zwierz_futerkowy
20.12.07, 03:04
Było to w pięćdziesiątym dziewiątym kwartale po sto pięćdziesiątym sabacie, pomiędzy sobotą a Jerozolima. Był to Azazel, syn Peleg z domu Nachora, prawnuka Jerzysztuhra, syna Feber, córki Hargana z domu Petrogormora, syna Pitagorasa, córki Seruga z domu Prometeusza, który z kolei synem Hlodwiga był Ptakakondora z gniazda Pustułki, Kukułki z Jaskółki, córki jednojajowej Sowy z drzewa Figusa, Pieciopiętusa, z którego był się wziął. I wędrował był Azazel z Izraela do Gigal, by spotkać Zachrystiusza, syna Chama, córki Chawillasaba, syna Tubala Prześmiesznego, który z Jafeta był zaś ten z Misama się wywodzący, syn Delon Protoplasty Zębatego zaś z rodu Dentow i Maszachaby się wziąwszy z Nautilusa Baloniusa Koziołka i Myszki Figlarki będąc zrodzon. Azazel wędrując był się modlił bardzo i posuwał się szybko na przód na swym wielbłądzie. A wielbłąd ten zaś szlachetny był zacny z rodu Patrusima się wywodzący, syn Hangara z Nachora, który zaś z Tribelca Okiennego Zwieska się wywodzon, synem Henocha był i Izmaela Buchacha półcórki i syna zarazem z rodu Gibona Krogulca Stolcanocnika. A był rad Azazel z wielbłąda, gdyż kobył ten pędził niczym Dromader pustynny z rodu Elech, syna Tabana z rodziny Betuela Nogachapedzikakopytnego był się wywodził i tam się urodził. A ów wielbłąd był zaiste pięknym stworem gdyż kolorem zielonym przez Jahwe, odarzon i maly móżdżek przez Kryszne oraz tępe spojrzenie za sprawa Buddy, wiec wyglądał on jako kirit-jeorimus, co było oznaczało idiota, co idiotyczne tako i piękne było i w odbiorze proste i uniwersalne. Tak wiec swymi odnóżami przebierawszy był on dzielnie niósł Azazela do Gigal, tuz obok gór Paraha, za osada Tergudu gdzie robione były najlepsze w okolicy piszczałki, oraz sławna fabryka szczudeł założona była, która miejsce swe po starym zajeździe latających dywanów zajęła. Tak oto zacne zwierze pędziło niosąc Azazelowskie odnóża w niewolniczej przysłudze. Lecz im większa odległość przebywali, tym bardziej wielbłąd był zmęczon i nie rad, iż Azazel, tyle był ważył. Rzekł był Azazel do wielbłąda:„nie bądź tak strudzon, bo droga jeszcze długa przed nami, a pan z pomocą nam przyjdzie gdyśmy w potrzebie”. Niestety Azazel był zapomniał ze będąc synem Pelega z domu Nahora, prawnuka Jerzysztuhra, syna Feber; pominął jego brata Alheimerusa największego zapominalskiego w Jerozolimie, który już po urodzeniu zapomniał o bożym świecie i wypadłszy z kołyski wyszedł i nie wrócił. I przypomniał sobie Azazel, iż zapomniał prowiantu na drogę, a ze pustynie musieli przemierzyć, krew żywszym strumieniem uderzyła w Azazelowskiej arterii. Mocniej niż na widok Parmeli córki Andersona Ptakusa, wnuka Gollarda Głuchego, co bratem był Dębala Głuchoniemego, syna Sanna Niepociumańca to zapomniał gdzie zostawił tablice ze swoim drzewem geanalogicznym, wiec na tym historia rodu się kończy. Lecz zwierz strudzon był wielce i konać się zdawał... Trzeciego dnia już bardzo się zdawał, tak wiec Azazel poświęcił był wielbłąda i wszystkimi sprzętami do niego należącymi, namaścił był go. Zabrzmiało pierwsze biada! Jednakże czas płynął nieubłagalnie. Azazel modlił się głęboko, aby ulżyć stworowi w potrzebie. Nie modlitwami – oczywiście, ale prośbami do Pana. I oto nie minęło trzecie biada a Pan ulżył stworowi w cierpieniu. Azazel wszelkie psalmy odśpiewawszy i w garść się wziąwszy iść dalej postanowił. I szedł Azazel przez pustkowia i śpiewał psalmy ku chwale, gdy nagle zauważył ze głód go możyc począł. I zaśpiewały kiszki Azazelowe hymn błagalny do Pana. I z żalem Azazel wielbłąda swego wspominał, który strudzon na pustyni kopyta swe był wyciągnął. A ze głodny Azazel był wielce, przyjemnie mu się o owym wielbłądzie myślało. „Wszystko gnój! Pokornie znos swój los Azazelu!” Pomyślał i w tym silnym przekonaniu był szedł dalej przed siebie. Choć i na te myśl kiszki jego zaśpiewały. I zły był Azazel ogromnie a z czasem nawet łacina sama z przedziwna łatwoscia na język mu przychodziła. Głodny był wielce... Szukał wiec czegoś, co do ust mógłby być włożone, w zlołądku przetrawione, a w końcu krwią po wszystkich Azazelowskich komórkach rozprowadzone, spalone, przetworzone i wydalone z wielka – od początku do końca – przyjemnością. I patrzył Azazel na nogę swa z lubością. A i psalmy w żołądku były głośniejsze, gdy tak na ta nogę patrzył. Albowiem za prawdę Azazel był głodny. I rzekł był Azazel do nogi swej: „Bądź błogosławiona” I zjadł był swa nogę w akordach psalmów pochwalnych. Lecz po chwili poczuł wielki smutek, bo przecież iść dalej musiał a jednego odnóża już nie posiadał.... Zorientowawszy się w swoim błędzie i pochopności decyzji swej był Azazel popadł w depresje, właściwa ludziom, którzy cos ważnego utracili, co w późniejszym życiu okazywało się wręcz niezbędne. Lecz paradoksalnie, kiszki jego radosne były i lecz on czuł ze w żołądku jego jest jakąś impreza, której efekty uboczne w postaci elementów wywrotowych są już coraz bliżej gardła. Przypomniał sobie niestrawności, jakie miewał zawłaszcza po szaleńczych nocach u Hassana Leperaharadzy syna Bulwana Burakawielkiego, który do piątego roku życia był córka Czopkusa Niespodziankusa oraz synem Wady Niestetywrodzonej, którzy z rodu Palmolivianow pochodząc mieli uczulenie na owoce mango, kiwi oraz ogórki konserwowe. I pocieszył się myślą Azazel myślą, ze już tylko milion pięćset osiemdziesiąt dziewięć tysięcy trzysta osiemdziesiąt dwa kroki mu do Gigal pozostało. I zmartwił się również Azazel gdyż zrozumiał, iż w sytuacji jednonogiego jestestwa oznacza to 3.178.764 Podskoków... Godzina mijała za godzina. Mijał Azazel gadzinę za gadzina pustynna. Szóstego dnia zapłakał był nad losem swojego wielbłąda z rodu Patrusima, syna Hagara z Nachora... Dalej jego wrodzona wada nie pozwoliła mu pamiętać... Szedł, więc a raczej utykał i smutnym był gdyż obrazy z jego przeszłości nękać go zaczęły. Za razem miał wreszcie czas, aby na osobności przemyśleć swa smutna Azazelowską egzystencję. Przypomniał sobie Turum Pampam, córkę, Harwarda z domu Oksforda, syna Abrachama Meszerecheche Mehenomendomefaja. Za prawdę kochał ja platonicznie i błogosławił. Pieścił ja raz również, ale o tym myśleć nie mógł w obawie przed kara Pańska. Teraz, kiedy był kompletnie sam na zupełnym pustkowiu, uczucia owe do przepięknej niewiasty nękały go straszliwie. Wtem glos jakiś odezwał się do niego: „ Azazelu z domu Nachora, syna Feber, córki Harona i tak dalej, oto jestem!” „ Kim jesteś” odpowiedział zapytaniem Azazel? „ Jestem, kto jestem” opowiedział na pytanie pytaniem, prowokując kolejne ów tajemniczy glos „Boże!!! To Ty? „ Westchnął Azazel, po czym upadł na twarz poczym wstał i upał na kolana, poczym upadł ponownie na jedno kolano, które mu pozostało a o czym zapomniał. „ Panie spraw, aby mi odrosła moja piękna niezbyt owłosiona nóżka... Abym mógł dalej podążać...” „A co to ja – cudotwórca jestem? „ Odparł glos „ Wiesz ilu jest na świecie ludzi, którzy chcą, aby im dać stracone kończyny? Ty swoja zjadłeś wiec teoretycznie nadal ja posiadasz” po chwili głos dodał „ Azazelu nie spełnię Twej prośby gdyż pomyślałeś egoistycznie, o samym sobie w pierwszej kolejności...” I zapłakał Azazel nad losem swym i nie rad był ze Stwórca tak go zlekceważył. Wtedy to miarka najwyraźniej się przebrała w złowieszczym geście wyprostował palec Azazel i uniosłwszy dłon ku niebu wycedził przez żeby; „ Ty, który jesteś... Jesteś....” I tu Azazelowi odebrało mowę. Zaprawdę były to ostatnie słowa, jakie w swoim życiu wypowiedział. I ostał się sam na pustyni. Wówczas przebiegła mu przez głowę przerażająca myśl. Za moment ponownie zrobi się głodny, tak wiec trzeba pomyśleć poważnie, co tu robić, ewentualnie poświecić kolejna kończynę... Wybór padł na rękę. „ Myśli sobie Pan ze bez jego pomocy rady sobie nie dam... Hehehe... Już ja mu pokaże...” Myślał Azazel i śmiał się złowieszczo jedynie w myślach jako