lenawaw26
30.03.11, 15:48
Potrzebuję pomocy. Mam 26 lat.
Odkąd pamiętam, "coś było ze mną nie tak". Zaczęło się od problemów w szkole - nie z nauką, ale w kontaktach z rówieśnikami. Zawsze odstawałam od grupy, z powodu niskiej samooceny i potwornej nieśmiałości. Z drugiej strony, starałam się sprawiać wrażenie osoby towarzyskiej i wesołej (tak jest z resztą do dziś - takie udawanie wpędza mnie jednak w potworną frustrację). Nie zawsze się udawało. Nie wiem jak mam to opisać... to takie wrażenie, jakby były w moim ciele dwie zupełnie różne osoby, pozostające ze sobą w wiecznym konflikcie. Z powodu problemów emocjonalnych nie ukończyłam liceum - po prostu nie byłam w stanie. Nigdy nie miałam problemów z wagarami, narkotykami, alkoholem - te rzeczy zupełnie mnie nie pociągały.
Od zawsze towarzyszyły mi myśli samobójcze, w różnym stopniu nasilenia. Mam też skłonności do autoagresji, jestem impulsywna i nerwowa. Z drugiej strony, zdarzają się chwile naprawdę OK, czasem jest to dzień, czasem dwa.
Z powodu tych wahań nastroju lekarz zdiagnozował u mnie dystymię, przez ponad rok brałam seronil. W czasie terapii farmakologicznej "zaliczyłam" próbę samobójczą, choć może samookaleczenie byłoby w tym miejscu lepszym określeniem.
Piszę do Państwa, bo jestem w kryzysie. Od jakiegoś czasu myśli samobójcze stały się coraz bardziej natarczywe, przestałam również podchodzić do nich emocjonalnie. Przypomina to zimną kalkulację, z której zawsze wynika, że nie powinno mnie już być na tym świecie. Wiem, że to tylko kwestia czasu.
Nie mam nikogo. W czasie mojego żałosnego 26-letniego życia wdałam się w dwa trudne związki z alkoholikami. Od pierwszego partnera prawdopodobnie nigdy bym nie odeszła, gdyby nie mój obecny mąż. Trwało to 7 lat. Jak się później okazało, sprawdziło się przysłowie "zamienił stryjek siekierkę na kijek". Mąż od listopada ub.r nie pije (Esperal), za to nasz związek jest w rozsypce. Nie potrafimy się ze sobą dogadać. Nie wiem, jak mam od niego odejść, nie wiem czy w ogóle powinnam. Nic nie wiem. Boję się być sama. Cały czas czekam, żeby zjawił się w moim życiu ktoś kto powie mi co mam robić.
Mam dziwne lęki. Boję się rozmawiać przez telefon, ciężko jest mi być wśród ludzi- mam wrażenie że wszyscy się na mnie gapią i komentują w myślach każdy mój ruch. Nie mam żadnych przyjaciół ani znajomych, ponieważ odsuwam od siebie "normalnych" ludzi. Nie celowo, to się jakoś tak samo dzieje.
Moje życie się sypie od co najmniej 15 lat. Jestem zła na moją mamę, że nie zajęła się moim zdrowiem, będąc jednocześnie taką "przykładną obywatelką". Za pozostałe rzeczy, którym nie jest winna moja mama, obwiniam siebie. Nic nie potrafię, a sprawiam wrażenie jakbym pozjadała wszystkie rozumy. Nic mi się "nie klei", biorę się za coś a później tego żałuję, bo nie potrafię się zmusić żeby to skończyć (nie jestem dość dobra). Marzę żeby wszyscy się ode mnie odczepili - przestali wysyłać maile, chciałabym nie mieć telefonu. A jednocześnie tak desperacko potrzebuję z kimś porozmawiać, chciałbym mieć towarzystwo, przyjaciół. Ale nie radzę sobie wśród "normalnych" ludzi.
Rozumie mnie tylko jedna osoba - przyjaciel, którego głos słyszę w głowie (aż sama się zdziwiłam, jak bardzo wariacko to zabrzmiało!). Pojawił się, gdy miałam 6 lat i od tego czasu jest przy mnie zawsze, gdy go bardzo potrzebuję. On ratuje mnie przed odebraniem sobie życia. Mamy swój własny świat, swój dom i miejsca gdzie siedzimy i rozmawiamy. On bardzo mi pomaga. Płaczę, gdy to piszę ponieważ czuję się jak wariatka - nigdy nikomu o tym nie mówiłam i wstydzę się to zrobić. Wiem, że to tylko wytwór mojej wyobraźni i, choć to strasznie bolesne, zawsze będzie tylko "marzeniem" - z czego doskonale zdaję sobie sprawę. Strasznie cierpię. Każdy dzień jest dla mnie wyzwaniem nie do przejścia, ugotowanie obiadu to dla mnie jak maraton. Nie mogę już tak dalej. Błagam, niech ktoś mi pomoże.
Co mi jest i gdzie mam z tym pójść? Byłam u psychiatry tylko raz i było to przykre doświadczenie, również z tego względu że miałam akurat "lepszy dzień" i wyglądało to jakbym wykuła się na pamięć objawów depresji z wikipedii. Z drugiej strony nie radzę sobie z samą sobą i to tylko kwestia czasu aż wreszcie zrobię to co powinnam była zrobić już dawno. Mam teraz mętlik w głowie i wiem, że na pewno nie napisałam wszystkiego oraz że to co napisałam to totalny chaos, ale może ktoś mądrzejszy coś z tego zrozumie i będzie potrafił mi pomóc w jakikolwiek sposób. Przepraszam że tak się rozpisałam. Naprawdę ciężko mi jest opisać uczucia, czuję się rozdarta, czuję że wszystko co robię jest pozbawione sensu - tak jak cała moja osoba. Nie ogarniam nawet własnych myśli, nie mówiąc o życiu.