Dodaj do ulubionych

Bordowa TOZSAMOŚĆ :))

10.03.13, 00:20
Ja jestem acting-inem...właściwie czasami zazdroszczę outowcom (głupio i bez sensu to oczywiscie brzmi, ale takie mam wrażenie) . To co w Was wybucha i "wydalacie na zewnatrz" , w In-owcach zostaje w środku.Ja sie przecież dostosuje, nie wchodzę w konflikty, jestem kochana, sympatyczna i miła- to co mnie uwiera, czy boli, czy nie odpowiada zmenedżuje sobie potem w środku...oczywiscie majac do dyspozycji caaaaaaaaały bordowy arsenał. Na terapii dopiero uswiadomiłam sobie co to znaczy owo "zagubienie w lustrzanym odbiciu". Bo mnie nie ma. Kiedys usiłowałam stwierdzić -OK, tak, JA to........-i w miejsce kropek wstawic, to, tamto, chcę tego, nie chcę tamtego- żeby stworzyc taki rdzeń siebie...zdefiniować jakoś. Nie ma tego. Jestem w kawałkach Jestem po kawałku dla każdej osoby, w jaką wchodzę w interakcje. Jak kameleon- przyjmę barwę tego, z kim akurat cokolwiek mnie łączy. Droga osobo wchodząca w interakcje ze mną... ja staję się taka, jak myslę, że ty sobie mnie mógłbyś wymarzyć. Jak ty oczekujesz. Staram sie zobaczyc siebie twoimi oczyma, wyobrazic sobie...jak najidealniejszą mnie ty bys sobie wyobraził i taka sie staję. Oczywiście NAJIDEALNIEJSZĄ- poprzeczke trzeba ustawić, a jak sie temu wyobrażeniu nie dorasta...to sobie albo dokopię, albo ci zniknę...zanim tylko zdążysz zorientować sie, że właściwie to byłam oszustką, bo nie jestem idealna i zobaczysz, jak beznadziejna jestem na prawdę. Ale bord nie udaje, nie oszukuje..... ja NAPRAWDĘ taka jestem kiedy jestem z tobą. Bo mnie jako mnie nie ma- ja STAJĘ sie dopiero w interakcji. Interakcja jest katalizatorem, który sprawia, że bord przyjmuje kształt. Nie ma w tym wyrachowania, manipulacji- zatem-dla każdej osoby, z która cokolwiek mnie łączy...jestem w innym wydaniu- skrojonym wg jej oczekiwań, moich wyobrażeń na temat jej wyobrażeń....skomplikowana konstrukcja :D ...taki border on demand...jak jakaś plazma ;-)) przyjmę taki kształt, jakiego oczekujesz ode mnie....inaczej: jaki ja myślę, że ty oczekujesz...jestem w tym idealna, wyczytam cię i sie dostosuję...ba- ja nawet wyjdę o wiele dalej niż nawet sobie zamarzysz ..Staram sie powoli odkrywać kawałki siebie. To aż zaskakujace czasami...jak to mówi moja pani dr- być przy sobie. To odkrywcze, kiedy przebiegnie mi mysl w głowie, czego np ja JA chcę w danej sytuacji. Ogromnie duzo mi brakuje jeszcze do zbudowania swojego rdzenia i odkrycia tożsamości, tego kim jestem.....jak jest u Was?
Obserwuj wątek
    • bagbie81 Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 10.03.13, 17:00
      Cześć, mam dokładnie to samo. W moim ostatnim (nieudanym) związku własnie tak było. Odgadywałam wszelkie sugestie i starałam się desperacko dopasować. Ale nie udało się, on sie zorientował. Zostałam oskarżona o oszustwo. To, ze ja nawet sobie kłamię do tego stopnia, ze nie wiem kim jestem nie wpłynęło łagodząco na sytuację, a jeszcze ją pogorszyło. Strasznie to przeżyłam, bo zaangażowała sie na 100 %.

      Pewnie jest to związane z brakiem własnej tożasmości. Ja zawsze miałam bardzo silne wizje własnego rozpadu, na pograniczu halucynacji. I przesladujące mnie koszmary, że przeglądam sie w potrzaskanym lustrze. Więc rozumiem naprawdę bardzo dobrze co czujesz, rosmam.
      • mala1116 Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 10.03.13, 17:11
        ja jestem zarówno jednym jak i drugim.......wybucham ,atakuje po to by później winic siebie i karać za wszystko ....jestem już dorosła(teoretycznie) więc nie wypada się ciąć by uśmierzyć swój wewnętrzny ból...ale ile razy mialam sznur na szyji...to wie tylko ten któremu jest równie źle jak mi....boli jak się czyta bo "border" rani,krzywdzi i wogóle jest bee....ale to jak my cierpimy jest nieporównywalne z niczym....
    • czita88 Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 10.03.13, 21:24
      rosmam napisała:

      "Bo
      > mnie jako mnie nie ma- ja STAJĘ sie dopiero w interakcji. Interakcja jest kata
      > lizatorem, który sprawia, że bord przyjmuje kształt."

      Chyba się z tym zgodzę, mam podobnie, z tym, że całe życie wmawiam sobie, że jest inaczej, że mam wszystkich gdzieś, uciekam od tego co opisujesz. W żadnej relacji nie potrafię się odnaleźć, żadna nie spełnia w pełni moich oczekiwań, w efekcie każdą gardzę, niszczę i zaniedbuję, testuję i porzucam. W głowie mam ideał z marzeń, książek, filmów, a nawet poskładany z fragmentów wspomnień, ideał, który nie istnieje... Non stop o nim fantazjuję i czekam na niego, wmawiając sobie równocześnie, że nie potrzebuję nikogo. Nie wspominając już o tym, że po wielu porażkach wreszcie zauważyłam, że to ze mną jest coś nie tak i to ja jestem przyczyną tych porażek.

      "Droga osobo wchodząca w interakcje ze mną... ja staję się taka,
      > jak myslę, że ty sobie mnie mógłbyś wymarzyć. Jak ty oczekujesz. Staram sie zo
      > baczyc siebie twoimi oczyma, wyobrazic sobie...jak najidealniejszą mnie ty bys
      > sobie wyobraził i taka sie staję."

      Hohoho, według mnie trochę się zagalopowałaś. Wydaje mi się, że absolutnie nie mamy na względzie czyichś oczekiwań, choć jak najbardziej bierzemy je pod uwagę ;). Chodzi tylko i wyłącznie o nasze oczekiwania. Zachowujemy się w danej chwili w taki sposób, aby otrzymać wzamian to, o co nam chodzi (podziw/ troskę/ współczucie/ zainteresowanie/ złość/ uśmiech/ dotyk/ informację/ przysługę/ święty spokój). Pozujemy na takich (lub jak kto woli, ukazujemy taką, a nie inną stronę), za jakich chcemy być przez daną osobę postrzegani. Najbardziej irytujące i najdłużej tkwiące w pamięci są ludzie "niezłomni", niepodatni na poddawanie ich różnym zabiegom, nieugięci, zamknięci na cztery spusty w swoim świecie, będący sobą a nie tym, kim mają dla nas być. Zagadki, których za cholerę nie idzie "rozkminić".

      U mnie dotyczy to głównie relacji damsko-męskich i tych w miejscach pracy, w innych z kolei od paru lat często wybieram bierność i dystans, bo... bo mam je gdzieś i mam gdzieś opinię tych osób.

      Najbardziej "naga", zdemaskowana, czułam się chyba podczas spotkań z psychologiem, wszystkie bebechy na wierzchu, rozsypana układanka, nie było za czym się schować, czym odwrócić uwagi.
      • rosmam Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 10.03.13, 23:00
        "Hohoho, według mnie trochę się zagalopowałaś. Wydaje mi się, że absolutnie nie mamy na względzie czyichś oczekiwań, choć jak najbardziej bierzemy je pod uwagę ;). Chodzi tylko i wyłącznie o nasze oczekiwania. Zachowujemy się w danej chwili w taki sposób, aby otrzymać wzamian to, o co nam chodzi (podziw/ troskę/ współczucie/ zainteresowanie/ złość/ uśmiech/ dotyk/ informację/ przysługę/ święty spokój). Pozujemy na takich (lub jak kto woli, ukazujemy taką, a nie inną stronę), za jakich chcemy być przez daną osobę postrzegani. Najbardziej irytujące i najdłużej tkwiące w pamięci są ludzie "niezłomni", niepodatni na poddawanie ich różnym zabiegom, nieugięci, zamknięci na cztery spusty w swoim świecie, będący sobą a nie tym, kim mają dla nas być. Zagadki, których za cholerę nie idzie "rozkminić"."


        Tak, nasz rację-tutaj idealnie sie zgodzę. Moim celem "przyjmowania" kształtu jest zaspokojenie samej siebie :) Zaspakajam sama siebie tym, że myślę, że ktoś mnie w dany sposób postrzega-w taki sposób, w jaki ja chciałabym...tak-masz rację.Łączę to jednakże z moim wyobrażeniem czyjegoś wyobrażenia ideału- bo jestem tak kosmicznie podłechtana tym, że ktoś może we mnie widzieć jakiś rodzaj boskiej istoty ;-)).Ja to nazywam byciem czyjąś tęsknotą za bezkresnym morzem ;-)) Oczywiście, zachowanie tego obrazu możliwe jest tylko i wyłącznie z daleka. Dlatego nie dajemy się zbliżyć- bo w zbliżeniu ten ktoś zobaczy tę żałosność i to, ze oszukuję i ze właściwie to jestem beznadziejna, nudna...<wstawić prawidłową odpowiedź> (jak ja uwielbiam ten walnięty, bordowy tok myślenia...;-)) Ale zgadzam się w 100%....właściwie to cały czas chodzi o nasze ego :)) Ale ponownie-nasze ego odbija się w czyichś oczach, i też dotyczy to głównie stosunków damsko-męskich, nie tylko na płaszczyźnie relacyjnej, ale też w pracy i w pozostałych aspektach...ale wiesz, ja też mam w sobie np czasami taką pogardę do ludzi. Ludzie w swej masie mnie...nudzą. Chyba jak wielu bordów ja mam....powiem wprost-niesamowity umysł ;-)) w sensie tak dziko galopujacej wyobraźni, nieopanowanej wielowątkowosci myslenia, równoczesnosci, wielości procesów, zainteresowań, wiedzy jaką chłonę, swoistej synestezji odbierania świata- np ja jestem muzycznym świrem, ale ja czuję tę muzykę, czuję ją na poziomie absolutnie fizycznym, umyslowym, widzę ją, kalejdoskop obrazów, potrafię dostać orgazmu słuchajac czegoś co mnie rusza!! ja bez kwasu osiągam stan, jaki ludzie mają dopiero po spożyciu jakichś dodatkowych substancji ;-)) to jest, jak ja to nazywam, hipermózgowie ;-))-nadmiar i nadmierna aktywnosć zwojów ;-)) Marzę o lobotomii wręcz...bo to potrafi męczyc- jak jakaś nieustająca psychoza.....
        ...i właściwie nie staram sie dla wszystkich- masz racje. hmmm...to kolejna odnoga tego tematu, którą musiałabym przemysleć ....;-))...bo mało kto za mną nadąża, mało kto łapie choćby niteczkę w moich wątkach, albo przynajmniej zdaje sobie sprawę, że myślę inaczej niz reszta ludzkości i z szacunkiem stwierdza, ze nie nadąży (:D....a w myslach dodaje, ze trzeba mnie zamknąć w Tworkach ;-))...ergo- do większości ludzi czuję...sama nie wiem...pogarda to może za mocne słowo, ale jakiś taki dystans, znurzenie, są dla mnie beznadziejną, nudną szarą masą....?
      • brz_a_sk Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 12.03.13, 00:11
        kolejny świetny Twój post

        szacun Dziewczyno

        Ty musisz niesamowicie nad sobą pracować
        podziwiam
        • brz_a_sk Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 12.03.13, 11:26
          mój wpis dotyczy czita88 :)
        • czita88 Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 13.03.13, 23:05
          Hej,
          dzięki za hmmm uznanie? Choć ja tylko stwierdzam fakty, a raczej opisuję to co widzę po swoim przykładzie, po zachowaniu w różnych sytuacjach i relacjach... Wydaje mi się, że absolutnie nigdy przebywając i rozmawiając z drugą osobą nie byłam sobą, a może raczej nie czułam się sobą, albo jeszcze inaczej - zawsze bałam się utracić kontrolę i pozwolić sobie na bycie sobą. Nawet pijana zastanawiam się jak wyglądam z boku, staram się wpłynąć na to jak jestem odbierana. Nawet jeśli mam to gdzieś, to wciąż o tym myślę, że mam to gdzieś. Paranoja.

          Raczej nie mogę powiedzieć, że pracuję nad sobą :(... To rozmyślanie i analizy to jedynie efekt niedoboru bardziej autodestrukcyjnych czynności.... Unikam stresu na swoje sposoby, ale nie leczę się.
          Co z tego, że widzę jak było i jest, dlaczego wszystko się waliło, jak bardzo pojebana jestem... Lepiej mi było, kiedy byłam ślepa na to wszystko, naprawdę :(.
          • brz_a_sk Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 14.03.13, 01:35
            a wiesz, że ja też mam takie wrażenie, z gdyby mnie tak porozkładać to oszalała bym

            trudność chyba jest w składaniu, a nie rozdłubywaniu

            nie przeczę, że kolejność jest jedna - wydłubać to co potem trzeba rozsupłane wsadzić z powrotem i zaszyć - chodzenie z flakami na wierzchu odbieram jako pomysł destrukcyjny, z każdego z powodów jaki przychodzi mi na myśl - operacja wywlekania flaków
            nie powinna zawisnąć w próżni
            może jak dziś kamienie z z lewej nerki to migdałkami chwila nie rozdrapywać?

            czita - jeśli masz cierpliwość spróbuj mi powiedzieć jak to jest - to chodzenie obok siebie masz absolutnie zawsze? i od zawsze?
            ja też analizuję siebie, oceniam ale destrukcyjnie to robię tylko wtedy gdy mi ktoś dołoży - to parze z boku na siebie :) albo kiedy idę odegrać ważną rolę ; zmieniam się jeszcze kiedy udzielam sobie urlopu - patrzę na siebie z wyrzutem i wyuczonym pytaniem : 'a prosił cię ktoś?' no to jak sam chciałaś to sobie sam podziękuj i nie licz na nic; na takim urlopie pilnuję się, by być inną niż mam ochotę; :)
            wiadomo te emocje ni myli nie sa na takim poziomie jak Twoje ale wydaj mi sie że cokolwiek jestem w stanie sobie wyobrazić by rozumieć o czym piszesz - koryguj jeśli coś jest bzdurą

            pytam o to bo często słyszcie taka receptę - cackasz sie ze sobą, to nie choroba tylko nuda, weź się za łopatę to ci przejdzie
            idiotyzm nie mam wątpliwości i lenistwo osób tak gadających - byle co plotą!

            zastanawiam sie natomiast, jak Ci się wydaje czy to ma jakikolwiek sens - czy gdybyś miał obok siebie osobę, która dba byś miał ścisły prosty plan - czyli nie masz stresu, dostajesz krótkie męczące ale czytelne zadania i zasuwasz do upadłego - wyłączyła byś czitę zewnętrzną?

            jeśli nie jasno pytam to nie opowiadaj - dopytaj albo zostaw do kosza pytanie

            walcz o siebie :)
            • czita88 Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 15.03.13, 22:34
              "jeśli masz cierpliwość spróbuj mi powiedzieć jak to jest - to chodzenie obok siebie masz absolutnie zawsze? i od zawsze?"

              Niemal zawsze, od zawsze. Odkąd pamiętam, tylko kiedyś nie widziałam w tym nic dziwnego, myślałam, że może wszyscy ludzie w środku tacy są. Teraz też często zdaje mi się, że wszystkie relacje między ludźmi to jedna wielka gra, zwłaszcza, jak tak sobie obserwuję z boku. A najczęściej po prostu obserwuję.

              Zdarza mi się zapominać, czuć swobodnie, itd., pewnie, gdyby nie te momenty to chyba bym już w nic nie wierzyła i o niczym nie marzyła, za niczym nie tęskniła.
              A ta ciągła "spina", blokada i samokrytyka nie zawsze jest destrukcyjna, tzn. nie zawsze czuję się jak ostatnie gówno za przeproszeniem, zdarza mi się, i wcale nie sporadycznie, czuć się sporo wartą dzięki jakimś chwilom czy relacjom, chodzi o to, że nawet kiedy już jest mi dobrze, to tłumię to w sobie, zastanawiam się, czy nie robię z siebie idiotki, a nawet jeśli robię z siebie czasami idiotkę, to robię to w taki, a nie inny sposób! Kiedy wracam wspomnieniami do jakichś momentów, istotnych chwil, itd., zawsze analizuję wszystko co się da, zastanawiam się jak byłam odebrana i co ten ktoś miał w głowie.... Mogę się tak dręczyć latami. Za to jeśli jest to jasne, to nie ma do czego wracać, zapominam błyskawicznie o osobach, które nie stanowiły zagadki i/lub wyzwania.

              W pracy fizycznej czy kiedy się ruszam, to pewnie, że zapominam o tym kim i jaka jestem, dlatego bardzo mi to pomaga, ale jeśli wiem, że ktoś mnie obserwuje, to czuję się automatycznie oceniana, i to denerwujące napięcie (a czasami podekscytowanie) wraca.

              Z chwiejną samooceną ciężko jest się poskładać. Nigdy nie czułam się częścią czegoś większego ani konretną całością. Swojego ciała też nigdy nie akceptowałam w całości, nie miałam w głowie jego scalonego obrazu, do dzisiaj kilka razy dziennie przekonuję się w lustrze, czy nie jestem gruba, itd. Ja nie sprawdzam, czy nie wyglądam grubo, tylko czy taka nie jestem, czy mi to nie umknęło. Mam problem z takimi banałami, a co dopiero z określeniem swojego wewnętrznego ja, swoich uczuć, dążeń.... Dlatego, zgadłaś, lubię być wykończona, bo wtedy wiem czego chcę i wiele mi nie trzeba, czuję swoje ciało, w dodatku jestem zadowolona z siebie, i zwykle mam w dupie to jak wyglądam.

              "> walcz o siebie :)"

              Może byłabym w stanie walczyć o jakąś nową mnie, bo tę dotychczasową z przyjemnością wdeptałabym w glebę.

              No właśnie. Mimo, że często czuję się ze sobą ok w danym momencie, to potem patrząc na te same chwile wstecz, widzę tylko to, co mogłam zrobić inaczej, co zrobiłam beznadziejnie i czego nigdy nie powinnam była robić. Kiedyś gnałam na przód upychając cały ten syf za plecami, nie oglądałam się za siebie, nienawidziłam tego, okłamywałam się, oskarżałam innych i użalałam nad sobą. Aż w końcu dobiegłam na koniec wszystkiego, zrobiłam w tył zwrot i teraz widzę tylko ten najczarniejszy syf, katuję się nim każdego dnia, już nie potrafię myśleć o tym co będzie, myślę tylko i wyłącznie o tym, co mogłoby być, gdyby nie ja ;(. Rozpierdoliłam dotychczas wszystko i często mam ochotę dokończyć dzieła, tym razem celowo i świadomie, zniszczyć siebie.
              • insekret Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 16.03.13, 11:09
                Ciężko mi odróżnić ... samoocenę...od tej podświadością sugerowanej ...zaczerpniętej z przekonań "powinnaś" we mnie zasianych.
                Rozrosły się w potężne krzaki.
                Próbuje pielić.
                Idzie...marnie.
                Może lektura " Żyj wystarczająco dobrze " pomoże.
                Szukam.

                Osobistej tożsamości nie posiadam.
                Ludzie mnie jakoś odbierają.
                Coś im się układa, jakiś obraz.
                Pewnie każdemu inny.
                Ja swojego...szukam.

                Może w tym zasadniczy problem. Może nie trzeba szukać ? Może trzeba zobaczyć i ... oddychać słońcem ? Ono opromieniając ...pozwoli zaakceptować.

                Co zrobić w pochmurne dni ? zlać się z mgłą i szarością...wtopić...nie szukać.

                Wystarczająco dobrze...może dowiem się...zrozumiem...wchłonę...przeczucio/poczucie...co to znaczy
              • brz_a_sk Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 16.03.13, 13:13
                bordy fajnie dziwią się czasem -"a to każdy tak ma?"
                każdy czasem patrzy na siebie z boku; myśli, a gdyby, a jakby, a czemu ja tak i wraca
                no jak już dobrze się zaweźmie to ma pewność, ze został filozofem
                i nic w tym złego
                choć podobno współczesny filozof nie może być nie odjechany - za wiele tego do przemyślenia

                analizowanie jak nas widzą jest dobre kiedy hamujemy w ocenie siebie na rzecz po refleksyjnego udoskonalania się inaczej kołowrót bezmocy wciąga i bezsensowna destrukcja obejmuje we władanie;
                samoocena bezustanna dozwolona jakiekolwiek uwagi z zewnątrz kategorycznie nie dopuszczalne - to jest ciekawe;

                gdyby tak wydawać sobie na siebie zgodę - to uszanuję choć wydaje mi się ekstremalne, a tego nie :) ; może warto jakoś ponazywać swoje niezgody na siebie - życzliwie w miarę?

                każde uogólnienie "jestem beznadziejna" w sumie jest łatwizną - ucieczką ... na pewno wiesz o czym gadam

                przedwczoraj słuchałam o czasie i myślach - wybieram zawsze uważnie z tego co słucham to co moje a co nowe i to dzielę na do zaakceptowania i resztę - nie oklejam się cudzymi plastrami, na żadne gwałtowne zauroczenia nie mam zapotrzebowania; ale jak "w tym coś jest" znajdę to lubię sobie z tym pochodzić i pomyśleć
                www.youtube.com/watch?v=-GCkytxs6w4 tu niewątpliwie do wsłuchania
                www.youtube.com/watch?v=ZZsA7abe1V0 a ten gość dobrze gada - poszperaj jeśli chcesz - gada dużo o tym jak docenić dziś ; wydaje mi się, że to co mówi o tym, ze wszystko co dla nas ważne to to co w tej chwili mamy w głowie więc na tym trzeba sie skupić i to zmienić - tylko to;
                oczywiście ma wiele wad to co on opowiada - spoko namawiają do bycia świadkiem nie uczestnikiem itd cwaniakuje, pędzi co ma robić wrażenie, że o prostych oczywistościach leci - he he - trzeba czujnie jak to on nazywa znać zasady gry ale żyć naprawdę poza grą
                a to jeszcze może poczytaj sobie o grach miedzy ludźmi ;

                czasem zamęcza nas coś co mają wszyscy a nam się wydaje, ze to tylko my
                ha ha to coś jak z wmawianiem grzechu dziecku
                (żebym nie zapomniała - fajne piszecie - czytam co najmniej dwa razy, i sobie myślę )
    • non-grata Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 16.03.13, 13:01

      Mam imię, wzrost, wagę i personalny genom.
      Swoją krew, swoje blizny,
      obraz zza brudnej szyby.

      Kiedy powiedzieli "dekompensacja tożsamościowa" nie zmieniło się nic.

      Kiedyś tożsamość wycinałam sobie na skórze pierwszymi literami imienia, lub słowem "ja", by nie odlecieć, nie stracić się doszczętnie i pamiętać swoje imię, bo imię było całym moim jestestwem.

      Wiem, czym jest to patrzenie z boku.
      Wówczas potrafię opisać swoją sylwetkę, wierzchność dobrze, obiektywnie, skrupulatnie.
      Wówczas naprawdę wiem, jak wyglądam.

      Nie wiem, jak wyglądam,
      zmieniają mi się oczy, włosy, usta, skóra, wzrost i waga.
      Brak aksjomatów,

      choć czasami znam swoją fizyczność i potrafię opowiedzieć jednoznacznie, niuansowo, i nie ma tu deprecjacji.

      Brak możności przypisania sobie cech stałych, określających, wszystko zależne, wietrzne, przejściowe.
      Nic.
      NIC.

      Ciężko wypracowuje się tożsamość zbierając z odłamków.

      Ciężko tworzy się tożsamość, gdy dotąd próbowało się istnieć w negacji innych, czy samych opinii.

      W zwichniętym poczuciu solidnej odrębności, nietykalności być istniejąc tylko w buncie, zaprzeczeniu, ostrej negacji unaoczniając siebie silną i autonomiczną, ba - autarkię pierwszorzędną.
      Drżąc przy każdej relacji o granice.
      Strach przed uleceniem, stopieniem się z drugą osobą, przerażenie przed wchłonięciem, ergo - znowu znikam, bo pojawia się druga osoba. Staję się własnym tłem, zaraz mnie nie będzie.

      Konieczność cudzych opinii, osądów, by móc odnosić się, zatwierdzać (na chwilę), niweczyć, niszczyć, leźć w przeciwnym kierunku (bywało, że zawsze do tego sprowadzałam się).
      By zdobyć sekundowy wgląd i punkt widzenia cudzych-moich oczu, przyjąć to, co minusowe, wartościujące spalić.

      Tożsamość negatywna, wydrapywana przez zaprzeczenia.

      Staram się pozytywnie.

      Umacniając własne limitacje, choć nierzadko agresywnie wobec innych, bo bojąc się o siebie;
      co lubię? - dochodzenie do poprzez początkowe: czego nie lubię?,
      swój styl, yhy, on istniał od zawsze, podług nastroju - nade wszystko.

      Zaczynam dziabać sobie siebie,
      mnie niezależną, lecz - już nie fasadową i zakłamanie nietykalną.
      Dziabać sobie siebie dla mnie, bez cudzych opinii.

      Ciężko, ale coraz częściej udaje się....

      PS

      Nigdy nie dostosowywałam się, choć dostosowywałam się zawsze.
      Początkowo, na wstępnych etapach "musiałam", by wyczuć drugą osobę, wiedzieć, na ile, co mogę,
      dalej - potlacz. Bunt i ostrzał karabinowy, bo tylko ja widzę prawidłowo, chociaż jestem ślepa.

      Kiedyś mówiłam: "jestem sobą, jestem tobą".
      Dziś mówię: "próbuję być sobą, ciebie współodczuwam, lecz jestem odrębna".

      Wydaje mi się, że w dużej mierze właśnie tak...


      Nie jestem idealna.
      Nie zamierzam być. Wobec nikogo.
      Gwiżdżę na powinności (rodzaju: powinnaś zmienić to i to, głównie zewnętrznie), jeśli ich nie czuję, lub - nie mam świadomości, iż byłyby dobre, konstruktywne, zdrowe.
      • brz_a_sk Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 16.03.13, 13:31
        młodzieńczy głód pewności - no jak to jest - ludzie chcę wiedzieć coś na pewno

        to zaleta nie wada i tak nie wielu ma to zachowane w spierniczeniu wiekiem

        nieznośna młodość

        nie zwalczajcie tego w sobie - docencie by łatwiej było znosić

        tylko ten kto pyta jak żyć by być, jakim się stawać, co w sobie karmić a co ma uschnąć
        i co ciekawe - co drzemie

        kiedy popatrzysz o czym piep* na imieninach u cioci albo na imieninach u statecznych -dziestolatków to pojmiesz co w Tobie bezcennego - wcale nie chcesz w te stronę

        pielęgnuj swoje nieznośności - polubione stają się nieodzowne

        jaka jesteś naprawdę - pytająca
        wolała byś być w pełni ukształtowaną skamienialinką? - taki na zawsze odciśnięty spokojny, trwały, jasny, doskonały, skończony - upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/7d/Ammonite_Asteroceras.jpg
    • w0lnanazwak0nta Re: Bordowa TOZSAMOŚĆ :)) 20.03.13, 13:28
      Witajcie :)
      Czytam Wasze posty i rodzi się we mnie ogromny sprzeciw wobec tego samo piętnowania : jestem beznadziejny, jak kameleon itd... No ja się pytam : co jest beznadziejnego w kameleonie? Kameleon jest absolutnie doskonałym, fantastycznym, intrygującym stworzeniem , potrafiącym to czego inne zwierzątka nie potrafią :) Każdy jest ciekawy kameleona, kameleon jest charakterystyczne jak mało co, a charakterem i atutem kameleona jest to że się zmienia. Aktorzy też ciągle się zmieniają i nikt im tego nie zarzuca, bo to jest atut aktora. A ja jestem Border i tez się zmieniam, ale oprócz tego, tak jak kameleon i aktor daję przy tym ludziom dużo radości i pozytywnych emocji ... no nie ma stworzeń idealnych i ja też nie jestem, a ONI są idealni?
      Nie udają, nie ranią, nie kłamią? Robią to, tylko nie mają tej skłonności do samo piętnowania co my, i nie robią z tego takiego wielkiego problemu. Oni powiedzą skłamałem to co ale cię kocham, a my powiemy: skłamałem jestem straszny, podły, ranie i czuję się z tym tak strasznie, że idę się schować w skorupce i nie pukaj bo i tak nie otworzę ;) I absolutnie się nie zgadzam, że jestem jakaś szczególnie zła, i że świat cierpi najbardziej z mojego powodu, bez przesady ... ;P
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka