white.falcon
12.02.05, 01:03
Czasem
na tyle kocha się swoją samotność, na którą się narzeka, na tyle się człowiek
pryzwyczaja do funkcjonowania w samotnym świecie, że wtedy, gdy jednak spotka
kogoś, kto tę samotność naruszy, uznaje się, że ta "ingerencja" - aż na tyle
w
Twoje życie - nie jest pożądana. Wtedy dopiero odczuwa się ból - ból bycia z
inną osobą, akceptowania, jak to nazywam - "nie tam odstawionego kubka", że
człowiek zastanawia się, czy warto. Napewno, gdy jest to odpowiednia osoba,
warto. Ale to kosztuje. Kosztuje ciebie samego/samą tyle, ile kosztowało
przyzwyczajenie się z różnych względów do samotności, do radzenia sobie bez
wsparcia, bez świadomości, że gdy skręcisz nogę, to jednak musisz sama zleźć
do
sklepu po jedzenie i nikt Ci tego nie przyniesie. Uświadomienie sobie i życie
z
myślą, że musisz liczyć się z tym kimś, kto Ci pomoże nie dla tego, że musi,
boli. Ale można przez to przejść, choć, jak sądzę, to wymaga znowuż siły
swojej
własnej (by nie zatruć życia temu komuś) i cierpliwości tej drugiej strony,
by
to przetrzymać. Można potrafić, czego życzę.
Ponadto, nawet największa liczba dobrych znajomych nie zastąpi tego kogoś,
kto
ma chęć bycia z Tobą na dobre i na złe. Skąd wiadomo, że ten ktoś nie polubi
Twojego świata, choć jest inny od jego? I co myślicie o tym?