zwierz_futerkowy
31.01.08, 19:29
historia ... ze szczudłami...
Padał deszcz.
„Typowa brytyjska pogoda w porze tea – time’u” pomyślał doktor Tłokson. Założywszy zdobiony japońskimi ornamentami szlafroczek, który dostał od swojego przyjaciela na gwiazdkę, przeszedł korytarzem w kierunku salonu. Tam dał się słyszeć romantyczny dźwięk skrzypiec, i melodie... które tak dobrze znał.
- Grasz pięknie... jak z nut! – Westchnął Tłokson.
- Uwaga godna uwagi... – Odszemrała postać w kącie salonu.
Detektyw Szemrok Wąs. Najwybitniejszy umysł kryminalistyki Londynu. Dwukrotny rekordzista w szybkości w dochodzeniu ( do sedna sprawy), złoty medalista wyciągania rzeczy na światło dzienne ( bez użycia rąk), odznaczony orderem Królewskiej Róży, Góralskiej Parzenicy, Tajemniczej Rozwielitki oraz Paryskiego Żabiego Udka.
- Mój drogi Tłoksonie, widzę że czytałeś już dzisiejszą gazetę? – Stwierdził Szemrok gładząc wąsy.
- To niesamowite! Skąd wiesz? – Zachwycił się dr. Tłokson.
- Trzymasz ją przecież w ręce... – Odparł Szemrok odpalając fajkę, a przypalając sobie wąsy.
- Reszta to tylko moje, jak zwykle genialne, przypuszczenie... – Dodał, gasząc wąsy w szklanicy whisky, po czym powtarzając ową czynność w szklanicy wody.
Po kłębiastych pyknięciach oraz puszczeniu z dymu kilku skomplikowanych wzorów matematycznych za pomocą niezwykłej budowy swych ust oraz różnokształtnych szczelin pomiędzy zębami, dodał:
- Spodziewam się dziś, drogi Tłoksonie, nadzwyczajnego gościa!
- Hurra! Święta! Znowu przyjdzie Święty Mikołaj! – Uradował się doktor.
- Ależ skąd! – Oburzył się zbyt dziecinną reakcją Tłoksona Szemrok. – Komisarz Frytosław McCann zapowiedział się z wizytą przed południem.
To powiedziawszy położył skrzypce na ramieniu, okrywając je na wpół spalonymi wąsiskami i zagrał kilka pierwszych taktów „Ser-żenady” Poganin-niego. A grając, rzępoląc, pitoląc, tnąc od ucha zapatrzył się nasz detektyw na okno za którym...
Padał deszcz...
Za załzawioną londyńskim deszczem szybą, pośród wiatru szumiącego echa Tamizy, dał się słyszeć tętent końskich kopyt. Ciężkie koła spod ręki mistrza Michelein’a wypelniły turkotem Baker Street aby zamilknąć przed bramą Szemrokowej rezydencji. Wkrótce rój much zgromadził się wokół końskiego zadu, a po chwili .tuż nad powierzchnią ulicy, w której niczym w jeziorze, majaczyły niepokojąco ciemne kształty. Z powozu wyłoniły się dwie postacie. W strugach deszczu zbliżyły się do wielkich drzwi gdzie niższa i zdecydowanie grubsza nacisnęła na dzwonek.
- A po cóż komisarz miałby do nas przyjść? Why? – Zdziwił się dr. Tłokson
- Dear Tłokson, wiesz że ludzie czasem mają dziwne przygody których nie umieją (albo umią... muszę sprawdzić w słowniku... God knows) sobie logicznie wytłumaczyć. Zdarzają się bowiem takie sytuacje, które wymagają opinii i pomocy nie laika lecz eksperta! I po kogo wtedy dzwonią? Who you gonna call?..
- ... Ghostbusters?... – Zapytał zaciekawiony Tłokson..
- Zaiste, idiotyczna odpowiedź Tłoksonie.... Po mnie dzwonią, po Szemroka Wąsa! – Oburzył się detektyw.
Nagle w drzwiach salonu ukazała się służąca. Okazało się jednak, że to służka z domu obok, która pomyliła drzwi. Po kilku minutach ukazała gosposia Szemroka.
- Panie Wąs, komisarz Frytosław McCann i śledczy Kogut do panów. Niestety komisarz nie miał już żadnych biletów wizytowych, wręcza więc panu ten oto bilet na autobus trasy King Cross – Heymarket, ważny do trzeciego marca z dodatkową zniżką w weekendy ( do 50%) oraz upustem ( do 15%) jeśli jedzie pan tylko dwa przystanki, lub dwa razy po 10% jeśli jedzie pan jeden ale w dwa razy w tym samym dniu, w odstępie nie dłuższym niż dwie godziny.... – Powiedziała gosposia podając bilet.
- Daj nam 5 minut po czym proś ich na górę używając akcentu z pierwszej polowy XVI w.
„Mama jednak dobrze radziła abym skończyła lingwistykę ze specjalizacją semantyki XVI wiecznego Londynu” pomyślała gosposia zamykając drzwi.
Dr. Tłokson przywdział ubarwione meksykańskim wzorem pantofelki z peruwiańskiej lamy, powalonej zatrutą kukurydzą zawistnego sąsiada którego stado i rodzinę uśmierciła „choroba wściekłych lam” – plaga spowodowana nadmiernym spożyciem kawy Inki pośród plemion prekolumbijskiej ameryki łacińskiej.
Sam Szemrok Wąs stanął przy oknie i przybrawszy zamyśloną pozę, rzucając sprośny cień na ścianę,( który rozbudził wyobraźnię Tłoksona tak iż zmuszony był do nóg skrzyżowania) czekał ze spokojem na nadchodzących gości.
Po chwili w drzwiach pojawili się komisarz McCann, a tuż za nim posterunkowy Kogut.
- Nim pan usiądzie, komisarzu, pozwolę sobie powiedzieć co nieco.... Przyjechał pan w pośpiechu o czym świadczy brak marynarki, oraz kapelusz ubrany „odwrotną stroną”... – Powiedział Szemrok.
- Brawo! – Zadziwił się komisarz....
- ...Uprawia pan wspinaczkę, o czym świadczy ten czekan zapasem...
- Genialne... – Westchnął McCann.
- Lubi pan lody waniliowe, o czym świadczy ich resztka na pańskim nosie...
- Nadzwyczajne!
- ...Zapomniał pan aparatu słuchowego, o czym świadczy pańskie bezsensowne potakiwanie na wszystko co powiem...
- ... Słucham?
- Mniejsza z tym... – Odparł Szemrok.
Komisarz wraz z posterunkowym usiedli na sofie przywiezionej przez Szemroka z Bułgarii na pamiątkę zlotu „Ludzi Którzy Chcieli by Przywieść Sofę na Pamiątkę z Bułgarii”. Sam detektyw podszedł do stolika kładąc swą kościstą dłoń na karafkę o falicznym kształcie. W kącie słychać było ciężkie, miarowe sapanie doktora Tłoksona.
- Jack?...
- Nie... „Frytosław” – Poprawił komisarz.
- Jack Daniels czy Gin? – Sprecyzował pytanie Szemrok.
- Nie piję na służbie... pocieszę się zatem skrętem z marihuany...- Odpowiedział komisarz sięgając do kieszeni.
Padał deszcz....
W akompaniamencie rytmicznego stukania o parapet siedzieli przez chwilę ćmiąc i dymiąc. Szemrok ponownie przyłożył skrzypce do ramion i... zaskrzypił instrumentem z którego pośród kłębów dymu popłynęła „Kuper-Tura” z „Afery Carmen” Maurycego Bideta. Po chwili komisarz rozpoczął swą opowieść o tym co go sprowadza;
- Jak zapewne słyszeliście, hrabiego von Sznycla dręczy ostatnio fala dość niecodziennych kradzieży. Otóż hrabia, jak wiadomo, jest właścicielem największej w hrabstwie Woodcock kolekcji nie tylko baloników na druciku czy odwodnionych pustynnych zwierzątek futerkowych. Ma on również pokaźną kolekcję ryb kwaśnowodnych, ma krele, ma krole i inne takie... Posiada też unikatową kolekcję prześwietlonych zdjęć Roentgena i jego rodziny, a także pokaźną galerię zdobyczy upolowanych w szmateksach, czy choćby absolutnie unikatową kolekcję drzwi za którymi nic nie ma...
- No i niezapomniana galeria nie zaczętych jeszcze obrazów olejnych z pierwszego tłoczenia... – Dodał doktor Tłokson.
- Albo gromadzona latami kolekcja bardzo podobnych do siebie nadrzecznych kamieni... – Dopowiedzial posterunkowy Kogut.
- ... Oraz ten zbiór namiotów cyrkowych wraz z bileterami... – Dodała gosposia która właśnie wniosła herbatę, cytrynowe drzewko oraz swój punkt widzenia.
- Jednakże – Kontynuował komisarz – Najciekawsza jest kolekcja szczudeł plemienia Pigmejów wykonanych z unikatowej afrykańskiej limby. Otóż szczudła te w tajemniczy sposób znikają... Hrabia von Sznycel poprosił zatem lorda Ptakersona, a ten z kolei milorda Krakresa Waflusa Czekoladusa, naczelnika miejscowej policji o pomoc w ujęciu złodzieja oraz swych myśli w liście do Świętego Mikołaja. Policjanci na czele z konstablem Kokoshką otoczyli posiadłość hrabiego von Sznycla ( adres znany policji ) . Całą noc czekali w ukryciu. Nad ranem okazało się, że kilku z nich ukryło się tak dobrze, iż ich miejsce pobytu do dziś pozostaje zagadką... Ale co najdziwniejsze, zniknęła kolejna para szczudeł. Jedno jest pewne...
- Nie opuściły posesji hrabiego... – stwierdził Szem