Dodaj do ulubionych

Zachwał się raz bardzo głupio

30.04.08, 20:01
ale to mądry człowiek. Zachował się skandalicznie głupio w czerwcu 1989 gdy
zdobywany tytuł senatora oślepił Go swoim blaskiem. Mam do niego żal bo był
moim autorytetem. Nie wiem czy upubliczniać szczegóły (jeśli jakiś wubek
wyrazi chęć zrobię to). Byłem z nim w tej samej Komisji Zakładowej
Solidarności (Małe Placówki PAN). Teraz mówi mądre rzeczy:

" To jest dobre pytanie. I temat na osobną książkę. Ostatni proces
rewolucyjny, jaki przeżyliśmy był w latach 1980-81. Potem już nie. W 1989 r.
mieliśmy upadek ustroju, ale nie rewolucję. Strasznie dużo zmienił w nas stan
wojenny, choć z reguły jego znaczenia się nie docenia. Zmienił postawy
społeczne. I bezpowrotnie zniszczył to zjawisko, jakim była Solidarność na
początku lat 80., tzw. Wielką Solidarność. I nie chodzi o to, że ktoś tam
zdradził ideały. Był wtedy pewien typ stosunków społecznych między ludźmi,
obecny w tamtym związku, społeczna aktywność i poczucie suwerenności, które
już nigdy po stanie wojennym nie wróciły.

Zdarzyła się nam trauma psychospołeczna, która to złamała."

Ale jako historyk mówi mądre rzeczy tylko w tej sprawie (bardzo już
historycznej). W sprawie habilitacji wypowiada się bez zrozumienia problemu (
www.dziennik.pl/opinie/article164725/Nie_ma_partii_ktora_uznalbym_za_swoja.html)

Rozwiązanie Platformy jest rzeczywiście idiotyczne - te wszystkie
pseudokonkursy, pseudoprzetargi wprowadzają w polskie życie społeczne
pseudosprawiedliwość, ale habilitacja jest zbyteczna. To zabytek z życia
cechowego (wyzwolenie czeladnika). Rozwiązanie jest bardzo proste:
Prawo promowania pracy doktorskiej nabywa osoba, która skutecznie wypromowała
określoną ilość prac magisterskich. Trzydzieści wydaje się rozsądną liczbą...
Obserwuj wątek
    • sztuk6mistrz Re: Zachwał się raz bardzo głupio 01.05.08, 09:08
      Hodowanie stereotypów nazywa się czasami stetryczeniem.
      Linka zweryfikuj bo Dziennik to niestała gazeta.
      • napoj.chmielowy Re: Zachwał się raz bardzo głupio 01.05.08, 13:30
        sztuk6mistrz napisał:

        > Hodowanie stereotypów nazywa się czasami stetryczeniem.
        > Linka zweryfikuj bo Dziennik to niestała gazeta.

        Wklejam całość przez tą niestałość:

        Zuzanna Dąbrowska: Panie profesorze, porozmawiajmy o polityce.
        Karol Modzelewski: Nie bardzo mam ochotę rozmawiać o polityce. Jestem zajęty
        czym innym.

        Zaangażował się pan w protesty środowiska naukowego przeciw reformie szkolnictwa
        wyższego minister Kudryckiej. To nie polityka?
        Sprzeciw nie dotyczy reformy w ogólności, tylko niektórych jej elementów. Moje
        zaangażowanie w te sprawy ma charakter nie tylko pozapartyjny, zresztą od dawna
        do żadnej partii nie należę, ale także nie mieści się w żadnych kategoriach
        obecnej polskiej polityki.

        A może występowanie w imieniu środowiska naukowego jest ucieczką od polityki, w
        której pan ze swoimi poglądami się nie mieści?
        To nie jest droga ucieczki. Praca badawcza i dydaktyczna nie zostawia wiele
        przestrzeni na zajmowanie się czym innym. Nie wymaga może całkowitej
        wyłączności, ale musi stać na pierwszym miejscu. Jest więc pewna alternatywność,
        widoczna także w moim życiu: albo zajmowałem się polityką, albo nauką. Może
        dlatego Jacek Kuroń mówił o mnie, że jestem niedzielnym politykiem.

        Ostro skrytykował pan spotkanie poświęcone reformie, podczas którego przemawiał
        premier Tusk i minister Kudrycka. Nazwał je pan krótką odprawą. I podpisał list
        otwarty z protestem. To działalność publiczna.
        Publiczna - tak, polityczna - nie. Nie jestem ani prorządowy, ani opozycyjny.
        Kiedy jednak politycy wchodzą na moje podwórko, żeby, nie pytając mnie o zdanie,
        przemeblować po swojemu mój warsztat pracy nauczycielskiej i badawczej, siłą
        rzeczy mają do czynienia ze mną i moimi kolegami po fachu. Nasz sprzeciw ma
        oczywiście jakieś polityczne następstwa, ale to już problem rządu i opozycji, a
        nie nasz.

        Spotkanie premiera z uczonymi, o którym pani wspomniała, było ze strony rządu
        zwykłym medialnym potknięciem. Zwołanie z całej Polski rektorów i luminarzy
        nauki tylko po to, żeby im oznajmić, że rząd nie przejmie się sprzeciwami
        uczonych, tylko wzywa ich do poparcia swoich zamierzeń, które i tak
        przeprowadzi, a następnie wyjść z sali – to musiało wywrzeć złe wrażenie. Ale to
        nie jest nieszczęście. Nieszczęściem byłby brak dialogu. Tymczasem wiemy, że
        dialog będzie. I będziemy bez uprzedzeń szukać wspólnego stanowiska w
        konkretnych sprawach dotyczących reformy nauki. Więc nie przywiązujmy nadmiernej
        wagi do medialnej niezręczności: to potknięcie, a nie katastrofa.

        A pomysł zniesienia habilitacji, w sprawie którego humaniści napisali ostry list
        otwarty, może być katastrofą?
        Moim zdaniem tak, i nie trzeba się dziwić ostrości naszego protestu. Podobno pan
        premier poczuł się urażony dwoma zdaniami z listu, które nawiązywały do marca
        ’68. Jeśli tak, to mamy do czynienia z nieporozumieniem. Jak się przeczyta te
        słowa nie skrócone, a niestety w pierwszej informacji „Gazety Wyborczej”
        nastąpił niefortunny skrót, to przekaz jest jasny.

        Napisaliśmy: "ustrój się zmienił, ale nie zniknęła tendencja...” - i na tym
        cytat został urwany, a my przecież wyjaśniliśmy dalej: "...ale nie zniknęła
        tendencja do traktowania instytucji, w których powinny się liczyć wyłącznie
        kompetencje merytoryczne, jako łupu partii politycznych”. Nie uwierzę, że pan
        premier i pani minister nie wiedzą, że w radach nadzorczych spółek Skarbu
        Państwa, gdzie powinny się liczyć tylko kompetencje merytoryczne, co kadencja
        parlamentarna odbywa się trzęsienie ziemi. I to na zasadzie, która ma zastąpić
        habilitację, czyli na zasadzie pseudokonkursu. Otoczenie jednej partii
        wymieniane jest na otoczenie drugiej partii. Lub jeśli jakaś partia wie, że
        zbliża się kres jej bytu parlamentarnego, robi w ostatnich dniach desant. To
        jest bardzo zły obyczaj. A nie ma nic silniejszego niż obyczaj. On jest
        silniejszy od normy prawnej. Silniejszy od zasad uchwalanych przez parlament.
        Obyczaj to jest element kultury.

        No tak, ale poprzez słowa o 68 roku w świat poszła informacja: znani
        profesorowie porównali rząd Tuska do PRL-owskiej władzy Gomułki...
        Nieprawda! To byłoby niedorzeczne. Nikt z sygnatariuszy nie miał niczego
        podobnego na myśli. Chodziło nam o to, że jeśli zniesie się poprzeczkę
        habilitacji i nawet jeśli zamiast niej wprowadzi się mechanizm konkursowy, to
        może i normy będą śliczne, takie jak w świecie anglosaskim, ale w praktyce
        będzie to wyglądało tak jak wszędzie w Polsce: niby są konkursy, ale wiadomo,
        jak jest. Będzie to łup partii politycznych, albo jakichś nieformalnych koterii,
        a przede wszystkim nie będzie zapory przeciw wzbierającej fali tandety. Dlatego,
        wprowadzając konkursy i starając się o to, żeby były autentyczne i ostre, nie
        obniżajmy wymogów stawianych kandydatom. Wymagajmy habilitacji od tych, co stają
        do konkursu. Nie zdejmujmy poprzeczki w nadziei, że konkurs ją automatycznie
        zastąpi, bo okaże się, że na uniwersytetach jest jak w radach nadzorczych. A
        przy okazji zreformujmy procedurę habilitacyjną w kierunku zaostrzenia, a nie
        obniżenia wymagań.

        Co będzie dalej z reformą Kudryckiej?
        Dalej będzie rozmowa, albo publiczna wymiana ciosów. Albo jedno i drugie. Mam
        zresztą podstawy, by mieć nadzieję na poważną dyskusję, bo otrzymałem wraz z
        innymi sygnatariuszami listu otwartego zaproszenie od pani minister Barbary
        Kudryckiej na spotkanie i dyskusję. Nie skończy się więc na odprawie. Poza tym
        pomysły reformy nie są wyłączną domeną pani minister. W Akademii pracowaliśmy
        nad koncepcją reform nauki polskiej, zanim pani profesor Barbara Kudrycka
        została ministrem. Jest nad czym dyskutować. Ale jeśli rząd się uprze i będzie
        bronić zniesienia habilitacji jak - cytując generała Jaruzelskiego -
        niepodległości ojczyzny...


        • napoj.chmielowy cd 01.05.08, 13:35
          Znowu porównanie historyczne?
          Tylko proszę mi nie wmawiać teraz, że uważam, że premier Tusk postępuje jak
          Jaruzelski! Ja tak nie uważam. Liczę na wymianę argumentów. Ale jeśli rząd
          będzie głuchy, to wymiana zdań będzie wyglądała jak wymiana ciosów.

          Ten rząd jest otwarty na postulaty różnych ważnych grup obywateli?
          Mamy rząd, który deklarował otwartość na dialog oraz miłość. I to są ważne
          deklaracje, szczególnie po poprzednich dwóch latach, kiedy deklarowano
          podejrzliwość i wyprowadzanie w kajdankach. Przecież nie bez istotnych powodów
          ten rząd zyskał głosy większości środowisk inteligenckich. Część odczuwała
          sympatię, inni - ulgę. Nie trzeba tego marnować. Ale już teraz niektórzy
          politycy PiS wypowiedzieli się krytycznie o postawie rządu w sprawie reformy
          szkolnictwa wyższego.

          Co to znaczy?
          Oni po prostu dobrze rozumieją interes opozycji. Liczę na zrozumienie także ze
          strony rządu.

          Tusk zawiódł zaufanie elit?
          Nie spieszę się z druzgoczącą krytyką tego rządu, bo za poprzedniego znaleźliśmy
          się na równi pochyłej. W sprawach służb specjalnych, statusu sądownictwa,
          standardów demokratycznego państwa prawa... Powstrzymała to Platforma
          Obywatelska. Więc pewien kredyt się jej należy, choć zniechęca mnie demonstracja
          żelaznej nieustępliwości rządu, bo ona za jego pomysłami nie przemawia.

          Rząd rzeczywiście ma sporo tego kredytu. Czy to znaczy, że polska scena
          polityczna jest już ustabilizowana?
          Wciąga mnie pani w rozmowę czysto polityczną. Mnie niepokoi kształt polskiej
          sceny politycznej. Jest taki, jaki jest, bo aktywność polityczna polskiego
          społeczeństwa jest bardzo niska. Wskutek tego społeczeństwo nie rozpoznaje się w
          formacjach politycznych, które generuje. Sam zresztą to odczuwam, bo mam kłopot
          przy urnie wyborczej.

          Nie ma pan swojego miejsca w obecnej polityce?
          Ja jestem z natury skłonny do politycznych zaangażowań, ale nie widzę dla siebie
          miejsca na scenie politycznej. Nie ma takiej partii, o której mógłbym
          powiedzieć: mimo wszystko to jest moja partia.

          Dlaczego?
          Bo w Polsce nie ma lewicy. Nasza scena polityczna jest z tego powodu ułomna.
          Niech mi wybaczą znajomi z SdPl. A szczególnie Andrzej Celiński, który z taka
          odwagą cywilną występował w jednej z komisji śledczych. Czuło się, że ma za sobą
          przeszłość w Komitecie Obrony Robotników.

          Jednak moim zdaniem uwiąd polskiej lewicy jest bezsporny, trudny do
          przezwyciężenia, i jest szczególnie wyraźnym, skrajnym objawem kryzysu lewicy
          europejskiej. Ten kryzys bierze się z okoliczności, w jakich znalazła się
          polityka państw narodowych w dobie globalizacji. Nie ma innej polityki
          demokratycznej, niż polityka w państwach narodowych. Unia Europejska nie ma
          przecież swojego społeczeństwa obywatelskiego.

          Są społeczeństwa obywatelskie w poszczególnych państwach. Wobec tego związki
          zawodowe, partie polityczne, wszystkie te instytucje, które służą budowaniu
          pomostu między wolą obywateli a decyzjami politycznymi kształtującymi ich
          warunki życia, mają coraz mniejszy wpływ na decyzje. Bo te zapadają na zbyt
          wysokim, odległym od nich poziomie. Coraz więcej rozstrzygnięć często opartych
          na mechanizmach bezosobowych zapada poza zasięgiem demokracji. I coraz trudniej
          realizować wpływ na życie codzienne obywateli, tak jak to tradycyjnie robiły
          partie socjaldemokratyczne, czyli przez interwencjonistyczną politykę
          gospodarczą państwa i opartą na niej politykę społeczną. Więc lewica traci grunt
          pod nogami. Musi iść albo w narodowy populizm, albo w wypłukane coraz bardziej z
          barw spektrum centrolewicy. Nie ma lewicowej alternatywy.

          Co to oznacza dla naszej sceny politycznej?
          Że wybór mamy między PO i PiS. Na razie sondaże wskazują na prostą tendencję:
          jeśli PO zacznie dołować, PiS zacznie zwyżkować. Ale czy tak będzie do końca?
          Magiczne przywiązanie do emblematów lewica - prawica jest w dużej mierze
          atawizmem. Może to jest nasz stary odruch. W tej chwili ważne jest dla życia
          społecznego, czy mamy do czynienia z formacją, która jest zdecydowana obstawać
          przy standardach demokracji liberalnej, czyli takiej, w której się nie ulega
          pokusie dyktatu większości nad jakąkolwiek mniejszością, w której się nie ulega
          pokusie, że gdy ma się większość, to można rządzić knutem.

          A także czy się ma świadomość, jak wielkie problemy społeczne wiążą się ze skalą
          i trwałością nierówności między ludźmi w gospodarce rynkowej po polsku, która
          ukształtowała się po 1989 r. W której mamy do czynienia ze zjawiskiem trwałego
          wykluczenia społecznego bardzo dużej grupy współobywateli. A tych prostych
          ludzi, którzy znaleźli się za burtą, traktuje się często z pogardą. I ta pogarda
          jest często odwzajemniana. Świadczy o tym choćby słownictwo przywódców PiS
          wrogie wszelkiego rodzaju elitom. Ono właśnie odpowiadało świadomości grup
          wykluczonych, tych, które utraciły poczucie pewności jutra i szanse awansu nawet
          dla swoich dzieci. Przestały więc aspirować do zmiany swojej pozycji społecznej,
          do tego, by ich dzieci miały otwartą drogę do realizacji swoich talentów. A
          skoro elita przestaje być przedmiotem aspiracji - staje się obiektem wrogości.

          • napoj.chmielowy Re: cd 01.05.08, 13:37
            Wiele osób o poglądach lewicowych zagłosowało w 2005 r. na PiS, słuchając hasła
            "Polska nie tylko dla bogatych" i wierząc, że ta partia doprowadzi do poprawy
            sytuacji socjalnej.
            Nie chcę nikomu wypominać, ale zrobił to np. Ryszard Bugaj... Trzeba przyznać,
            że hasło „Polska solidarna przeciw Polsce liberalnej” było świetnie wymyślone. I
            nie sądzę, by była to tylko cyniczna gra. To jakoś odpowiadało mentalności
            polityków PiS.

            Ale PiS przegrało. Nie musiało stracić władzy. Przegrało moim zdaniem wskutek
            pośpiechu Jarosława Kaczyńskiego w realizacji jego zamysłów.

            Jakich? Wstrzymam się od komentarza.
            Ale teraz mamy PO, rośnie zatrudnienie i poziom życia. Docierają pieniądze z
            Unii Europejskiej. Czy w tej sytuacji możemy oczekiwać, że pierwszy raz po 1989
            r. następne wybory wygra partia, która rządzi? To zależy od przywódców tej
            partii, ale i od okoliczności, na które nie mają wpływu, czyli koniunktury
            międzynarodowej, kryzysu w USA, jego reperkusji w Europie itd. Czynników jest
            mnóstwo. Wcale nie wykluczam powrotu PiS do władzy. A wydaje mi się, że
            przywódcy PO są skłonni lekceważyć taką ewentualność. A ja bym tego nie robił...
            Nie bez powodu chyba PO stara się wyjąć telewizję publiczną z rąk ekipy, która
            została po czasach PiS, ale już poważnej próby przejęcia kontroli nad CBA nie
            było. A to przecież może być ważny instrument w walce politycznej, także
            przeciwko temu rządowi.

            Nie wyklucza pan powrotu PiS, a czy wyklucza pan powrót do władzy SLD?
            W krótkiej perspektywie to jest wykluczone, a w długiej to w ogóle nie wiadomo,
            czy SLD przetrwa.

            Powstanie coś w zamian na lewicy?
            Nie od razu. Choć jak przez dłuższy czas jakiś ważny obszar polityczny jest
            niezagospodarowany, to ktoś się za niego weźmie. Może to będą populiści?
            Lewicowi albo prawicowi....

            Ale lewicowa ideologia nie jest artykułowana w polskiej polityce już od paru
            lat. Bo trudno za taką uznać centrowo-liberalną poprawność SLD. Więc może nic na
            lewicy powstać nie musi?
            Nie jestem wróżką. Widzę tylko, jak chyba wielu, że obecnie brak równowagi na
            scenie politycznej, dramatyczny brak. Taki stan nierównowagi musi działać
            dynamizująco, a to znaczy, że coś w końcu powstanie. Przecież na margines
            zostały teraz zepchnięte dwie formacje radykalne, dawni alianci PiS: LPR i
            Samoobrona. Myśli pani, że tak zostanie?

            Myślę, że nie. No właśnie. Stan nierównowagi będzie naszą scenę dynamizował.

            Profesor Kołakowski w wywiadzie dla DZIENNIKA powiedział, że "Nie ma żadnego
            ruchu lewicowego ogólnoświatowego, takiego jakim był ruch komunistyczny, o
            którym można było powiedzieć, że miał wspólne założenia, wspólną doktrynę,
            wspólne, chociaż fikcyjne nadzieje". Ma rację?
            Ja bym się z tym zgodził. Ale nie ma też innych ogólnoświatowych ruchów
            politycznych. Nawet liberalizm rozumiany jest zupełnie inaczej w Polsce niż np.
            w USA, gdzie kojarzy się raczej z lewicą, której tam z kolei jako terminu nie
            ma. Andrzej Walicki, przenikliwy myśliciel, zwraca uwagę, że w Polsce liberalizm
            traktuje się jako opcję skrajnie rynkową, czyli w kategoriach ekonomicznych. We
            Włoszech nazywa się to liberismo i to się odróżnia mocno od liberalizmu, który
            kojarzy się raczej z modelem demokracji europejskiej opartym na prawach człowieka.

            A liberismo, czyli to, co u nas nazywa się liberalizmem, to pewna doktryna
            ekonomiczna, która najczęściej nie chce się przyznać do tego, że jest doktryną i
            koncepcją ideową i polityczną, a podaje się za jedyną prawdziwą naukę ekonomii.

            Skoro nie ma ogólnoświatowego ruchu lewicowego, ani liberalnego, ani - prawdę
            mówiąc - żadnego innego, to znaczy, że czas uwodzenia ideami się skończył? Może
            należy pozostać przy modelu liberalnej demokracji opartej na prawach człowieka i
            dać sobie spokój ze zmienianiem świata? Fukuyama miał rację, wieszcząc koniec
            historii?
            To, co głosi Fukuyama, to wizja arkadii. Uważa, że dotarliśmy do raju: lepiej
            nie będzie, bo już jest cudownie. Nie trzeba nic zmieniać, bo i tak nic zmienić
            nie może. A pani pytania o końcu idei przepowiadają coś znacznie gorszego -
            dramatyczną zmianę. Na gorsze, oczywiście z punktu widzenia wartości, jakie ja
            wyznaję. Ale ja nie widzę tego tak źle. Pani nadmiernie kracze. Liberalna
            demokracja trzyma się dość mocno, mimo że jest podmywana przez proces
            globalizacji. Jeśli różne społeczeństwa i społeczność międzynarodowa taka jak
            Unia Europejska nie zbudują mechanizmów demokratycznych ponad poziomem państwa
            narodowego, to demokracja w państwach narodowych będzie się coraz bardziej
            stawała wydmuszką. Ale do tego długa droga. Jeśli nawet takie krakanie miałoby
            się spełnić, to raczej nie za naszego życia.

            Odniósł się pan do praktyki politycznej. A co z myślą polityczną, nurtami
            ideowymi? Czy są ośrodki intelektualne, które są w stanie stworzyć nowe systemy,
            budować wartości?
            Jestem za stary, żeby odpowiadać na takie pytanie. To jest pytanie do ludzi
            młodych, bo to oni robią takie rzeczy. Robią to, bo nie mają doświadczenia i nie
            wiedzą, że to, co głoszą, jest niemożliwe. Dlatego zaczynają coś głosić,
            następnie wprowadzają to w życie, a potem okazuje się, że zmiana jest możliwa,
            chociaż nie taka, jakiej oni sobie życzyli.

            Został pan konserwatystą?
            (śmiech) Do głowy mi to nie przyszło! Ale w pokorze przyjmuję wszystkie
            etykietki. Choć z nadzieją patrzę na młodych, którzy chcą zmieniać świat.
            Naiwność może być wielką siłą.

            I prowadzić do bezwzględności. Owszem. Ale teraz pani mówi jak konserwatystka!

            • napoj.chmielowy Re: cd 01.05.08, 13:40
              To zapytam pana jako człowieka lewicy, pomysłodawcy nazwy "Solidarność" dla
              związku z 1980 r. Związki zawodowe mają jeszcze jakiś sens ze swoimi
              zbiurokratyzowanymi strukturami i uwikłaniem w politykę partyjną? Ze
              zmniejszającą się bazą członkowską, bez umiejętności organizowania pracowników?
              Związki zawodowe są w kryzysie, podobnie jak cała demokracja, której są
              nieodłączna częścią. Jak pani powie, że związki zawodowe są pasee i trzeba się z
              nimi rozstać, to niech pani od razu powie ogólnie, bo będzie trafniej: trzeba
              się rozstać z demokracją. To byłaby odpowiedź krótka. A z punktu widzenia
              środowisk pracowniczych, mimo pewnej poprawy związanej z długotrwałą koniunkturą
              gospodarczą i przyrostem miejsc pracy oraz faktem, że już nie ma takiej presji
              bezrobocia, która sprzyjała samowoli pracodawcy, mimo tego wszystkiego, sytuacja
              środowisk pracowniczych jest bardzo ciężka, zwłaszcza w krajach nowych w Unii
              Europejskiej. Potrzeba związków zawodowych jest ogromna, a świadoma polityczna i
              ideologiczna tendencja do ich marginalizacji jest bardzo silna. I rzeczywiście
              kondycja związków nie jest mocna. Mają niewielu członków, bo ludzie się boją,
              nie widzą sensu przynależności. Ale to wciąż są organizacje, które potrafią
              uporządkować niejeden ważny konflikt społeczny i których niezbędność w
              dzisiejszym społeczeństwie jest poza sporem.

              Im słabsze są związki, tym bardziej dramatyczne są żywiołowe protesty -
              głodówki, strajki, takie jak np. w kopalni Budryk. I nie widać między
              pracownikami solidarności. Dlaczego w 1980 r. to było takie dobre określenie na
              to, co było w Polakach, a dziś stało się nieaktualne?
              To jest dobre pytanie. I temat na osobną książkę. Ostatni proces rewolucyjny,
              jaki przeżyliśmy był w latach 1980-81. Potem już nie. W 1989 r. mieliśmy upadek
              ustroju, ale nie rewolucję. Strasznie dużo zmienił w nas stan wojenny, choć z
              reguły jego znaczenia się nie docenia. Zmienił postawy społeczne. I bezpowrotnie
              zniszczył to zjawisko, jakim była Solidarność na początku lat 80., tzw. Wielką
              Solidarność. I nie chodzi o to, że ktoś tam zdradził ideały. Był wtedy pewien
              typ stosunków społecznych między ludźmi, obecny w tamtym związku, społeczna
              aktywność i poczucie suwerenności, które już nigdy po stanie wojennym nie wróciły.

              Zdarzyła się nam trauma psychospołeczna, która to złamała.

              POST SCRIPTUM

              Karol Modzelewski: Udzieliłem tego wywiadu Pani Zuzannie Dąbrowskiej na kilka
              dni przed spotkaniem sygnatariuszy listu 44 z Panią minister Barbarą Kudrycką.
              Spotkanie to w istotny sposób zmieniło sytuację i poprawiło atmosferę stosunków
              między środowiskami naukowymi a rządem. Z inicjatywy Pani Minister, ale za zgodą
              zebranych i przy ich udziale dyskusja została podsumowana komunikatem, w którym
              zasygnalizowano zbliżenie stanowisk i wolę współdziałania, podkreślono potrzebę
              opracowania zróżnicowanych kryteriów oceny dorobku naukowego dla różnych
              dziedzin wiedzy oraz stwierdzono, że uczestnicy spotkania opowiadają się za
              utrzymaniem wymogu habilitacji dla promotorów prac doktorskich oraz kandydatów
              na stanowiska profesorskie. Nie oznacza to pełnej zgody we wszystkich sprawach,
              ale mam nadzieję otwiera drogę do wspólnej pracy nad niezbędną reformą polskiej
              nauki i szkolnictwa wyższego. Dlatego wraz z prof. Jerzym Brzezińskim podjęliśmy
              się zorganizowania zespołu, który opracuje i przedłoży ministerstwu projekt
              dotyczący zasad awansu w naukach humanistycznych i społecznych. Warto
              podkreślić, że już po udzieleniu tego wywiadu zostały podjęte uchwały
              reprezentatywnych gremiów akademickich: rad wydziałów, komitetów naukowych PAN
              oraz - co wydaje się szczególnie istotne w perspektywie przyszłej procedury
              legislacyjnej - rady nauki przy prezydencie RP.


        • skoonk Re: Zachwał się raz bardzo głupio 01.05.08, 13:45
          w radach nadzorczych spółek Skarbu
          Państwa, gdzie powinny się liczyć tylko kompetencje merytoryczne, co kadencja
          parlamentarna odbywa się trzęsienie ziemi. I to na zasadzie, która ma zastąpić
          habilitację, czyli na zasadzie pseudokonkursu.

          :p... i do tego nie wypaliła lustracja w srodowiskach naukawych
          chichichichot hihihistorii
          • censorship Pytanie być może głupie 01.05.08, 16:16
            Dlaczego Prezydent mianuje profesorów? Przecież bardzo rzadko się zdaża by
            Prezydent miał coś wspólnego z Nauką. O wiele częściej prezydenci są miernie
            wykształceni.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka