akun73 21.03.10, 12:21 Mam osobe z borderline w rodzinie, udalo sie naklonic ja na terapie. Jak bedzie w trakcie, po? Czy wybuchy beda rzadzsze czy mniej intensywne czy moze spokoj i normalnosc zawitaja w koncu w jej domu? Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
aigala Re: Skutki terapii 21.03.10, 16:35 jak to mowi moj terapeuta "Zarowno pani jak i z pania bedzie sie zyc lepiej" Odpowiedz Link
annarchia Re: Skutki terapii 21.03.10, 18:07 > Jak bedzie w trakcie, po? To wszystko zależy pewnie od osoby, bo każdy border (tak jak każdy tzw. zdrowy człowiek) to osoba indywidualna - nawet z tą samą diagnozą. Ja jestem w terapii ogólnie półtora roku, w obecnej pół roku, i dopadają mnie coraz silniejsze kryzysy (silniejsze lęki, pojawiło się okaleczanie, maksymalne izolowanie od ludzi, silniejsze depresje). Bywa, że jest jeszcze gorzej niż przed jej rozpoczęciem. I to jest całkiem normalne i zrozumiałe, wiąże się to z dochodzeniem do bolesnych spraw, z trudnościami, jakie niesie za sobą proces terapii. Czy, i jak długo takie pogorszenia mogą trwać zależy od osoby. Mój terapeuta mówi, że u niektórych bywa tak, że te pogorszenia nie następują wcale. Jeśli terapia jest nastawiona tylko na "radzenie sobie" z objawami (np. z kontrolowaniem impulsywnych agresywnych zachowań, impulsów samookaleczania, radzenia sobie z lękiem itp.), to przez pewien krótki czas może być ok, ale wybuchy agresji i inne borderowe zachowania na pewno będą się pojawiać - ponieważ nie znikną ich przyczyny. Po takiej „terapii” moim zdaniem nie będzie ciągle dobrze. Dobry zapis procesu terapii zawiera książka "Uratuj mnie". Bardzo polecam:) akun73 napisała: > Czy wybuchy beda rzadzsze czy mniej > intensywne czy moze spokoj i normalnosc zawitaja w koncu w jej domu? Musze przyznać, że trochę zbulwersowało mnie to stwierdzenie: "Czy spokój i normalność z końcu zawitają w jej domu?". Dlaczego mi się nie podoba? Bo za "normalność w domu" nie jest odpowiedzialna tylko jedna, zaburzona osoba (a na taką najłatwiej jest zwalić złą atmosferę, konflikty), tylko WSZYSCY domownicy (mimo, że pozornie i "obiektywnie" ich zachowanie wydaje się "normalne i zdrowe"). Zaburzenie borderline często jest sygnałem (tj. anoreksja, bulimia), że w relacjach między członkami rodziny coś było/jest nie tak (a więc nie tylko z tą jedną osobą jest "nie tak"). Bo SKĄDŚ się przecież to zaburzenie wzięło, nie z powietrza... Skoro ta osoba „wybucha”, to oznacza, że coś w relacjach z rodziną było nie tak, skoro stała się osobą wybuchową. Logiczne. Na przykład bardzo sfrustrowane potrzeby (emocjonalne), które nie zostały przez rodziców zaspokojone w dzieciństwie. Bo borderline bierze się z wczesnych, bardzo zaburzonych relacji dziecka z jego rodzicami, które było przez nich (nawet nieświadome i niecelowo) bardzo ranione (np. nadopiekuńczością, brakiem uwagi dla emocji, bagatelizowaniem uczuć, karaniem za złość, itp.) i emocjonalnie okaleczane (mimo poczucia, że się je bardzo kocha!). Za wykształcenie się osobowości BPD w bardzo dużym stopniu odpowiedzialni są rodzice. Warto brać to pod uwagę (bo jest się wtedy bardziej wyrozumiałym dla zaburzonej osoby), choć niestety nie każdy potrafi to przyjąć. Na przykład moi rodzice są totalnie bezkrytyczni, nie