Gość: Marta
IP: *.pl
07.05.02, 16:21
...nie wiem ciągle,dlaczego zaczęło się.....po kilku spotkaniach nie mogliśmy
się rozstać.Zniknęliśmy światu na tydzień.A później powrót do życia.
U niego - rozwód.U mnie-mąż mówiący: i tak zawsze będziesz moją kościelną żoną.
I najbliżsi robiący wszystko,żeby nas zniszczyć.
Ale były telefony,spotkania,dni pełne miłości,noce pachnące traciczkami,mokre
od łez szczęścia i rozpaczy-wszystko stawało się nierealne.
Moje ucieczki i telefon.....
-Martucha już jesteś?...już jadę.
Długie wędrówki po mieście,kwiaty,które zostawały na ulicach i słowa:
"Martucha nie uciekaj,nie uciekniesz!
I mój skok w przepaść - rozwodu nie będzie.
A teraz-czasami zadzwoni telefon:
-Martucha jesteś?
-jestem
-Powiedziałem jej (tu imię kolejnej narzeczonej przy kolejnej butelce) o Tobie,
a Ona mówi,że takich ludzi nie ma.....więc jak?- jesteś?
-Jestem ,a co teraz czytasz?
-Kanta-Martucha-Kanta.