Dodaj do ulubionych

puszczanie sie

12.04.10, 23:22
ostatni rok sie strasznie hamowalem, chcialem zmienic.z psychiatra tez gadalem
o swojej nimfomanii.
teraz nie daje rady.
tak strasznie chce sie z kims kochac a najgorsze ze wszystko mi jedno z kim.

ktos tak ma?
da sie to w sobie zabic?/jednoczesnie nie chce/sam niewiem/gubie sie. ciagnie
mnie cos.
biore lamitrin.nic to nie zmienia.
Obserwuj wątek
    • release.me Re: puszczanie sie 13.04.10, 13:09
      może zacznij się hamować myślami, że z tego może być ciąża, za którą musiałbyś
      być odpowiedzialny, albo dziewczyna się zaangażuje i musiałbyś być
      odpowiedzialny za jej uczucia.. może spróbuj zdewaluować jakos seks?
    • czita88 Re: puszczanie sie 13.04.10, 20:30
      Mnie też dotyczy(ł) ten problem... I to dosłownie, jakoś raczej mówi
      sie że to laski się puszczają, dają dupy... Z tymże nie miałam na to
      ochoty non stop, własciwie tylko parę razy wyszłam z otwartą
      propozycją do faceta, świetnie radziłam sobie sama mając ochotę a
      gdy nie bylo akurat okazji. Tylko że gdy ktoś miał ochotę na mnie ja
      ulegałam.. Zdarzyło mi się to robić z totalnie obcymi kolesiami... w
      99 % pod wplywem narkotyków i alkoholu. Ale w większości przypadków
      świadomie. Na urodzinach faceta (na którym mi nie zależało), wyjść z
      jego kumplem poznanym tego wieczoru i obudzić się rano w obcym
      miejscu... Spotykac się ze sponsorami... Uprawiać seks z kolegą do
      którego NIC mnie nie ciągło a WSZYSTKO odrzucało... Czasem
      odmawiałam, sama nie wiem dlaczego, po prostu nagły hamulec, nie i
      koniec, mimo iż byłam pod wpływem narkotyków i alkoholu... Rzadko
      ale się zdarzyło, może chciałam zobaczyć jak to jest... Może gość
      był zbyt natarczywy albo mnie czymś wk**wil... Dodam że z tych
      wszystkich wyżej opisanych kontaktów miałam znikomą przyjemność,
      rzadko, chwilową, wymuszoną... Potem rzadko źle się czułam, z reguły
      miałam gdzieś opinię innych...
      Zmieniłam się pod wpływem partnera , tylko i wyłącznie. (Też kiedyś
      zażywałam leki i nic, również wymieniony przez ciebie, choć nie
      przyznałam się nigdy psychiatrze ani psychologowi do tego jaka
      jestem w sprawach seksu). I zmiana nie nastąpiła od razu gdy go
      pokochałam, a raczej zakochałam się (co stało się bardzo szybko :),
      kochać cały czas się uczę...)... Najpierw oczywiście w euforii
      pozrywałam od razu kontakty ze sp..., odwołałam umówione
      spotkania... Ale minął m-c czy dwa... Poznałam jego wady, które
      wydały mi się kolosalne, czułam się zraniona a serducho mi krwawiło,
      zaczęły się pierwsze mega afery i rozstania "tym razem na zawsze"...
      Równocześnie zaczęły się zdrady... I potem w chwilach gdy było
      dobrze gigantyczne wyrzuty sumienia... I usprawiedliwianie się przed
      samą sobą jego pomyłkami... Zdradziłam wiele razy... Przeważnie
      kilka razy z jednym, z tymi z którymi już wcześniej miałam kontakty.
      Do tego pseudo romans w pracy którą rozpoczęłam (studiuję dziennie)
      aby nie spotykać sie tak jak wcześniej, a którą musiałam zerwać z
      powodu plotek i natarczywości kierownika gdy odmawiałam... Walę
      głową w ścianę gdy to opisuję ;(... Zawsze gdy grzeszyłam, byłam w
      tych swoich paranoicznych myślach, przypisując Mu jak najgorsze
      intencje, podejrzewając o oszustwa, będąc wk****ona na
      maksa/zraniona do głębi, i co najważniejsze zawsze PEWNA że on ma
      mnie w dupie. Wmawiałam mu to cały pierwszy rok... W końcu
      uwierzyłam. Gdy uwierzyłam i zobaczyłam że mu zależy wystraszyłam
      się. Gdy w końcu powiedział upragnione "kocham". Gdy widziałam
      miłość w jego oczach i pojawiały się też łzy... Zaczęłam dążyć do
      tego żeby mnie zostawił. Byłam okropna, robiłam kłótnie o pierdoły,
      sugerowałam że z inną byłoby mu o niebo lepiej, że powinien odejść
      bo będzie cierpiał, naprawdę cierpiał... A on nie odszedł. Wcześniej
      raz spytał z iloma go dotychczas, przez niecały rok, zdradziłam...
      Żebym się przyznała, powiedziała, a on mi wybaczy, postara sie
      zrozumieć, na pewno będzie na mnie inaczej patrzył ale woli
      dowiedzieć się teraz niż kiedyś w przyszłości. Pytał na poważnie,
      naciskał, a ja z równym uporem zaprzeczyłam , zapewniałam że z nikim
      mówiąc mu to pewnie prosto w oczy z wielkim wysiłkiem, bo nie
      cierpię kłamać i nie potrafię... Wahałam się, mogłam skorzystać z