mają sobie nic do zarzucenia, cokolwiek jest "nie tak" to ja za to odpowiadam (bo przecież "to ty jesteś zaburzona"). Strasznie to niesprawiedliwe i (wciąż, cholera) bolesne. Poza tym to pytanie nie odpowie Ci nawet żaden psychoterapeuta. Wszystko zależy od okoliczności podejmowania leczenia, motywacji własnej, kompetencji terapeuty, chęci do współpracy, gotowości do refleksji nad sobą, głębokości zmian, itd. I nie wiem, czy od czegoś jeszcze... Ogólnie chyba gorzej rokują osoby, które nie idą na terapię z własnej woli i potrzeby, lecz "za namową bliskich" (często dla świętego spokoju). Wynik terapii podobno czasem może zadowolić pacjenta, a nie spodobać się rodzinie;) Wszystkiego dobrego. Odpowiedz Link
marciatko84 Re: Skutki terapii 27.03.10, 21:47 Skutki terapii mogą być różne, w zależności od zaangażowania w nią samego pacjenta. Jednak myślę, że warto! Podczas terapii należy być przygotowanym na różne rzeczy, bo wątpliwe jest to, że od razu coś zacznie się poprawiać. Praca z borderem jest wyjątkowo trudna, bo zanim zmieni on swoje zachowania mija dużo czasu. U mnie podczas terapii bywało raz lepiej, raz gorzej. Przeżywałam regresje. Raz wierzyłam w wyleczenie, w poprawę, innym razem poddawałam się przychodzącej regresji. Podczas mojej ostatniej terapii pojawiły się objawy bulimiczne, których nie miałam przez całe moje dotychczasowe życie. Ale nie ukrywałam niczego i jakoś udało mi się zapanować nad sobą w tej sferze. Bo właśnie to głównie dała mi terapia - umiejętność lepszego panowania nad sobą. Z całą pewnością, czasami zdarzają mi się jakieś wybuchy. Ale ich siła jest stosunkowo niewielka i ustępują szybko. Cieszy mnie fakt, że przy ilości impulsów jaką generuje moja osobowość do zachowań destrukcyjnym rzadko się im poddaje. Skutki niewłaściwych zachowań też są znacznie mniej przykre. To dla mnie sukces. Niesamowity. Gdybym nie znalazła się na terapii nie wierzę, że byłabym w stanie obecnie normalnie żyć. Odpowiedz Link
annarchia Re: Skutki terapii 28.03.10, 14:34 Marciatko, a mogłabyś napisać, jak długo trwała Twoja terapia i w jakim była prowadzona nurcie? I czy masz czasem jakiekolwiek objawy chorobowe typu czasem wymioty, lekkie depresje, męczące zmiany w ważnych sferach życia (zawód/studia, cele, wartości, związki), lęki? I czy dajesz radę bez leków i masz zaufanie do swojej psychiki, że nie będą Ci już potrzebne? Odpowiedz Link
marciatko84 Re: Skutki terapii 28.03.10, 16:35 annarchia napisała: > jak długo trwała Twoja terapia i w jakim była > prowadzona nurcie? Moja terapia trwała naprawdę długo. Pierwsze kontakty z psychologiem miałam jak miałam 17 lat (obecnie 25). Jednak nikt na początku nie szukał u mnie borderline. Znalazłam się na terapii, bo nie potrafiłam poradzić sobie z traumą dzieciństwa i ktoś bliski (były chłopak) pomógł mi znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Prowadzono ze mną terapię behawioralna, w kontekscie moich wybuchów złości, nadużywania alkoholu. Był czas gdy pracowałam z terapeuta-księdzem w nurcie psychologii humanistycznej, niestety terapia została przerwana przez jego tragiczną śmierć. Przez kolejne lata wciąż borykałam się z ogromnymi problemami. Punktem przełomowym w moim leczeniu była moja próba samobójcza, po której zostało