nordicwolf
27.01.09, 15:22
Barack Obama rozpoczął demontaż polityki klimatycznej swojego
poprzednika. Zamierza za jednym zamachem zredukować emisję spalin i
zmniejszyć zużycie ropy naftowej, przestawiając przemysł
motoryzacyjny na produkcję eko-samochodów.
Ropa ma dla Stanów Zjednoczonych znaczenie strategiczne. Rozumie to
każdy prezydent, lecz inaczej podchodzi do kwestii bezpieczeństwa
energetycznego, czyli zapewnienia wystarczającej ilości ropy dla
przemysłu i konsumpcji. A potrzeba jej dużo, bo Ameryka zużywa 1/4
całej światowej konsumpcji wynoszącej około 85 mln baryłek dziennie.
Dwie trzecie pochodzi z importu, zaś ropa jest w 70 proc. zużywana
pod postacią benzyny i oleju napędowego, czyli w transporcie. W
większości spalają ją samochody, a tylko 12 proc. samoloty (źródło
danych: Energy Information Administration, www.eia.doe.gov). Jest
więc jasne, jak bardzo silnie uzależniona jest gospodarka USA od
zewnętrznych dostaw tego surowca.
Przeczytaj co mówi w wywiadzie ekspert paliwowy o polskiej i
światowej branży paliwowej:
www.stockwatch.pl/forum/Default.aspx?g=posts&m=7746
Bush aby temu zaradzić postąpił jak producent mebli, który kupuje
tartak: przejął kontrolę nad Irakiem. Trudno o bilans tego
przedsięwzięcia, ale na minus na pewno należy zapisać ogromne koszty
finansowe i społeczne, oraz światowy zamęt. Obama przyjmuje inną
taktykę: zmniejszenie zużycia drogą innowacji technologicznych. To
ma sens, a układanka wygląda mniej więcej tak. „Muszę wycofać wojska
z Iraku więc stracę kontrolę nad ropą, zatem potrzebuję jej mniej
zużywać. Producenci samochodów są na kolanach, więc narzucę im
restrykcyjne ograniczenia (na pewno mają dawno wypracowane oszczędne
silniki, tylko je wstrzymują, tak jak Kodak latami wstrzymywał
fotografię cyfrową). Mniejsze zużycie ropy to dalszy spadek jej cen,
więc jednym ruchem podporządkuję sobie i koncerny paliwowe, i
szejków, i Rosję. Tani transport nie będzie mi utrudniał obrotu
gospodarczego, w którym dużą rolę odgrywa handel czyli przewożenie
towarów, a społeczeństwu sprzedam to jako działanie proekologiczne,
żeby ludzie oddychali czystszym powietrzem i Ziemia wystarczyła na
dłużej.”
I tak się dzieje. W poniedziałek prezydent wydał polecenie
amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska by zrewidowała wniosek
Kalifornii dotyczący wprowadzenia przez ten stan limitów emisji
dwutlenku węgla przez samochody. Wcześniej Gerge Bush odrzucił ten
pomysł argumentując, że nowe ustawodawstwo uderza w amerykański
przemysł motoryzacyjny. Teraz to już tylko kwestia czasu, kiedy nowe
normy emisji spalin zaczną obowiązywać w Kalifornii, a potem w
kolejnych stanach. Ale Obama idzie jeszcze dalej. Amerykańskie
ministerstwo transportu ma przygotować normy emisji spalin dla
nowych samochodów, które mają obowiązywać od marca 2011 roku. To
zaledwie dwa lata na dokonanie dużych zmian w konstrukcji silników,
zatem działać trzeba już teraz.
Przekazując powyższe zarządzenia, nowy prezydent podkreślał przede
wszystkim aspekt klimatyczny swojej decyzji. Ma ona donośne
strategiczne znaczenie gospodarcze. Obama twierdzi, że w dłuższej
perspektywie pomoże przemysłowi motoryzacyjnemu. Amerykańskie
koncerny, inwestując w nowe energooszczędne technologie napędu mają
szansę odzyskać sporą część przewagi konkurencyjnej utraconej na
rzecz Japończyków. Teraz Amerykanie będą gonić stracony czas, bo
uwaga kierowców skupiona jest na oszczędnościach i na nowej,
ekologicznej modzie.
Dla inwestora giełdowego jest tutaj ważna fundamentalna wskazówka w
kontekście poszukiwania perspektywicznych branż. Barack Obama,
decydując się na ograniczenie emisji gazów cieplarnianych i
uniezależnienie od ropy, praktycznie pogrzebał przyszłość koncernów
paliwowych, a jednocześnie zapalił zielone światło dla firm
zajmujących się energią odnawialną. Świat zdaje się skręcać w tym
kierunku