zdruzgotany_romantyk
01.02.03, 04:50
Nie bedzie bardzo krotkie, ale mysle ze warto przeczytac.
Witam drodzy uzytkownicy forum. Po raz pierwszy w zyciu czuje sie tak bardzo
zawiedziony i zdruzgotany moim losem. Nigdy nie myslalem ze uczucie moze tak
bardzo ranic, zamiast rozswietlac zycie.
Czlowiek rozwija sie, ksztalci, poznaje dziewczyny/kobiety i wszytko jest
piekne dopoki nie znajdzie sie tej jak sie wydaje "jedynej". Pisze "dopoki"
bo wtedy wlasnie zaczynaja sie same problemy. Co mogloby, powinno sie wydawac
najpiekniejszym okresem zycia, staje sie koszmarem...
Tak, jestem niewolnikiem nieodwzajemnionego, a raczej jeszcze niewiadomego
uczucia.... I nie wiem jak sobie poradzic - jestem zdruzgotany.
Czy ktos z was czul sie ze jest we wlasciwym miejscu, poznal ta wlasciwa
osobe ale o calkowicie niewlasciwym czasie - za wczesnie lub o wiele za
pozno? Ja tak sie wlasnie czuje.
Jestesmy rowiesnikami, przyjaciolmi, ...i to wlasciwie tyle co nas laczy.
Jestem dopiero na drugim roku studiow, ona konczy w tym roku - ma swietna
prace, duzo przyjaciol, duzo podrozuje, bawi sie ... a ja jestem tam
gdzies .. no wlasnie nawet nie wiem gdzie. Im dluzej ja znam tym bardziej
wydaje mi sie ze mnie wiecej unika (tylko czemu?), ze mamy mniej wspolnego...
Jeszcze po wakacjach przychodzila sie przywitac, byly usmiechy, pytala sie
czy mam dziewczyne, i dlaczego nie przeciez one (kobietki) sa wspaniale
itp... Czy bylem na tyle glupi aby nie zauwazyc sygnalu? Czy moze to nie byl
zaden sygnal, a wy moje drogie panie tak zawsze pytacie z nienacka po
wakacjach? I czemu potem unikacie spotkan?
Czas - cos co powinno dzialac na moja korzysc niestety obraca sie przeciwko
mnie przynajmniej w tej chwili, jako ze bardzo niewiele czasu spedzamy ze
soba...wspolnych przyjaciol nawet juz nie mamy. Jednak zawsze czuje "to cos",
jakby od niej, gdy z nia rozmawiam. Mam takie dziwne przeczucie ze chciala by
mnie poznac tam gdzies w glebi, ale sie z tym nie odkrywa, zwazajac ze nic
wielkiego nas nie laczy. Ja sie robie pasywny, skrywam sie za kazdym razem -
robiac z siebie wlasciwie osobe jakoby nie patrzec nudna, i kompletnie
pogarszam sprawy... Ostatnio czulem sie totalnie zignoriwany, gdy rozmawiala
z pewnym przystojniakiem - jeszcze nie chlopakiem ??- o wspolnej wycieczce do
ameryki poludniowej ... oj to bolalo...
Odkad ja poznalem, a bylo to prawie 1,5 roku temu szaleje na jej punkcie.
Jest osoba fenomenalna- inteligentna, z poczuciem humoru, romantyczna,
czarujaca, slodka, przesliczna, o kochanym charakterze ... i ciagle samotna.
Jeszcze sie dziwie ze dalej jest samotna... Ja oczywiscie mam pare
kompleksow, ale nie jest tak zle. Niestety jestem chyba osoba za skromna, i
dziwnie mi to pisac, ale zazwyczaj sie niedoceniam...
Nie wiem co robic. Szkoly mi sie odechcialo, w ogole wszystkiego mi sie
odechcialo... widocznie taka faze teraz przechodze. Nigdy to jednak nie bylo
takie silne, nigdy tak bardzo nie cierpialem - Nie wiem jak to mozliwe ze
rozstania lub czasem odzucenia z przeszlosci nie zadawaly tak ogromnego bolu,
co ta dziwna sytuacja niepewnosci, nieswiadomosci i poczucia niemocy.
Zycie jest piekne, ale ja jakos nie moge odnalezc jego sensu ... czy juz
zawsze bede czul ztremowanie i nieswojosc przebywajac, rozmawiajac z nia, ile
jeszcze wytrzymam niemogac o niej zapomniec?
Czy powinienem jej powiedziec o moich uczuciach i przez to narazic sie na
prawdopodobienstwo ignorancji w przyszlosci?
Czy moze powinienem poczekac, rozwinac sie, zmienic, i "zaatakowac" np. po
wakacjach... tylko czy wtedy bedzie dalej samotna... niestety watpie. Nie
wyobrazam sobie jej bez nikogo...
Czy jest cos co moge zrobic by ja soba zainteresowac??? Pytania dziwne, ale
ciagle chodza mi po glowie.... niestety nie moge znalezc odpowiedzi... i
tymze staczam sie w rozpaczy, zaniedbuje szkole..... nie umiem sobie
kompletnie z tym poradzic.... nie umiem zniesc odzucenia.
Nie wiem co bedzie jak nie odwzajemnia i nie bedzie odwzajemniac moich
odczuc... raczej nie poznam juz nikogo takiego jak ona. Tylko jak ona moze
mnie poznac? I czy chce...... o jejkuuuuu juz nie wytrzymam