      okazji, jeszcze nastęonego dnia się zastanawiałam, ale gdy spytał
      przeraziłam się... Tej liczby, nie znałam jej, liczyłam w nocy i nie
      wyszła jedna cyfra.... Gdy widziałam w wyobraźni jego reakcję, a
      potem jego pytania o każdy z tych skoków.... Miałam ochotę ze soba
      skończyć... Czułam się w kropce... Potem często próbowałam go do
      siebie zniechęcić... Dla niego wierność jest czymś oczywistym,
      podkreslał to często, a partnerki/żony zdradzające swoich facetów
      określał ... . Byłam pewna że gdy się kiedyś dowie będzie wściekły,
      być może mnie uderzy/popchnie, straci panowanie nad sobą, odejdzie i
      juz nie wróci mimo iż będzie cierpiał. Czasem dawałam mu do
      zrozumienia że wierność dla mnie nie jest istotna, że wolałabym żeby
      przespał się z jakąś koleżanką niż się w niej zakochał i ode mnie
      odszedł. Gdy mówilam mimochodzem takie rzeczy denerwował się od
      razu.
      I w końcu, pewnej nocy gdy już leżeliśmy w łóżku zaczął pytać co
      miałam na myśli mówiąc że jeszcze będzie przeze mnie cierpiał... Nie
      dawało mu to spokoju, zaczął drążyć... Spytałam w końcu gdy już było
      mi wszystko jedno, czy naprawdę chce wiedzieć, czy chce awantury
      teraz, w nocy... I przyznałam się do dwóch kłamstw w ostatnim
      czasie, powiedziałam gdzie byłam ostatnio + kontakt w pracy sprzed
      ponad pół roku (wtedy)... To była tylko mała część... A rozwaliła go
      całkowicie ;(... Płakał całą noc, nie mógł się uspokoić... Przez
      następne dni również, niewiele brakowało żeby zrobił sobie krzywdę,
      groził mi tym... Rozstawaliśmy się, mieliśmy gigantyczny kryzys,
      kazał przyrzec że zerwę z tym, a ja nie potrafiłam, nie czułam sie
      do tego zdolna, chciałam by odszedł, płakałam, mówiłam że jest
      cudownym mężczyzną a ja nie dam mu szczęścia nigdy ;(... On czuł się
      zerem... Przez miesiąc-dwa było b. źle... Zachowywałam się jak
      szmata, spotkałam się jeszcze 3 razy z tym mężczyzną, oddałam Mu
      pieniądze, bo jest w bardzo trudnej sytuacji (kredyty, pożyczki),
      chociaż tak chciałam mu pomóc... Czułam jego odrazę do mojej osoby a
      nie potrafiłam zerwać od razu tego kontaktu ;(... W międzyczasie
      dowiedział się jeszcze o 2-3 "innych" ode mnie... Szukał ulgi w
      alkoholu, narkotykach... Przez taką idiotkę jak ja... I wciąż kochał.
      Na szczęście w końcu się odważyłam.. Prosiłam żeby nie naciskał. Że
      chcę dojrzeć do tej decyzji, że wiem jak cierpi, ale jeśli mnie
      zmusi to za jakiś czas znów będzie afera i znów to zrobię... I po
      paru tygodniach od tamtego dnia sama się zdecydowałam, postawiłam
      wszystko na jedną kartę, na Niego. Zerwałam kontakt. Poczułam że to
      właśnie On, że dla niego oddam wszystko... Jest pierwszym któremu
      powiedziałam już na początku i mówię wciąż że kocham, pierwszym
      któremu obiecałam... Obiecałam mu znów parę tygodni później,
      wcześniej tylko usłyszał że już nie będę się spotykała tak, że
      szukam pracy, że zerwałam z tym... Już wtedy płakałam mówiąc to, a
      po paru tygodniach przyrzekłam że już zawsze tylko On, że nigdy nie
      spotkam się nawet na kawę z innym bez jego wiedzy, że nikt mnie nie
      tknie choćby nie wiem kto to był i jakby nie wiem co będę akurat na
      niego wściekła... I że nawet po jakiejs aferze, które przez moje bpd
      wciąż często się zdarzają, nie zerwę z nim żeby mieć czyste sumienie
      i znów zadzwonić do byłego itp... Że chocby nie wiem co , najpierw
      dam nam czas na pogodzenie się, na poważną decyzję o rozstaniu.
      I tak jest. MAm nadzieję że zawsze tak będzie. Dopiero teraz, gdy
      oddałam mu się cała, jestem z nim naprawdę szczęśliwa :-)... I wciąż
      ze sobą walczę, ale już nie robię głupot. Uczę się spokoju, nie
      przypisywania mu złych intencji, nie podejrzewania wciąż że
      kłamie... Parę razy zawiódł moje zaufanie i to strasznie, i mimo iż
      mu wybaczyłam oszustwa, to często mam paranoiczne myśli że znów
      kłamie. Ale on też się zmienił, obiecał szczerość i tak jest. Mówi
      mi najgorszą prawdę. Po tym kryzysie jesteśmy ze soba tak blisko jak
      jeszcze nigdy... Wiem że musi minąć więcej czasu nim zaufa mi
      całkowicie (jak i ja jemu). Póki co mam pracę, jest ciężko, mam dużo
      zmartwień i lęków odnośnie przyszłości, ale jestem szczęśliwa że
      mogę z nim być, że kocham i jestem kochana, że wybaczył mi
      wszystko... Teraz nic nie wydaje mi się niemożliwe.

      Przepraszam że się tak rozpisałam, nie wiem czy na temat, może to
      chore, ale nie miałam komu się zwierzyc. Pewnie i tak nikt nie
      przeczytał moich bazgrołów do końca. Chciałam napisa
      • czita88 Re: puszczanie sie 13.04.10, 20:40

        Chciałam napisać, że ja jestem pewna, iż nic nie może mnie wyleczyć
        oprócz miłości, bez niej życie nie ma sensu, tylko dla drugiej osoby
        możemy się zmieniać, w kontaktach z nią walczyć ze swoimi
        słabościami, rozwijac się akceptując jej wady... Życie samemu ze
        sobą nie jest łatwe, wciąż tęskni się za wielką miłością, najbliższą
        osobą... A jak się pojawia to wraz z nią mnóstwo dodatkowych
        problemów, wyzwań, bólu i cierpienia... Mnóstwo własnych wad. Które
        trzeba pokonać/zaakceptować...
        • iuo Re: puszczanie sie 13.04.10, 22:19
          dobrze ze sie rozpisalas..
          to wszystko czytam i widze cos.
          dziekuje.


          ja chyba nie umiem kochac/zawze wydawalo mi sie ze umiem.ze kocham do
          szalenstwa.gowno prawda.
          nie potrafie.

        • natalele Re: puszczanie sie 14.04.10, 02:05
          Ja przeczytałam całość. Fajnie, że się zmieniasz. Też miałam tak, że tęskniłam
          za miłością, akceptacją, bliskością, ale kiedy to otrzymałam - ranię. On nie
          pozwala mi odejść, bo kocha, a ja nie mam dość honoru, przyzwoitości i odwagi,
          by to zrobić, chociaż ta myśl powraca jak bumerang. Długo by pisać.
      • flying.weronika Re: puszczanie sie 14.04.10, 10:41
        Czytałam wszystko z zapartym tchem....!!!Jak w bajce co zawsze się kończy "Happy end".Nie ważne jest,że się rozpisałaś,czy jak był napisany ten post ale co w nim przekazałaś,wartości ,które zawsze powinny być na pierwszym miejscu.Pisząc to pewnie nie zdawałaś sobie sprawy jak bardzo dajesz siłę do walki.
      • judyta.szymanska Re: puszczanie sie 10.05.10, 22:52
        czita88 napisała:

        > zaczęły się pierwsze mega afery i rozstania "tym razem na zawsze"...

        to dla mnie bardzo ważne, czytałam Twoje posty na forum chyba 10 razy.. bardzo
        przypominasz mi osobę z BPD, którą znam! (poza tym, że ta osoba to facet i nie
        może uprawiac seksu z powodu problemu zdrowotnego)

        Znam faceta od 4 lat, on też jest z rocznika 88, zawsze zrywał ze mną kontakt na
        miesiąc, a później wracał skruszony, jednak ostatnio powiedział mi wprost, że
        tym razem to już definitywny koniec i już nigdy, przenigdy nie wróci i przysięga
        mi to...
        Twój post podniósł mnie na duchu, że mimo wszystko może jednak wróci..
        ale tym razem nie wraca już ponad miesiąc! dokładnie nie ma go miesiąc i 11dni..
        dłużej niż zwykle o te cholerne 11dni.. trochę się obawiam, że to naprawdę koniec.

        Z tego co wiem miał też cechę, której chyba nie masz Ty - miał jakieś chore
        wizje, że jeśli się spotykam z jakimś facetem, to na 100% się dotykamy i te
        wizje go wykańczały - nie powiedział, że to jest powodem rozstania, ale po
        prostu wiem, że tak jest.
        jako powód stwierdził, że nie chce mnie i nie potrzebuje w swoim życiu, bo go
        unieszczęśliwiam swoimi próbami pomocy, bo on nie potrzebuje żadnej pomocy, jest
        szczęśliwy beze mnie, a poza tym moja miłość jest odpychająca...
        ehh... z tą odpychającą miłością to w sumie wiem, że osoby z BPD tak mają.
        Poza tym wiem, że on nie akceptuje moich wad.. i wiem też, że jednak to
        rozstanie było dla niego trudne, bo zwierzył się koleżance, że jest mu ciężko.

        A mimo to nie wraca!!! Czy Ty też, gdy mówiłaś, że to już ostatecznie koniec,
        nie wracałaś dłużej niż zwykle? :(
        Czy czekałaś aż Twój facet o Ciebie zawalczy, mimo tego, co mu powiedziałaś..?
        Odpisz mi proszę! :)
        • czita88 Re: puszczanie sie 13.05.10, 17:14
          W moim związku nie miałam tak długich przerw. Tzn były kryzysy,
          bardzo długie, ale nie tak że się nie widywaliśmy. Gdy wyszło że go
          zdradzam to długi czas nie chciałam już z nim być, bo nie mogłam
          tego znieśc że tak cierpi a ja jestem skończoną *** ... On wtedy tez
          robił głupoty, był chamski i było naprawdę źle... Po awanturach
          chyba tylko raz to ja pierwsza się odezwałam :(. Z powodu wyrzutów
          sumienia, czułam się winna, on się nie odezwał i poczulam że to
          naprawdę może być koniec... Ale to było jakoś po 2 dniach, a nie po
          miesiącu i byłam zaskoczona że odebrał, że chciał ze mną
          rozmawiać... Czasami tez mimo ogromnej złości na niego po jakiś
          strasznych akcjach, gdy mieliśmy kryzys, dzwoniłam żeby sprawdzić
          czy... czy jest, czy nic mu się nie stało, czy żyje (był w strasznym
          stanie...), dzwoniłam raz kiedy nie odbierał nawet do jego kolegi
          sąsiada żeby spytać czy go widział, żeby dał znać jak tylko go
          zobaczy... Ale wszystko dobrze się kończyło.
          Często bywało tak że czułam się okropnie zraniona, miałam wyłączony
          telefon, nie chcialam go znać a on wtedy przyjeżdżał. I z dwa-trzy
          razy wyrzuciłam go wtedy z domu, wyszedł po 5 minutach. Ale kilka-
          naście? razy, prawie zawsze, gdy pogadaliśmy chwilę, gdy go
          zobaczyłam, patrzyłam w te oczy to wszystko we mnie topniało,
          miękłam i kończyło się na przytuleniu :), namiętnym seksie (po paru
          dniach tęsknoty)... Ja nie potrafię być bez niego...
          Nie wiem czy twój facet "zrywał" na chłodno? Bo ja zawsze po jakiejś
          aferze albo gdy się czegoś dowiedziałam... Wtedy "na gorąco" nie
          szło ze mną gadać, gonił mnie kiedyś nawet po osiedlu, krzyczałam że
          ma się od.... i nawet gdy groził że coś sobie zrobi nie ustąpiłam.
          Ale potem to zawsze mija... Wszystko mu wybaczylam...
          Pamiętam jeszcze inne sytuacje w związku z innym facetem. Tyle że
          jego nie kochałam. A on mnie strasznie chyba. I jak raz kazałam mu
          wyp.... to nie odbierałam potem telefonu przez 2 tygodnie choć
          potrafił dzwonić bez przerwy przez 2 godziny... Nic z tego nie
          wyszło choć był gotów wszystko dla mnie zrobić. Parę razy przegiął i
          wiedziałam na bank że nie chcę z nim być. Nie urwalam kontaktu od
          razu calkowicie, były jeszcze spotkania, przygody czy seks. Ale nic
          poza tym.
          Aha , nie mówiłam nigdy nikomu że jestem szczęśliwa bez niego (tak
          jak twój) bo... nie jestem. Jako powód zawsze wymieniałam ich błędy
          (nie zważając w emocjach na moje) + dorzucałam kilka soczystych
          epitetów odnośnie ich osoby, że nikt by nie chciał być z kimś
          takim... A co do przysięgania że już nigdy to raczej sobie niż im...

          Jeszcze odnośnie Twoich pytań to z poprzednimi gdy po awanturze
          siedzieli cicho i nie kontaktowali się ze mną byłam wręcz
          zadowolona, czułam jakby jakiś wielki ciężar ze mnie spadł, lekka i
          wolna. A z moim obecnym partnerem to zawsze mimo woli liczę na to że
          się odezwie, że będzie dzwonił, pisał itp... Gdy mijają godziny a co
          gorsza dni a jego nie ma... Jest mi jeszcze gorzej, przykro, czuję
          się nie kochana, zapomniana, nikomu niepotrzebna... Na ciężkich
          początkach dzwoniłam do bylych, do kolegów, byle nie myśleć o Nim,
          robić coś szalonego, oderwać się od tego wszystkiego, udowodnić
          sobie że On nie jest mi potrzebny, że go nie kocham, że tylko mi się
          tak wydaje... Ale nie udało się nigdy :). Zazwyczaj kończyło się tak
          że siedziałam z tym "innym" a myślałam o Nim, nawet po narkotykach,
          byłam nieobecna, zawsze zastanawiałam się co On teraz robi, czy o
          mnie myśli...
          • judyta.szymanska Re: puszczanie sie 13.05.10, 20:48
            dzięki za wyczerpującą odpowiedź!!! :)
            wiem, że on mnie nie kocha... chociaż jestem jedyną osobą w jego życiu, której
            wyznawał te uczucia w ogóle, a robił to wiele razy.
            Stwierdził, że jest mu łatwiej beze mnie.. więc już nie będę się wtrącać w jego
            życie. :)
            Może następna dziewczyna w jego życiu będzie pełniła tą rolę, którą dla Ciebie
            pełni Twój facet.. :)
            Ogólnie dobrze, żeby każdy znalazł dla siebie kogoś wytrzymałego, odpornego
            psychicznie, ciepłego i kochającego. Chociaż też taka byłam, miałam jednak wady,
            których nie mógł zaakceptować... no i ta zazdrość wszystko psuła.
            Jeszcze raz dziękuje! :)
    • annarchia Re: puszczanie sie 15.04.10, 10:10
      iuo napisał:

      > ostatni rok sie strasznie hamowalem, chcialem zmienic.z psychiatra tez gadalem
      > o swojej nimfomanii.
      > teraz nie daje rady.
      > tak strasznie chce sie z kims kochac a najgorsze ze wszystko mi jedno z kim.
      >
      > ktos tak ma?

      Z "puszczaniem się"? Nie. Za to byłam (byłam - bo obecnie deprecha:/)
      chorobliwie uwodzicielska, kusząca (nie mylić z nachalnością i narzucaniem się,
      o nie) wobec niemal wszystkich facetów. Kolegów, nauczycieli, obcych,
      sprzedawców, znajomych, mężów... Te gesty, słowa, głos, spojrzenia - tylko po
      to, aby rybka nabiła się na haczyk, aby ktoś sobie zrobił nadzieję lub się
      podniecił - i DOBIĆ: Odrzucić. Pozostawić samego. Odejść. Odkręcić się na
      pięcie. Postawa "Możesz sobie tylko popatrzeć". Cholera, często tak robiłam,
      choć "za młodu" raczej nieświadomie, niecelowo. Albo po prostu - dla samej
      satysfakcji, że potrafię przyciągać do siebie.

      Ze wszystkimi się drażniłam, tylko z kilkoma stworzyłam bliskie związki, ale nie
      potrafiłam w nich być na stałe... Po ostatnim mam taki kolec w sercu do dziś, że
      na razie chcę być sama. Mam dość takich "atrakcji" jak bliskie związki, choć
      jednocześnie mam silny głód uczuć, głód bliskości z drugim człowiekiem... :(
      Okropny konflikt...

      iuo napisał:

      > biore lamitrin.nic to nie zmienia.

      Bo to nie o leki chodzi. Chyba, że w przypływie chuci nałykać się tylu
      nasennnych piguł, że się nawet ręką nie ruszy ;)

      Ta nasilona nimfomania czy też uwodzicielstwo bardzo mocno wiąże się akurat w
      BPD z kompleksem Elektry/Edypa. Mała dziewczynka z rozbuchaną seksualnością,
      która chce uwodzić "ojców", bo nie przeszła tego pomyślnie ze swoim... Rachel R.
      z "Uratuj mnie" poradziła sobie z tym m.in. przez przeżywanie swojej
      seksualności wobec terapeuty i mówienie mu o tym. Na pewnej sesji prawie
      przeżyła orgazm i przyznała się mu do tego. Odważna bestyja! :)
      • liwilla8 Re: puszczanie sie 09.06.10, 22:39
        Czytam... i wszystko o mnie. Jakiś czas temu odważyłam się powiedzieć o tym
        terapeutce. Byłam już na dnie. Wysłała mnie do SLAA. To uratowało mi życie.
        • marciatko84 Re: puszczanie sie 09.06.10, 23:35
          Też przerobiłam SLAA bo często zdarzało mi się zakochiwać w osobach
          niedostępnych emocjonalnie i trwać w związkach, które mnie krzywdziły. Jednak
          SLAA mnie nie zbawiło. Border tak naprawdę ma borderline, więc grupy AA, NA, AD
          czy SLAA, mogą jedynie go jakoś wspierać, ale kluczem do rozwiązania problemów
          jest terapia samego zaburzenia. Zajmowanie się uzależnieniem od seksu i miłości,
          bądź alkoholu czy narkotyków jako najważniejszą częścią naszej terapii mija się
          moim zdaniem z celem. My mamy zaburzoną osobowość więc nad nią należy pracować
          kompleksowo.

          Człowiek, który kiedyś prowadził moją terapię też kierował mnie na grupy 12
          krokowe. AA - bo ogólnie czasem zdarzało mi się pić alkohol, czego był
          przeciwnikiem. AD - bo wydawało się, że mam depresję, a miałam borderline. SLAA
          - bo nie radziłam sobie z odrzuceniem, bólem związanym z niszczącymi mnie
          relacjami (co jest objawem borderline). NA - też zapewne by mnie na nie
          skierował gdyby choć raz mi się zdarzyło zażywać. I pytacie co w tym złego, że
          chodziłam na te grupy. A tyle złego, że nie leczyłam się na to co rzeczywiście
          mi było!!! I u mnie nie działało,a jedynie odwracało uwagę od poszukiwania
          prawdziwej pomocy. Chodząc na te wszystkie grupy przeżyłam najtrudniejszy moment
          życia - próbowałam popełnić samobójstwo. Myślę, że grupy 12 krokowe okazują się
          skuteczne, ale nie dla ludzi z borderline. Może uogólniam, może inni jedynie
          przez te grupy wracają do zdrowia posiadając to właśnie zaburzenie.
          • liwilla8 Re: puszczanie sie 10.06.10, 00:23
            Wiem o czym mówisz, nie twierdzę że wyzdrowiałam w SLAA, ale że uratowało mi
            życie, w dosłownym tego słowa znaczeniu.
            Nie mogę pracować nad swoimi problemami nie mając kontaktu z uczuciami i ze sobą
            w ogóle. A wchodząc non stop w destrukcyjny seks czy zauroczenia, znieczulałam
            się i byłam na takim haju że... co tu mówić o jakimś kontakcie z uczuciami!
            Nie miałam pojęcia,że dostarczając sobie codziennie dawkę "narkotyku" nigdy nie
            dojdę do swoich prawdziwych uczuć. To tak jakby alkoholik chciał odbywać terapię
            będąc pijanym.
            Jednocześnie, gdy tylko pomyślałam o rezygnacji ze
            związku/seksu/spotkań/obecności mężczyzny... od razu czułam paniczny lęk przed
            śmiercią. Pustkę nie do zapełnienia. Więc wolałam nadal się zabijać.
            Dopiero w SLAA przy wsparciu innych zdrowiejących odważyłam się skończyć z
            krzywdzeniem siebie. Mam abstynencję. To podstawa mojego zdrowienia bez której
            nie ruszę do przodu. Mogłam wrócić na terapię i zająć się swoją największą
            traumą - na dziś jest to opuszczenie. Być może było coś jeszcze. Wyzwoliłam się
            z czynnego nałogu, wierzę że to mi również odblokuje pamięć. Jestem pewna, że
            było coś jeszcze...
    • dr1985 Re: puszczanie sie 10.06.10, 00:44
      Moja dziewczyna borderka niedawno mi opowiedziała swoją "bogatą" historię o
      swoich wyczynach seksualnych to mi szczena opadła do dołu. Od tego czasu mimo,
      że mnie zapewnia, że ten okres szukaniu w seksie sztucznej bliskości minął to
      stałem się nieufny :/

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka