii, np. z Ukrainy,
      którzy są gotowi zapłacić za leczenie więcej niż NFZ. Nim się jednak położą na
      szpitalnym łóżku, muszą przelać na konto placówki większość należnej sumy, np.
      w GCM 80 proc.
      • szwager_z_laband Re: nowinki 30.11.05, 14:28
        Na Zaolziu zrekonstruowano osadę Słowian sprzed kilkunastu wieków


        Marcin Czyżewski 29-11-2005 , ostatnia aktualizacja 29-11-2005 21:08

        Jeżeli chcesz się przekonać, jak kilkanaście wieków temu mieszkali Słowianie,
        jak bronili się przed wrogami czy wytapiali żelazo, przyjedź do archeoparku. To
        nowa atrakcja turystyczna, podobna do Biskupina, która właśnie powstała na
        Zaolziu.

        Powrót do przeszłości zajmie nam kilka minut. Tyle bowiem trzeba jechać
        samochodem od przejścia granicznego w centrum Cieszyna do miejscowości Chotebuz-
        Podobora. Tu, jak wiele wieków temu, już z daleka widać strome wzgórze
        zwieńczone ostro ociosanymi palami. Badania prowadzone od blisko 30 lat przez
        Pawła Kouřila, dyrektora Instytutu Archeologii w Brnie, wykazały, że tętniło tu
        życie. Najpierw, między VIII a IV wiekiem przed Chrystusem, istniała tutaj
        osada obronna. Później, w VIII w. n.e. na wzgórzu osiedlili się Słowianie i
        mieszkali tu do XI w. Archeolodzy natrafili na ślady ich palisady, ziemianek,
        miejsc kultu, znaleźli ostrogę, siekierę, fragmenty malowanej ceramiki. Było to
        odkrycie na skalę europejską, dlatego muzeum w Czeskim Cieszynie postanowiło
        zrekonstruować słowiańską osadę dla turystów.

        Prace ruszyły w 2001 roku i zakończyły się kilkanaście dni temu. Efekt jest
        imponujący. Na wzgórze wspinamy się stromymi, drewnianymi schodami i drogą
        prowadzącą dnem fosy obronnej zmierzamy do drewnianego mostu. Prowadzi nas on
        do imponującej bramy z wieżą, strzegącej wjazdu na akropol, czyli najważniejsze
        miejsce w osadzie. Uchylamy ciężkie, dębowe wrota i jesteśmy w sercu
        archeoparku. Cały teren otacza drewniana, ostro zwieńczona palisada. Po obu
        stronach bramy wznoszą się imponujące, potężne drewniane fortyfikacje, wzdłuż
        których możemy się poruszać po specjalnych galeryjkach. Na nich stali kiedyś
        strzelcy, którzy razili z łuków atakujących nieprzyjaciół. - To wszystko
        zostało wzniesione tak, jak przed wiekami. Bez użycia jednego gwoździa, betonu
        czy stali. Tylko drewno i tradycyjne metody. Chodziło o to, żeby osada była w
        pełni autentyczna - tłumaczy Zbyszek Ondřeka, dyrektor muzeum w Czeskim
        Cieszynie.

        Podobnie jest z innymi obiektami na akropolu. Stoją tu ziemianki i
        półziemianki, w których mieszkała plemienna elita. Konstrukcje tak jak kiedyś
        powstały z jodły, a ściany wykonano z plecionych wierzbowych gałęzi oblepionych
        gliną. Dachy kryje słoma lub trzcina, sprowadzana specjalnie z okolic Dunaju na
        Węgrzech. Wąziutkie drzwi z plecionej słomy wiszą na skórzanych zawiasach. W
        środku drewniane legowisko i miejsce na ognisko. W tak malutkich
        pomieszczeniach żyły trzy-cztery osoby. Największym obiektem jest tzw. obiekt
        halowy - długa budowla, w której odbywały się narady, zgromadzenia i gdzie się
        modlono.

        Atrakcja archeoparku to nie tylko budowle. - W weekendy będą tu pokazy
        ówczesnego życia. Specjalna grupa zaprezentuje obyczaje, stroje, wytapianie
        żelaza, wypalanie ceramiki - dodaje Ondřeka.

        Zainteresowanie archeoparkiem jest bardzo duże. Do muzeum już od dawna dzwoniły
        m.in. polskie szkoły z pytaniem o zwiedzanie. Sezon będzie trwał od 1 kwietnia
        do końca października. Na Polaków będzie czekał przewodnik mówiący po polsku.
        Bilet ma kosztować ok. 30 koron (ponad 4 zł) na samo zwiedzanie i 100 koron
        (ok. 14 zł) na zwiedzanie z pokazami.

        Budowa kosztowała 22 mln koron, czyli ok. 3 mln zł. Część pieniędzy pochodziła
        z Unii Europejskiej, reszta z funduszy centralnych, wojewódzkich i samego
        muzeum.
        • szwager_z_laband Re: nowinki 30.11.05, 14:28
          Obchody rocznicy śmierci Horsta Bienka


          jk 28-11-2005 , ostatnia aktualizacja 28-11-2005 22:38

          Od spotkania z Otą Filipem, czeskim pisarzem i przyjacielem Horsta Bienka,
          rozpoczną się obchody 15. rocznicy śmierci największego pisarza rodem z Gliwic.
          Od 30 listopada do 3 grudnia w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej w Gliwicach
          odbywać się będą uroczystości z udziałem naukowców, publicystów i historyków

          Filip i Bienek byli rówieśnikami, obaj urodzili się w 1930 roku, ale poznali
          się dopiero w latach 70., gdy czeski pisarz został zmuszony przez władze
          komunistyczne do wyjazdu z Czechosłowacji. Mieszkający już wtedy od kilkunastu
          lat w zachodnich Niemczech Bienek pomógł mu wówczas stanąć na nogi. On też
          zwrócił uwagę opinii publicznej w Bawarii na sytuację artystów i zwykłych
          obywateli żyjących za "żelazną kurtyną". Pochodzący z Ostrawy Ota Filip
          zabłysnął w czasie czechosłowackiej odwilży politycznej przed 1968 rokiem.
          Otrzymał wtedy nagrodę miasta Ostrawy za powieść "Kawiarnia przy uliczce
          prowadzącej na cmentarz", o której sam mówił, że napisał ją z nudów.

          Po stłumieniu Praskiej Wiosny został skazany na 14 lat więzienia za "podżeganie
          społeczeństwa socjalistycznego". Zwolniony warunkowo, zarabiał na chleb jako
          monter mebli, kierowca ciężarówek oraz pracownik budowlany. W 1974 r. został
          pozbawiony obywatelstwa czechosłowackiego i wyemigrował do Bawarii. Najlepsza,
          zdaniem krytyków, książka Filipa to "Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze
          Śląskiej Ostrawy" - tragikomiczna epopeja z życia czeskiego Śląska. Ostrawa,
          podobnie jak Gliwice z czasów Horsta Bienka, była wielokulturowa, a najlepiej
          widoczne było to w opisanym w książce klubie sportowym FC Śląska Ostrawa. Grali
          tu obok siebie Czesi, Polacy, Niemcy i Żydzi, ale ich losy - za sprawą
          dramatycznych zakrętów historii - potoczyły się odmiennie.

          Spotkanie z Otą Filipem odbędzie się w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej przy
          ul. Rybnickiej w środę o godz. 18.30.

          Patronat nad obchodami uroczystości 15. rocznicy śmierci Horsta Bienka
          ma "Gazeta Wyborcza".
          • szwager_z_laband Re: nowinki 30.11.05, 14:29
            Spadkobiercy żądają zwrotu obrazów
            Berlińska kancelaria prawnicza domaga się od kilku polskich muzeów zwrotu dzieł
            sztuki. Zleceniodawcami są spadkobiercy byłych właścicieli prześladowanych
            przez III Rzeszę
            Chodzi o sześć obrazów znajdujących się obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie
            oraz w muzeach w Wrocławiu i Krakowie. Jak twierdzi berliński adwokat Jost von
            Trott zu Solz, obrazy te były własnością niemieckich Żydów. W czasach III
            Rzeszy miały zostać skonfiskowane przez nazistów. Jeszcze podczas wojny trafiły
            do muzeum w Breslau. Potraktowane po wojnie jako mienie poniemieckie zostały
            przejęte na podstawie dekretu z 1946 roku przez państwo polskie.
            Jak twierdzi adwokat, dekret ten nie przewiduje przejęcia majątków obywateli
            niemieckich, którzy byli represjonowani przez reżim nazistowski. Dlatego też
            powinny zostać natychmiast zwrócone prawowitym spadkobiercom. Kancelaria
            otrzymała już jednak negatywną odpowiedź na żądanie zwrotu i zamierza skierować
            sprawę na drogę sądową. Nasza działalność nie ma nic wspólnego z Pruskim
            Powiernictwem czy jakimikolwiek innymi organizacjami niemieckich wypędzonych
            podkreśla von Trott zu Solz. Jego klienci, spadkobiercy byłych właścicieli
            obrazów, mają obywatelstwo amerykańskie i brytyjskie i nie mieszkają w
            Niemczech.
            Nie są mi znane podobnego rodzaju przypadki. Generalnie w razie przedstawienia
            niezbitych dowodów, iż dzieła sztuki znajdujące się w polskich państwowych
            muzeach mają swych pełnoprawnych właścicieli, dyrektorzy mogą wystąpić do
            Ministerstwa Kultury z wnioskiem o skreślenie tych dzieł z inwentarza, co może
            być podstawą zwrotu. Każda sprawa wymaga jednak osobnego zbadania twierdzi
            dyrektor Franciszek Cemka z Ministerstwa Kultury.
            Niemiecka kancelaria zarzuca jednak Polsce złą wolę w załatwianiu konkretnych
            spraw. Mimo iż Polska podpisała porozumienie waszyngtońskie z 1989 roku, nie
            sporządziła list dzieł sztuki, których pochodzenie może wskazywać na to, że
            znalazły się w państwowych zbiorach przypadkowo lub też z naruszeniem zasad
            prawnych przekonuje Jost von Trott zu Solz. Rzeczywiście, nie ma przepisów
            umożliwiających wykonanie postanowień porozumienia waszyngtońskiego przyznaje
            Dorota FolgaJanuszewska z Muzeum Narodowego w Warszawie.
            Nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile dzieł sztuki znajdujących się w zbiorach
            polskich muzeów może być przedmiotem żądań rewindykacyjnych. Na całym świecie
            tego rodzaju żądań jest coraz więcej. Sześć obrazów, których zwrotu domaga się
            w imieniu swych klientów Jost von Trott zu Solz, może mieć wartość najwyżej 100
            tysięcy euro. Jak twierdzi adwokat, nie chodzi o pieniądze, ale o
            przestrzeganie przez Polskę zobowiązań międzynarodowych.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 02.12.05, 16:17
      Horst Bienek ma nową tablicę w Gliwicach


      jk 01-12-2005 , ostatnia aktualizacja 01-12-2005 21:44

      W czwartek w Gliwicach odsłonięta została nowa tablica upamiętniająca
      pochodzącego z tego miasta Horsta Bienka. Poprzednią ukradli złomiarze

      Odsłonięcie tablicy przy ulicy, która nosi od kilku lat jego imię, to
      symboliczny powrót pisarza do naszego miasta - podkreślali uczestnicy
      uroczystości.

      Urodzony w 1930 r. Bienek wyjechał z Gliwic tuż po zakończeniu wojny, gdy jego
      rodzinne miasto przestało być niemieckie. Nigdy nie miał pretensji do Polski i
      Polaków, choć w PRL-u jego książki długo były zakazane. W podziemiu ukazała się
      tylko "Cela", którą napisał na podstawie własnych doświadczeń z obozu w
      Workucie. Gdy w latach 70. kręcono film na podstawie jego "Pierwszej polki",
      władze nie zgodziły się wpuścić niemieckich filmowców do Gliwic, więc to miasto
      udawała... Ostrawa. Bienek pisał z żalem: "Wszyscy jesteśmy wypędzeni.
      Wypędzeni z krainy dzieciństwa w momencie, gdy wkraczamy w dorosłość". W 1988
      r. udało mu się jeszcze odwiedzić Gliwice. Zrobiły na nim przygnębiające
      wrażenie. Zauważył, że nie zmienił się nawet łańcuch na starym cmentarzu
      żydowskim, a miasto jest ciche i senne. Uczestnicy wczorajszych spotkań
      zastanawiali się, jakie wrażenie odniósłby pisarz w Gliwicach, gdyby jeszcze
      żył.

      Głównym punktem wczorajszych uroczystości z okazji 15. rocznicy śmierci
      największego gliwickiego pisarza było wręczenie Nagrody im. Horsta Bienka. Co
      roku ceremonia odbywa się w Niemczech, w których Bienek spędził ostatnich 45
      lat życia. Wczoraj po raz pierwszy nagroda wręczana była w Gliwicach - w
      Teatrze Muzycznym. Otrzymał ją dr Alfred Kolleritsch - literat i znawca
      literatury, m.in. twórczości Martina Heideggera. Wcześniej, w Domu Współpracy
      Polsko-Niemieckiej, uczniowie "Szkoły z Charakterem" (społecznego liceum)
      dyskutowali o znaczeniu Bienka i jego twórczości. Przedstawili też prezentację
      pt. "Gliwice przystanią dla poetów". - Bienek budował mosty porozumienia między
      Polakami i Niemcami - podkreślano. Dom Współpracy wspólnie z Instytutem
      Goethego w Krakowie ogłosił literacki konkurs na prozę: "Gliwice jako wspólne
      polsko-niemieckie dziedzictwo kulturowe. Poszukujemy nowego Horsta Bienka". W
      kinie Bajka odbyła się prezentacja trzech filmów poświęconych pisarzowi lub z
      jego osobą związanych. Patronat nad uroczystościami ma "Gazeta Wyborcza". Dziś
      w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej odbędzie się kolejna dyskusja poświęcona
      Bienkowi, a potem wycieczka wzdłuż miejsc, z którymi był związany.
      miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,3043951.html
      • szwager_z_laband Re: nowinki 02.12.05, 16:19
        Muzeum Czynu Powstańczego na Górze św. Anny

        Muzeum Czynu Powstańczego na Górze św. Anny ma uzyskać inną, nową jakość.
        Przede wszystkim ma być instytucją ponadregionalną. Już nie będzie patosu, ma
        być europejsko i w tonie pojednawczym. Przedstawiciele mniejszości niemieckiej
        obawiają się, że ekspozycja może być jednostronna.

        Ma zostać powołana rada muzeum z przedstawicieli województw opolskiego i
        śląskiego. Nie wiadomo jeszcze, kto wejdzie w jej skład. Na razie są
        dyskutowane kandydatury. Przedstawiciele w Urzędzie Marszałkowskim Województwa
        Śląskiego są zainteresowani współpracą w promowaniu tego przedsięwzięcia.
        – Ciekawe, czy ktoś z mniejszości niemieckiej znajdzie się w składzie tej rady.
        Nie możemy znosić jednostronnego prezentowania historii – zaznacza Bruno Kosak.
        – W poprzedniej kadencji powstała koncepcja, która miała pokazać tragedię
        pogranicza, nie tylko heroizm strony polskiej. Mam nadzieję, że to zostanie
        pokazane na wystawie – uważa Ryszard Galla, poseł RP.
        Z kolei burmistrz Leśnicy, Hubert Kurzał, na którego terenie znajduje się
        muzeum, twierdzi, że nic nie wie na temat zmian. – Jeżeli tak jest, to należy
        się cieszyć. Swoją drogą ciekawe, jak teraz zostaną pokazane powstania – mówi
        burmistrz.

        Wizja profesora Lisa

        Obok istniejącej już wystawy stałej przygotowywana jest „diorama” – seans,
        który będzie prezentowany na zakończenie stałej wystawy, połączony z wizją i
        muzyką.
        Scenariusz seansu przygotowany jest przez prof. Michała Lisa i kustosza Muzeum
        Śląska Opolskiego Urszulę Zajączkowską. Według tego scenariusza i koncepcji
        artystycznej przygotowanej przez Marka Mikulskiego, podczas seansu widzowie
        poznają dzieje Śląska od zakończenia walk o Górny Śląsk (pierwsze kadry –
        pobojowiska po bitwie) aż do dziś, do pokojowej współpracy na arenie
        europejskiej oraz współpracy w Europie regionów.
        Diorama będzie prezentowana w rotundzie, która została odremontowana. Natomiast
        w łączniku wiodącym do tej rotundy będą prezentowane fotogramy przedstawiające
        Masyw Chełmski (np. pałace w Żyrowie i Kamieniu Śląskim, ale także ciekawostki
        przyrodnicze).
        Według Krystyny Lenart-Juszczewskiej z Muzeum Śląska Opolskiego, koszty
        ekspozycji (dioramy) nie są wysokie, w porównaniu z innymi tego typu
        ekspozycjami. – Będziemy to finansować sami, bez udziału województwa śląskiego

        Kobieta ma łączyć

        Motywem łączącym, spajającym wszystkie historyczne wydarzenia na Śląsku będzie
        kobieta śląska – ta, która wysyłała synów i braci do walki, potem ich
        pielęgnowała, cały czas będąc ostoją dla mieszkańców tych ziem. Kobieta
        („uniwersalna”, nie ma znaczenia jej narodowość) jest symbolem odbudowującego
        się życia – informuje dyrektor Muzeum Śląska Opolskiego Krystyna Lenart-
        Juszczewska.
        – Będzie to zupełnie inna ekspozycja niż dotychczasowa – główny ciężar ma
        zostać położony na tragiczne doświadczenia historyczne tego regionu. Bez
        niepotrzebnej patetyczności, ale ze wskazaniem na wagę doświadczeń
        historycznych i dla dobra współpracy.
        Dyrektor informuje, że obecnie stała ekspozycja zawiera więcej materiałów
        niemieckojęzycznych. Dodaje jednak, że muzeum obrazuje polski punkt widzenia. –
        Jesteśmy przecież w Polsce, a nie w Niemczech. Twierdzi również, że wystawa ma
        mieć przede wszystkim wydźwięk historyczny. – Nie może już być współczesnym
        orężem. Chcemy odejść od walki w stronę budowy Europy.

        Andrzej Czok
        • szwager_z_laband Re: nowinki 02.12.05, 16:20
          Planetarium ma już 50 lat
          Planetarium Śląskie, znajdujące się w chorzowskim Parku Kultury i Wypoczynku,
          jedyne takie miejsce w Polsce, ma już 50 lat. Przez ten czas odwiedziło je
          ponad 10 milionów gości.

          Planetarium Śląskie to prawie 23 metrowa kopuła stanowiąca ekran i szczególny
          projektor, dzięki któremu wyświetlany jest obraz nieba. Składa się na niego
          ponad 120 soczewek, które połączone wspólnym mechanizmem na zasadzie rzutnika
          wyświetlają obraz nieba.

          Dyrektor Planetarium Jacek Szczepanik zaznacza, że można dzięki niemu zobaczyć
          niebo, takie jak widziane w dowolnym miejscu na ziemi, w dowolnym czasie.
          Urządzenie pochodzi z lat 20 i jest najstarszym tego typu urządzeniem w
          Europie.

          Planetarium Śląskie to jednak przede wszystkim instytucja propagująca wiedzę
          astronomiczną. Na seanse poświęcone poszczególnym zagadnieniom przychodzą nie
          tylko odwiedzający park goście, ale także uczniowie, dla których Planetarium
          przygotowuje lekcje.

          W skład instytucji wchodzą także: obserwatorium sejsmologiczne, stacja
          klimatologiczna i obserwatorium astronomiczne.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 09.12.05, 09:56
      78 mężczyzn z 45 parafii diecezji opolskiej zostało w niedzielę wyświęconych
      przez arcybiskupa Alfonsa Nossola na nadzwyczajnych świeckich szafarzy Komunii
      Świętej. Ponad 30 pochodzi z parafii, w których świeccy szafarze do tej pory
      komunii nie rozdawali



      Świeccy szafarze rozdają komunię od piętnastu lat. Jednak w wielu parafiach do
      tej pory ich nie było. Teraz ma się to zmienić, gdyż zgodnie z zaleceniami
      pierwszego synodu diecezji opolskiej, zakończonego w kwietniu, w każdej parafii
      powinien być co najmniej jeden świecki szafarz. - Może nim być mężczyzna od 25.
      do 65. roku życia, komunikatywny, o nienagannej postawie moralnej i dobrym
      zdrowiu - mówi ks. Rudolf Pierskała.

      Wczorajszy obrzęd w katedrze, w którym szafarze najpierw odpowiadali na pytania
      arcybiskupa, potem otrzymali od niego błogosławieństwo i odebrali specjalne
      certyfikaty, poprzedził kurs w Diecezjalnym Ośrodku Formacyjnym. Przez cztery
      kolejne niedziele szafarzy uczono wprowadzonego dopiero w tym roku w diecezji
      opolskiej rozdawania komunii na rękę.

      - Rok temu zostanie szafarzem zaproponował mi proboszcz. Musiałem ją
      przemyśleć, ale się zdecydowałem. Traktuję to jako służbę i nowe wyzwanie -
      powiedział nam Paweł Krawczyk z parafii św. Józefa w Szczepanowicach. - Mamy
      sporo wiernych, a kapłanów tylko trzech. Odpowiedziałem na ofertę proboszcza i
      potrzeby parafii - stwierdził Tomasz Chyra z parafii św. Karola Boromeusza na
      Chabrach.

      - Jestem chrześcijaninem i dlatego podjąłem tę służbę. To spory zaszczyt -
      uzasadnił przyjęcie oferty proboszcza Krystian Ebisch z parafii św. Michała na
      Półwsi. - Myślę, że z rozdawaniem komunii na rękę nie będę miał problemu.
      Jestem po kursie, poza tym wystarczy po prostu popatrzeć, który wierny chce,
      aby podać mu komunię do ręki, a który do ust - dodał Paweł Krawczyk.

      Synod postanowił:

      - o podawaniu komunii do ręki

      - o tym, że świeccy szafarze Komunii Świętej powinni być w każdej parafii

      - o tym, że do I Komunii Świętej dzieci będą przystępować rok później niż do
      tej pory, czyli w III klasie szkoły podstawowej

      - decyzję o udzielaniu komunii pod dwoma postaciami będzie mógł podejmować
      proboszcz

      - księża będą mogli przechodzić na emeryturę w wieku 70 lat (do tej pory 75)

      - rada parafialna powinna liczyć maksymalnie 20 osób (do tej pory 30)
      • szwager_z_laband Re: nowinki 09.12.05, 09:56
        Arcybiskup Alfons Nossol zaprasza papieża Benedykta XVI


        wab 04-12-2005 , ostatnia aktualizacja 04-12-2005 18:29

        Podczas zakończonej w sobotę wizyty w Watykanie arcybiskup Alfons Nossol
        zaprosił papieża Benedykta XVI do odwiedzenia podczas przyszłorocznej wizyty w
        Polsce Kamienia Śląskiego. - Wręcz błagałem o to Ojca Świętego - opowiada abp
        Nossol.

        - Przekonywałem, że od Częstochowy, którą zamierza odwiedzić, dzieli to miejsce
        zaledwie 95 kilometrów. Powiedziałem mu, że jest to rodzinne miejsce św. Jacka -
        pierwszego dominikanina na północ od Alp. Ponieważ jest on też patronem
        metropolii górnośląskiej, byłoby to spotkanie z wiernymi z całej metropolii,
        szczególnie z młodzieżą. Benedykt XVI nie odpowiedział "nie", ale stwierdził,
        że musi to być ustalone przez Konferencję Episkopatu Polski. Stwierdził jednak,
        że jeśli do Kamienia Śląskiego przyjedzie, to powtórzy nieszpory, jakie w 1983
        roku na Górze św. Anny odprawił Jan Paweł II - mówi arcybiskup.

        Przy okazji wizyty abp Alfons Nossol odwiedził też watykańską kongregację ds.
        kanonizacyjnych, która podczas jego wizyty rozpatrywała kwestię cudu dokonanego
        za wstawiennictwem założycielki nyskich elżbietanek siostry Marii Merkert. -
        Cud został uznany, komisja stwierdziła, że z wyłącznie medycznego punktu
        widzenia nie da się go wyjaśnić. Musimy jednak uściślić, czy do uzdrowienia
        doszło wyłącznie za wstawiennictwem Marii Merkert, czy też może innych
        błogosławionych czy świętych. Jeśli to uściślimy, to być może do beatyfikacji
        dojdzie już w przyszłym roku, gdyż tej sprawie priorytetowy charakter nadał sam
        Ojciec Święty - stwierdził opolski ordynariusz.
        • szwager_z_laband Re: nowinki 09.12.05, 09:59
          Rozmowa z abpem Alfonsem Nossolem


          Rozmawiał Waldemar Bryś 04-12-2005 , ostatnia aktualizacja 04-12-2005 18:28



          Waldemar Bryś: W niedzielę wrócił Ksiądz z Watykanu wraz z dwoma biskupami
          pomocniczymi. Czego dotyczyły rozmowy z papieżem Benedyktem XVI?