mi zdiagnozowane bpd i zastosowana odpowiednia terapia. Trwała ona 1,5 roku - tyle czasu z całą pewnością, że wcześniej wiele rzeczy już zostało przepracowanych tj. traumy z dzieciństwa i wczesnej młodości. Obecnie już od 9 miesięcy jestem po terapii. > I czy masz czasem jakiekolwiek objawy chorobowe typu czasem wymioty, lekkie > depresje, męczące zmiany w ważnych sferach życia (zawód/studia, cele, wartości, > związki), lęki? Hmmm... na mojej ostatniej terapii dostałam jasną przesłankę: najważniejsze, aby nauczyć się nad sobą panować. I to staram się właśnie czynić. Myśli pojawiają się różne, ważne jest, aby móc rozpoznać, że są generowane przez tą niewłaściwą część mojej osobowości. Nie wymiotuje, nie objadam się, nie nadużywam alkoholu (choć go czasem piję), nie atakuje swoich najbliższych. Pojawia się u mnie czasem smutek i małe depresje. Pogodziłam się z faktem, że to powraca co jakiś czas. Ważne, aby to nie wpływało destrukcyjnie na moje życie, aby nie odreagowywać. Aby wiedzieć kiedy smutek jest tylko smutkiem, czyli czymś normalnym i naturalnym, a kiedy staje się niebezpieczny. Moje cele życiowe, studia, partner to elementy stałe w moim życiu. Lęki pojawiają się czasem, ale staram się je konfrontować z rzeczywistością i z tym, że są bezpodstawne. > I czy dajesz radę bez leków i masz zaufanie do swojej sychiki, że nie będą Ci > już potrzebne Bez leków obywam się cały czas. Przymierzałam się czasem, aby zacząć je brać, ale miałam zawsze wątpliwości. W szpitalu nie dostałam ich ze względu na bardzo zły stan zdrowia, po próbie samobójczej. A później czułam się na tyle dobrze, aby pracować nad sobą bez leków. Pewność, że zawsze będę sobie dawać radę nie istnieje. Trzeba wierzyć, ale "pewna jest tylko śmierć i podatki" ;) Odpowiedz Link
annarchia Re: Skutki terapii 29.03.10, 09:03 Dzięki za długą odpowiedź :) marciatko84 napisała: > Moja terapia trwała naprawdę długo. Mnie nie chodziło o wszystkie terapie ogólnie (choć fajnie, że się podzieliłaś), tylko o tę ostatnią - tę, którą oceniasz jako skuteczną. Czyli jak piszesz, o: > zostało mi zdiagnozowane bpd i zastosowana odpowiednia terapia. Trwała ona 1,5 > roku I interesuje mnie, w jakim właśnie ona była nurcie, jak często sesje się odbywały. Pytam o tę ostatnią, bo ja uważam, że leczy głównie relacja z konkretnym terapeutą. marciatko84 napisała: > Hmmm... na mojej ostatniej terapii dostałam jasną przesłankę: najważniejsze, ab > y > nauczyć się nad sobą panować. Aha, to behawioralna? Beh-poznawcza? Ja mam taki cel terapii, aby w końcu przestać tylko panować nad objawami, tylko zlikwidować ich przyczyny... Bo ileż można powstrzymywać te ataki :/ A ja chcę... relax :P marciatko84 napisała: > czasem smutek i małe depresje. Pogodziłam się z faktem, że to powraca co jakiś > czas. Hmm... ja ciągle mam taką cichą nadzieję, aby już potem nie powracało... Jestem gotowa x lat chodzić na terapię, aby tak było... marciatko84 napisała: > Moje cele życiowe, studia, partner to elementy stałe w moim życiu. O ja cię! No to nieźle :) Gratuluję!! To spory sukces. Ogromny jak na bordera :) marciatko84 napisała: > Pewność, że zawsze będę sobie dawać radę nie istnieje. Zadałam to pytanie, bo miałam kontakt z kilkoma osobami po terapii, które miały ogromną pewność, że objawy nie wrócą - bo nie ma ku temu już żadnej przyczyny. I mają w tym aspekcie zaufanie do siebie. Bo skoro objawy są wynikiem konfliktów wewnętrznych i wypierania różnych treści do nieświadomości (zamiast je rozwiązywać świadomie), to skoro się nad tym popracuje to psychika nie musi już korzystać z objawów. I ja tak właśnie postrzegam pełne wyleczenie. Była na forum gazety taka dziewczyna, Kontrr, ale jej postów już nie ma :( (Oczywiście nie chodzi o adekwatny do sytuacji smutek, złość czy strach - ale o objawy zaburzenia). Dla mnie ogromnym sukcesem będzie powiedzieć sobie samej (szczerze): "Cieszę się bardzo, że się urodziłam. Jakby to ode mnie zależało, czy miałabym się urodzić, i być tu, gdzie jestem, i być tym, kim teraz jestem - to bardzo bym chciała" - to taki mój wewnętrzny miernik poczucia szczęścia i sensu życia ;) Na razie mogę sobie pomarzyć o czymś takim... Odpowiedz Link
cyntia33 Re: Skutki terapii 29.03.10, 12:28 > Dla mnie ogromnym sukcesem będzie powiedzieć sobie samej (szczerze): > > "Cieszę się bardzo, że się urodziłam. Jakby to ode mnie zależało, czy miałabym > się urodzić, i być tu, gdzie jestem, i być tym, kim teraz jestem - to bardzo bym chciała" - to taki mój wewnętrzny miernik poczucia szczęścia i sensu życia ;) Na razie mogę sobie pomarzyć o czymś takim... A to w ogóle jest możliwe, annarchio? Znasz kogoś takiego (nawet "zdrowego", choć to pojęcie względne), kto tak może szczerze powiedzieć? Mi się wydaje, że nawet w życiu niezaburzonej osoby więcej jest trosk, smutków, nudy, zwątpienia niż radości. I każdy wolałby się nie urodzić. Ale może za mało osób o to pytałam ;) Odpowiedz Link
annarchia Re: Skutki terapii 29.03.10, 19:07 cyntia33 napisała: > > Dla mnie ogromnym sukcesem będzie powiedzieć sobie samej (szczerze): > > > > "Cieszę się bardzo, że się urodziłam. Jakby to ode mnie zależało, czy mia > łabym > > się urodzić, i być tu, gdzie jestem, i być tym, kim teraz jestem - to bar > dzo > bym chciała" - to taki mój wewnętrzny miernik poczucia szczęścia i sensu życia > ;) Na razie mogę sobie pomarzyć o czymś takim... > > A to w ogóle jest możliwe, annarchio? Znasz kogoś takiego (nawet "zdrowego", > choć to pojęcie względne), kto tak może szczerze powiedzieć? No właśnie większość osób, które normalnie funkcjonują i normalnie się czują... dla nich to jest normalne zdanie, a np. o samobójcach myślą z przerażeniem i niezrozumieniem, jak tak można. Prawie nikt z moich zdrowych znajomych (a jako posiadający w życiu wiele relacji border - znałam sporo ludzi) nie mógł pojąć, jak można nie chcieć żyć... Sporo osób mnie pytało "Ale właściwie to CO tak cię boli???", "Jak można mieć myśli samobójcze?" - i ja też tak miałam przed chorobą. To normalne. Człowiek, który sam ze sobą czuje się dobrze, zdrowo, który czuje, że realizuje autentycznego siebie (a nie ma np. derealizacji), jest ogólnie szczęśliwy (=w tym sensie, że po prostu szczerze dobrze mu ze sobą), ma poczucie własnej wartości i lubi siebie - nie powie "Nie chciałbym się urodzić", "Lepiej, aby mnie nie było" - bo to byłoby nielogiczne. Ja myślę, że zdrowie psychiczne m.in. na tym polega, że człowiek generalnie cieszy się, że jest. cyntia33 napisała: > Mi się wydaje, że > nawet w życiu niezaburzonej osoby więcej jest trosk, smutków, nudy, zwątpienia > niż radości. Nie. Zdrowie właśnie polega na tym, że tych pozytywnych emocji jest zdecydowanie więcej. Satysfakcji z relacji z ludźmi, radości z drobnych rzeczy, spokoju psychicznego, humoru, pogody ducha, pasji, chęci poznawania życia i rozwijania siebie, ciekawości świata. Gdyby dominował smutek, strach i rozpacz to wszyscy ludzie popełnialiby samobójstwa, brali leki lub spędzali życie w szpitalach, nie mieliby chęci do niczego. Oczywiście stan pozbawiony uczuć "minusowych" jest chorobowy, to mania, hipomania. Ale gdy te uczucia nie są chroniczne (tj. u zaburzonych) lecz sytuacyjne i o adekwatnej sile - to nie przysparzają wielkiego cierpienia. Np. pamiętam, jak przed chorobą odczuwałam strach (w odróżnieniu np. od ataków paniki ni stąd ni zowąd) - nie myślałam wtedy wcale o tym, aby posiłkować się jakimiś lekami "bo nie wytrzymam", nie czułam dyskomfortu związanego z tą emocją, bo była adekwatna do sytuacji i mijała w odpowiednim czasie. Tak samo smutek nie dostarczał takiego cierpienia, jak depresja i nie miał chronicznego charakteru. A co do tzw. zdrowych ludzi to ja uważam, że sporo z tych tzw. zdrowych (bo jakoś funkcjonują, nie leczą się psychiatrycznie) MA jakieś zaburzenia, psychiczne trudności. Zdrowie to kontinuum. I stąd ich gadanie "Życie nie jest łatwe", "Życie jest brutalne", "Życie jest ciężkie", "Życie jest do dupy". cyntia33 napisała: > I każdy wolałby się nie urodzić. A to moim zdaniem dość silna projekcja (swojego uczucia na innych). Czy ludzie, którzy mają pasje, są zadowoleni z życia, czerpią z niego garściami, mają hobby, które ich cieszą i nieźle czują się w swojej skórze, powiedzą "Wolałbym się nie urodzić?". Szczęście to moim zdaniem naturalny stan psychiki - wystarczy popatrzeć na małe dzieci, jak się cieszą. Nikt się nie rodzi z myślami "Wolałbym, aby mnie nie było". Dopiero to, co robią (lub nie robią) z nimi dorośli, może przyćmić ich radość z BYCIA... Odpowiedz Link
cyntia33 Re: Skutki terapii 29.03.10, 21:02 Mam nadzieję, że masz rację annarchio, a ja po prostu mam to (nie)szczęście, że wokół mnie wiele jest ludzi depresyjnych (ale chyba nie chorych psychicznie), dlatego wydaje mi się to normą. Ja od małego mam myśli samobójcze. I znam naprawdę wiele osób, które je ma. Nie aktywne (nie sięgają po żyletkę), tylko bierne, właśnie w stylu "wolałabym się nie urodzić". Rozmawiam na ten temat często ze znajomymi np. w pracy, którzy radzą sobie jako-tako w życiu (w sensie: studia, praca, podatki, rodzina, związek...), ale mają nawracające lęki czy dołki czy smuteczki. Oczywiście wiem, że w ludziach drzemie olbrzymi instynkt samozachowawczy, ale co innego nie zabijać się, a co innego cieszyć się życiem. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio kogoś spotkałam, kto czuł się szczęśliwy. I poza moim nauczycielem jogi nikt mi nie przychodzi do głowy. Nawet jego żona i syn czegoś smutni... Hm, teraz się zastanawiam, dlaczego wokół mnie jest tylu emocjonalnych rozbitków... Czy ja ich jakoś przyciągam? Odpowiedz Link
annarchia Re: Skutki terapii 30.03.10, 18:18 cyntia33 napisała: > Mam nadzieję, że masz rację annarchio Ja nie wiem, czy mam rację. Nie wiem, jak to jest czuć się zdrowo. Ale próbuję samej sobie tłumaczyć różne rzeczy w sposób, który wydaje mi się logiczny. Np. właśnie to, że przejawem zdrowia psychicznego jest to, że człowiek może szczerze sobie powiedzieć "Ciesze się, że żyję, że się urodziłem". I że tak powinno być przy wychowaniu w wystarczająco dobrej rodzinie - dziecko, które wyraźnie czuje, że jego przyjście na świat i istnienie jest dla innych radością, czuje się bardzo kochane, rozwija się tak, że dobrze czuje się sam ze sobą, ze swoją psychiką, ciałem, i z ludźmi - dlaczego miałby nie chcieć się urodzić i żyć? Przecież jest mu dobrze, czuje się kochany, lubi siebie, ciekawi go życie. cyntia33 napisała: > a ja po prostu mam to > (nie)szczęście, że wokół mnie wiele jest ludzi depresyjnych (ale > chyba nie chorych psychicznie), dlatego wydaje mi się to normą. Nie trzeba być chorym psychicznie (masz na myśli schizofrenię i ChAD?), aby być depresyjnym. No ale jakby nie było, depresja i depresyjność są uważane za psychiatrię za nieadekwatny ogląd rzeczywistości, a więc musi być coś w osobie (i jej ocenie świata) zaburzonego, skoro reaguje depresjami (a nie np. zdrowym chwilowym smutkiem). cyntia33 napisała: > I znam naprawdę wiele osób, które je ma. > Nie aktywne (nie sięgają po żyletkę), tylko bierne, właśnie w stylu > "wolałabym się nie urodzić". Ja wtedy sobie myślę tak: czyli ta osoba ma ze sobą jakiś problem, coś jest w jej osobowości, relacjach, co sprawia jej cierpienie. Czegoś w sobie nie akceptuje (lub całego siebie), nie radzi sobie emocjonalnie z życiem, ma zaniżoną samoocenę, była często odrzucana, itd. cyntia33 napisała: > Rozmawiam na ten temat często ze > znajomymi np. w pracy, którzy radzą sobie jako-tako w życiu (w > sensie: studia, praca, podatki, rodzina, związek...ale mają > nawracające lęki czy dołki czy smuteczki. Myślę, że smuteczki (adekwatne do sytuacji i mijające po rozmowie z przyjaciółką czy ciachu) są normą i zresztą wyrazem zdrowia. Bo to przecież byłoby chore zareagować np. na informację o zwolnieniu - radością. Tak to tylko w manii. O ile te smutki nie wiążą się ze szczerą myślą "Chcę umrzeć", bo to już depresja. A poza tym dużo z takich osób to pewnie te "tak zwane zdrowe". Jakoś funkcjonują. Jakoś sobie radzą. Jakoś się czują. Wszystko jakoś. Jak zombi, a nie żywi ludzie. A uważa się ich za zdrowych głównie na tej podstawie, że nie korzystali nigdy z wizyt u psychiatry i nie brali prochów. Bo JAKOŚ jeszcze funkcjonują. Pomijając już te osoby, które nadawałyby się na terapię czy do psychiatry, ale jeszcze same jakoś ciągną lub się wstydzą. A nie każdy samobójca ma za sobą historię z psychiatrami i lekami, czasem właśnie ktoś taki "zdrowy" się zabija i nagle szok. cyntia33 napisała: > Hm, teraz się zastanawiam, dlaczego wokół mnie jest tylu > emocjonalnych rozbitków... Czy ja ich jakoś przyciągam? Myślę, że to normalne. Jak człowiek choruje to zaczyna szukać w necie podobne osoby, zapisuje się na terapię i też poznaje podobne osoby, z czasem poznaje się znajomych znajomych takich osób, zwierza się w pracy kilku zaufanym osobom, które też akurat mogą mieć problemy, i z czasem zaczyna się obracać głównie wśród takich - którzy mają empatię, wzajemne zrozumienie... Jeszcze odnośnie tematu. Ta dziewczyna tu z gazety.pl po skończonej terapii tak pisała: "Generalnie po trzech latach terapii mogę śmiało powiedzieć: Jestem zdrowa i szczęśliwa." "Ostatnio na sesji doznałam jakiegoś takiego poruszenia, że jestem, że żyję... że istnieje coś takiego jak prawdziwe "ja"." "Cieszę się, że żyję. Od niedawna czuję jak bardzo chcę żyć, wiecznie... To byłoby mega świństwo, jakby po śmierci miało nic nie być." "Nie mam żadnych lęków, depresji zero. A chciałam skakać z balkonu, nie widziałam sensu w życiu..." Odpowiedz Link
cyntia33 Re: Skutki terapii 01.04.10, 11:47 > "Cieszę się, że żyję. Od niedawna czuję jak bardzo chcę żyć, wiecznie... To > byłoby mega świństwo, jakby po śmierci miało nic nie być." > Mam nadzieję, że kiedyś też tak będę mogła powiedzieć. Teraz mam tylko przebłyski radości - króciutkie chwile, kiedy czuję się szczęśliwa. Ale dobre i to. Kiedyś nawet ich nie było... Odpowiedz Link
annarchia Re: Skutki terapii 01.04.10, 12:33 cyntia33 napisała: > > "Cieszę się, że żyję. Od niedawna czuję jak bardzo chcę żyć, wiecznie... > To > > byłoby mega świństwo, jakby po śmierci miało nic nie być." > > > > Mam nadzieję, że kiedyś też tak będę mogła powiedzieć. Trzymam kciuki za Ciebie i za siebie :) Optymistyczne dla mnie jest to, że MOŻNA tak się czuć, że istnieje taka opcja, że człowiek potencjalnie może osiągać takie samopoczucie. (Inna sprawa, że nie da się tego osiągnąć aktem woli...) cyntia33 napisała: > Teraz mam tylko > przebłyski radości - króciutkie chwile, kiedy czuję się szczęśliwa. Ale dobre i > to. Też mi się kilka razy zdarzyło, taki właśnie przebłysk (zdrowia, realności, adekwatności, sensu, normalności) - CZAD. Ostatnio, gdy mi się to zdarzyło to aż przystanęłam z wrażenia na chodniku, bo tak mnie to zdumiało ;) I szok - czy te wszystkie zdrowe osoby mają coś takiego na codzień? To dlaczego oni nie skaczą do góry z radości??? Pamiętam, że ostatnim takim razem czułam akurat smutek (nie depresję), ale ten smutek był tak adekwatny, tak normalny, tak się dobrze z nim czułam (bo czuć się dobrze to według mnie dobry kontakt z całą gamą swoich emocji, a nie tylko z radością), że było to naprawdę fajne. A potem poczułam radość z czegoś konkretnego. A potem złość (ale nie borderową furię), że autobus się opóźnia. Przyjemność z jedzenia kanapki (a nie wpieprzanie na chama lub jedzenie bo muszę). Te wszystkie uczucia były powiązane z tym, co się dzieje, miałam głębokie poczucie, że siła tych uczuć jest taka jak być powinna, i poczułam kontakt z rzeczywistością. Tak, jakbym po latach śmierci na chwilę napiła się życia. Wszystko było bardzo ŻYWE i bardzo REALNE. A nie statyczne, obce i szare jak zawsze... Po takich momentach analizuję powody (te wewnątrz mnie), jakie mogły się do tego przebłysku przyczynić. Czasem wydaje się, że te stany przychodzą jak gdyby nigdy nic, tak po prostu, ale tak jest tylko pozornie. Za tym ostatnim razem też się zdziwiłam, czemu tak się stało, ale wróciłam myślami do tego, co było tuż przed. A tuż przed miałam sesję, na której udało mi się być: spontaniczną (trochę popuściłam kontrolę), autentyczną (a nie udającą kogoś czy chowającą się za diagnozą), szczerą (a nie kręcącą) i skupioną na tu i teraz (a nie tam i kiedyś), na prawdziwych uczuciach do terapeuty w danej chwili. Odpowiedz Link