effa4
29.03.06, 22:14
Od ponad roku zylam w ukladzie, w ktorym to ja bylam ta strona ukladna.
Kocham go ponad wszystko, nie dopuszczam do siebie mysli o innym mezczyznie,
jednak mimo to postanowilam zakonczyc raz na zawsze te wszystkie spotkania,
niedomowienia, jego niepewnosc czy chce ze mna byc czy nie chce, moje lyz
kiedy po raz kolejny dowiaduje sie ze kogos ma i zastanawianie sie dlaczego i
w czym ten ktos jest lepszy ode mnie, bo przeciez to do mnie dzowni w nocy, to
do mnie ciagle pisze, do mnie przychodzi kiedy ma noz na gardle, to mi mowi o
wszystkim, to do mnie przychodzi zrozpaczony kiedy dowiaduje sie o swojej
chorobie. Bolalo jak cholera ale zamknelam drzwi, powiedzialam koniec, chociaz
tak naprawde tego konca nie chcialam ale przeciez co to za zycie...i stalo sie
zaczal udawac ze mu zalezy, ze mnie kocha, ze przeciez tylko ja itd Pozostalam
nieugieta i trwalam w swoim postanowieniu co powodowalo kolejna lawine pytan,
niedomowien, klotni. Dzis przyjechal,pogodzic sie, wyjasnic..., chcialam
porozmawiac, pwowiedziec co mnie irytuje, drazni, boli. Powiedzial co mial do
powiedzenia, kiedy ja zaczelam mowic wyjal telefon i ze mam mowic a on tylko
odpisze na SMSa. Wscieklam sie, oczywiscie ku jego zdziwieniu ze o co mi
chodzi, ze robie jazdy o SMSa, bo w ogole przeciez nie mam prawa robic zadnych
jazd...
Po ponad roku oddania, bezgranicznej milosci, niewidzenia poza nim swiata,
bycia na kazde skinienie, bycia przyjaciolka, kochanka, starania sie byc
idealem, robienia wszystkiego co zechce i kiedy zechce,po roku kochania go tak
bardzo ze kiedys myslalalam ze "tak bardzo, to na pewno niemozliwe, to sie nie
zdarza.." okazalo sie ze NIE MAM PRAWA...