          Ks. abp Alfons Nossol: Z papieżem spotkaliśmy się trzykrotnie. Nasza prywatna
          rozmowa trwała aż 22 minuty zamiast zaplanowanych dziesięciu. Było w niej dużo
          wspomnień z naszych spotkań z lat poprzednich, dotyczących między innymi Jego
          wizyt na Opolszczyźnie i Śląsku. Rozmawialiśmy po niemiecku.

          Czy Ojca Świętego szczególnie interesowały jakieś sprawy?

          - Tak, pytał przede wszystkim o kwestię bezrobocia oraz kształcenie młodych
          ludzi. Dopytywał się o uniwersytet, o to, ile kształci się na nim osób, jak
          przedstawia się obecnie kadra, wspominał osoby, z którymi spotkał się przed
          pięcioma laty. Zapytał mnie też o moją osobistą bolączkę. Wyznałem, że są to
          wyjazdy młodych ludzi do pracy na Zachodzie i to, że nie inwestują w siebie.

          Przekazał też Ksiądz papieżowi dokumenty pierwszego synodu diecezji. Czy coś
          zwróciło w nich szczególną uwagę Benedykta XVI?

          - Tak, dopytywał się o kwestię udziału świeckich w życiu Kościoła,
          duszpasterstwa mniejszości, życia parafialnego. Obiecywał, że jak tylko
          dostanie kompletne tłumaczenie, to się z nim dokładnie zapozna.

          Wspominał Ksiądz o tym, że spotkanie miało serdeczny i nie do końca oficjalny
          charakter. Czy zawiózł Ksiądz Arcybiskup może jakieś prezenty papieżowi?

          - Tak, dostał ode mnie paczuszkę pierniczków świątecznych. Podobne ofiarowałem
          mu pięć lat temu. Pytał, czy są takie same, i po zapewnieniu, że tak, bardzo
          się ucieszył, bo, jak twierdził, ogromnie mu smakowały. Prosił też o
          pozdrowienie sióstr zakonnych, które je wypiekają.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 09.12.05, 10:20
      6 XII odboua sie kolejno rozprawa w sprawie rejestracji Zwionzku Ludnosci
      Narodowosci Slonskyj,kero trwaua prawie 2 godziny.
      Sond postanowiou zobowionzac Komitet Zauozycielski do rozwazenia rozszerzenia
      nazwy. Nastympny termin rozprawy wyznaczono na 9.12.05 (piontek) godz. 12.00. Z
      tego powodu 8.12.05 (czwartek) o godz. 18.00 w Zajezdzie Batory odbouo sie
      zebranie ZLNS.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 09.12.05, 10:56
      Opole piernikiem stało


      Dorota Wodecka-Lasota 02-12-2005 , ostatnia aktualizacja 01-12-2005 19:54

      W ręce opolskich muzealników trafił niepodważalny dowód, że w naszym mieście
      przed wiekami wypiekano pierniki! Zaproponowaliśmy naszym włodarzom, by zrobić
      użytek z historycznego dowodu, odnowić tradycję i wypromować piernik opolski.
      Ratusz odpowiada, że rozpisze wśród cukierników konkurs, który zostanie
      rozstrzygnięty podczas Dni Opola

      Dotąd nie było żadnego materialnego śladu, że w dawnych czasach w Opolu
      wypiekano pierniki. Tymczasem niedawno kolekcjoner ze Śląska zaproponował
      wawelskiemu muzeum sprzedaż srebrnej zawieszki cechowej z 1636 r., która, jak
      sądził, została ufundowana przez pomocnika kucharza. Pracownia złotnicza na
      Wawelu sprawdziła, że nie jest to falsyfikat, i rekomendowała jako rzecz wartą
      zakupu. - Jednak ich zbiory nie są powiększane o zabytki ze Śląska, więc
      zwrócił się do nas - mówi Urszula Zajączkowska, szefowa działu historycznego w
      Muzeum Śląska Opolskiego.

      Na podstawie źródeł historycznych uznała, że to nie może być zawieszka cechu
      kucharzy, bo takiego w Opolu nie było. Przestudiowała treść zabytku o
      rozmiarach 14 cm na 7,5 cm, na którym z jednej strony wygrawerowano boginię
      Fortunę, uosabiającą szczęście i pomyślność, a z drugiej napis: "IEREMIAS
      SCHOLTZ KUCHLER KNECHT VON OPPELN 1636 7 May".

      - Jej fundatorem był czeladnik piernikarski Jeremiasz Scholtz, najpewniej przy
      okazji wyzwolenia się na mistrza. Oznacza to, że nie tylko Toruń piernikami
      stał, ale i my mieliśmy swojego mistrza - promienieje Zajączkowska.

      W dokumentach historycznych doszukała się też informacji, że już w końcu XVI w.
      był w Opolu jeden piernikarz, w wieku XVII było ich dwóch, a w 1721 zanotowano
      trzech. Ich godłem był ul z rojem pszczół lub piernik. Płacili do kasy
      miejskiej 12 groszy.

      Jeremiasz - zdaniem Zajączkowskiej - musiał pochodzić z bogatego rodu, nie
      każdego bowiem stać było na naukę u rzemieślnika, a tym bardziej u tak
      uprzywilejowanego, jakim był piernikarz. Już w 1592 roku cesarz Rudolf dał
      piernikarzom przywilej wyłączności na wypiek ciast z miodem, którego nie mogli
      używać piekarze.

      Nazwisko Scholtz jest w historii Opola znane. - Z pewnością Jeremiasz był synem
      bogatego mieszczanina, a może nawet starosty na zamku opolskim, Daniela
      Scholtza, który funkcję te pełnił w 1637 roku. W kaplicy św. Anny w kościele
      Franciszkanów znajduje się płyta epitafijna jego dwóch córek - Katarzyny i
      Urszuli, zmarłych w 1630 roku. Być może były to siostry piernikarza. Nazwisko
      Scholtz pojawia się też w XIX w. - Jan i Karol byli dzierżawcami Piwnicy
      Ratuszowej - opowiada muzealniczka.

      Ratusz - ogłaszamy konkurs

      Zaproponowaliśmy ratuszowi, by wspólnie wypromować opolski piernik. Prezydent
      Ryszard Zembaczyński przystał na to. - Spodobała mu się ta idea. Ogłosimy u
      opolskich piekarzy i cukierników konkurs na historyczny piernik. Rozstrzygniemy
      go na Dni Opola i wtedy też w Rynku na stołach pojawią się do degustacji
      pierniki wypieczone przez opolskie gospodynie - zapowiada Sławomir Brzeziński,
      asystent prezydentów.

      - Dlaczego mamy nie skorzystać z możliwości, jaką daje historia, i nie odnowić
      tradycji? - pyta retorycznie Bożena Kulesza-Knapik, naczelnik Wydziału
      Promocji, która zapowiada, że z tej okazji dobrze byłoby wydać publikację na
      ten temat. Ponieważ w minionym roku Urząd Miasta wspólnie z "Gazetą" wydał na
      Dni Opola "Legendę o świętym Wojciechu", napisaną przez Zajączkowską, to na
      kolejne Dni mogłaby powstać książeczka poświęcona opolskim piernikom.

      - Dlaczego nie? Nie ma żadnego problemu - zapewnia Zajączkowska, a Kulesza-
      Knapik zapowiada, że zarezerwuje w budżecie wydziału pieniądze na wydawnictwo.

      "Gazeta" z kolei zapowiada, że ogłosi konkurs na nazwę zwycięskiego wypieku.

      Cukiernicy - mamy co wystawić

      Opolscy cukiernicy zainteresowali się konkursem na opolskiego piernika. - To
      jeden z naszych produktów firmowych wyrabiany od lat, oczywiście na miodzie.
      Nasz przepis jest jeszcze przedwojenny, ale nie opolski - powiedziała Irena
      Malik, której najbardziej znana cukiernia mieści się przy ul. Grunwaldzkiej.

      Maria Bursy, właścicielka zakładów na Gorzołki i na ZWM, zapewnia, że miałaby
      co wystawić do konkursu. - Bo przecież pierniki różnego rodzaju wyrabiamy od
      lat. Nasze mają specyficzny smak, gdyż opierają się na oryginalnej recepturze.
      Wystawienie konkretnego do konkursu wymaga namysłu - mówi.

      - Pieczemy doskonały piernik z bakaliami, więc mielibyśmy z czym wystartować.
      Skoro miałoby to promować cukiernie i Opole, to chętnie weźmiemy udział - mówi
      Irena Węcławowicz, która wraz z Henrykiem Moczią prowadzą cukiernię na pl.
      Sebastiana
    • szwager_z_laband Re: nowinki 09.12.05, 11:02
      Nowe Muzeum Śląskie powstanie koło Spodka


      Józef Krzyk 07-12-2005 , ostatnia aktualizacja 07-12-2005 21:24

      Kilkaset metrów od Spodka w ciągu pięciu lat ma zostać zbudowane
      najnowocześniejsze muzeum w Polsce. To już trzecie podejście do wzniesienia
      takiej placówki w Katowicach.

      Do budowy nowej siedziby Muzeum Śląskiego podchodzono już trzy razy. Pierwsza
      próba - prawie udana - była jeszcze w latach 30. Naprzeciwko Urzędu
      Wojewódzkiego stanął wtedy siedmiokondygnacyjny, najnowocześniejszy wówczas
      budynek w Polsce. Była w nim klimatyzacja, a specjalny system filtrów chronił
      powietrze w środku przed zanieczyszczeniami, które mogły zaszkodzić zbiorom.
      Architekt oprócz ekspozycji zaplanował również: sale audiowizualne, kawiarnię,
      bibliotekę, bufet, pomieszczenia administracyjne i konserwatorskie.
      Prezentowanie zbiorów miały ułatwić ruchome ścianki, a komunikację między
      piętrami - dwie windy i ruchome schody z wmontowaną fotokomórką. Uroczyste
      otwarcie zaplanowano na październik 1939 roku. Miesiąc wcześniej wybuchła
      wojna. Wkrótce po wkroczeniu do Katowic hitlerowcy kazali budynek rozebrać.
      Dzisiaj stoi na tym miejscu wybudowany w stylu socrealizmu gmach związków
      zawodowych, który już niebawem ma być zaadaptowany na Urząd Marszałkowski.
      Druga próba budowy, kilkanaście lat temu, skończyła się wmurowaniem kamienia
      węgielnego na parceli u zbiegu ulic Ceglanej i Kościuszki w Katowicach. Nikt
      nie wiedział, skąd wziąć pieniądze na resztę inwestycji. Pięć lat temu pomysł
      obiecał poprzeć prezydent Aleksander Kwaśniewski. Budowa miała być częściowo
      sfinansowana przez państwo niemieckie - w ramach symbolicznego odszkodowania za
      zburzony przez hitlerowców poprzedni gmach. Lech Szaraniec, dyrektor Muzeum
      Śląskiego, ma nadzieję, że tym razem przedsięwzięcie zakończy się powodzeniem.
      Akt erekcyjny pod budowę Muzeum Śląskiego wmurowali wczoraj przedstawiciele
      władz miasta i województwa, a poświęcenia dokonał metropolita katowicki abp
      Damian Zimoń. Siedmiohektarowy teren, na którym ma powstać muzeum, do niedawna
      był własnością Katowickiego Holdingu Węglowego. Po zlikwidowanej kopalni
      Katowice pozostały jeszcze niektóre zabudowania, m.in. szyb Bartosz. Nie będą
      wyburzane, ale wykorzystane do nowych celów. Zaprezentowany wczoraj projekt
      architektów z gliwickiego biura P.A. Nova przewiduje, że centralnym miejscem
      Muzeum będzie duży plac, a dominującym akcentem przestrzennym - niemal 80-
      metrowa "Wieża Śląska". Na wieży ma być aż pięć podestów widokowych. Autorzy
      koncepcji chcą też, aby z Muzeum można było zejść do chodnika zlikwidowanej
      kopalni.

      Przyszły rok ma być poświęcony na sporządzenie dokumentacji budowlanej. Na jej
      podstawie władze województwa wystąpią do Unii Europejskiej o sfinansowanie
      inwestycji. Unia nie daje pieniędzy na budowę placówek muzealnych, ale Polacy
      zamierzają wystąpić o pieniądze na restrukturyzację terenów pokopalnianych.
      Właśnie dlatego muzeum ma być zbudowane na terenie po Katowicach, a nie na
      wybranej już kiedyś parceli, którą placówce podarowały władze miasta. W tej
      chwili muzeum mieści się w budynku po dawnym hotelu przy alei Korfantego.
      Zajęty jest tu każdy metr i od dawna brakuje miejsca na eksponowanie zbiorów, a
      katowicka placówka posiada m.in. obrazy malarzy polskich XIX i XX wieku i cenne
      kolekcje plakatu.
    • szwager_z_laband Re: nowinki 09.12.05, 11:03
      Sukces Politechniki Opolskiej


      Beata Łabutin 07-12-2005 , ostatnia aktualizacja 06-12-2005 17:05

      Prawo do doktoryzowania na Wydziale Elektrotechniki i Automatyki otrzymała we
      wtorek Politechnika Opolska. Oznacza to, że jest od tej chwili tzw. uczelnią
      autonomiczną - może bez zgody Ministerstwa Edukacji powoływać nowe wydziały i
      kierunki



      - To zupełnie kluczowa dla nas decyzja - cieszy się prof. Jerzy Skubis, rektor
      PO. - O status uczelni autonomicznej staraliśmy się dwanaście lat i wreszcie
      dzięki cierpliwej pracy udało się. Spełniliśmy ostatnie kryterium - uzyskaliśmy
      czwarte prawo do doktoryzowania [inne ważne kryterium to np. posiadanie
      odpowiedniej liczby profesorów tytularnych - red.]. To uprawnienie ma dla nas
      wielkie znaczenie także z powodu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, która
      mówi, że aby zachować nazwę "politechnika", musimy do 2010 roku posiadać
      uprawnienia do doktoryzowania na sześciu kierunkach. Cztery już mamy, a lada
      dzień wystąpimy o piąte - na Wydziale Mechanicznym - zapowiada prof. Skubis.

      Podkreśla, że nowy status uczelni pozwoli na jej szybszy i bardziej
      wszechstronny rozwój. Będzie można promować więcej doktorów, otwierać nowe
      kierunki bez konieczności zabiegania o akceptację ze strony MEN. - Będziemy
      mogli także pisać nowy statut bez przedstawiania go do zaaprobowania przez
      ministerstwo - mówi prof. Skubis.

      Podkreśla, że teraz Politechnika Opolska należy do elity polskich uczelni. - Na
      430 państwowych uczelni w kraju tylko niewiele ponad sto to uczelnie
      akademickie, a jedynie połowa z nich posiada status uczelni autonomicznych -
      mówi z dumą.

      PO jest więc drugą uczelnią w Opolu posiadającą autonomię; od pięciu lat ma ją
      także Uniwersytet Opolski.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka