hogsmade
05.10.16, 01:33
Mieliście wrażenie, że wasi partnerzy z BPD absorbowali każdą waszą wolną chwilę? Często miałem w związkach tak, że chciałem, żeby partnerka spędzała ze mną więcej czasu, ale to w jaki sposób borderka potrafi przykleić się i pochłaniać upływający czas to jest coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Lubię spędzać czas z partnerką, to jest OK, ale jeśli ten czas jeszcze upływa w miłej atmosferze, natomiast za fenomen mojego związku z partnerką z borderline uważam sposób w jaki czas nam upływał często bezproduktywnie. To były na prawdę ogromne ilości czasu wolnego zupełnie spędzone bez sensu. Oczywiście mnóstwo czasu spędziliśmy też na ciekawych rozmowach (to raczej na początku), później to głównie oglądanie filmów, seriali, imprezy, sex, kłótnie. Ja obserwowałem jej styl życia i na początku byłem pewny, że to tylko chwilowe marnowanie czasu, a później będzie spędzała czas aktywnie (albo chociaż trochę aktywniej niż do tej pory). To czym mnie zaskoczyła, to spanie do popołudnia, chodzenie spać w środku, gnicie w łóżku całymi dniami i brak chęci na cokolwiek. Tak, teraz jak sobie rozmyślam, myślę, że to jest dobre określenie - brak chęci na cokolwiek. Tak więc czekałem i obserwowałem, kiedy w końcu wróci do normalnego trybu życia (bo byłem na prawdę przekonany, że to tylko chwilowa dysfunkcja). W końcu zacząłem zwracać uwagę - może zaczniesz chodzić trochę wcześniej spać i trochę wcześniej wstawać? Jak wcześniej wstaniemy to możemy zacząć dzień szybciej, pójdziemy gdzieś, wykorzystamy ładną pogodę... Tymczasem, ona dalej ustawiała budzik na 11.30 i z co półgodzinną drzemką, aż w końcu wstawała o 13.00. Okej, ja też lubię dłużej czasem pospać, zresztą nie należę do porannych ptaszków, ale żeby codziennie wstawać o 13.00? W tym czasie ja zdążyłem, wstać, umyć się, pójść do sklepu, zrobić śniadanie i przynieść jej wraz z kawą do łóżka. Po 13.00 wstawała, włączała kompa, zwlekała się z łóżka po 14.00 i przy dobrym humorze szła się umyć. Wracała i pytała co będzie na obiad... :/ Czasem to były na prawdę zmarnowane całe dnie. Później kolejne wyjście po zakupy, robienie obiadu i wieczorem dopiero była ogarnięta. Nie miała depresji, po prostu nic jej się nie chciało. Przed wyjściem do muzeum, na imprezę czy gdziekolwiek zawsze zniechęcona pytała, czy na pewno chce mi się tam iść. W dodatku mimo tego marnowania czasu pytała, czy zrobimy sobie kiedyś taki dzień, żeby w ogóle nie wychodzić z domu, tylko siedzieć, oglądać seriale i nic nie robić... przecież i tak nic nie robiliśmy o_O Natomiast, kiedy wychodziłem gdzieś sam przejść się na spacer to smsy i telefony, kiedy wrócę. Jak wychodziłem z kimś innym, to fochy i niezadowolenie. Jak tak z perspektywy czasu o tym myślę to nawet ten opis nie wydaje mi się taki zły, dziewczyna chce spędzać każdą wolną chwilę z chłopakiem, pyta kiedy wróci, wszystko niby fajnie, gdybym tego nie przeżył to pewnie bym tak chciał... tylko, że to wcale fajne nie było. To było zwyczajnie nudne i irytujące... no bo rozumiem jeden dzień w tygodniu, no nawet cały weekend, ale to było 7 dni w tygodniu przez 3 miesiące, bo tyle mieszkaliśmy razem, a później do tego doszły jazdy, przemocowe zachowania, poniżanie itp... Oczywiście przez ten czas byliśmy także w ciekawych miejscach, na fajnych imprezach, na wycieczkach, nie spędziliśmy całych trzech miesięcy w domu ;) Mówię ogólnie, jak to wyglądało. Taki był generalnie schemat dnia. Ciekawy jestem, czy w waszych związkach było podobnie, czy to tylko w moim przypadku tak wyglądało.?
Pewnego razu, jak udało mi się doprowadzić do tego, żeby spędzić jeden dzień samemu, bez niej, to poszedłem do marketu, chodziłem pomiędzy regałami i śmiałem się, czułem taką niezwykłą radość, wolność, euforię, chodziłem po markecie i wyglądałem zapewne jak oszołom, który uciekł z wariatkowa, śmiałem się sam do siebie. Kupiłem sobie lody, tylko dla siebie, usiadłem sobie sam na ławce i jadłem te lody... niesamowite :) Niesamowite, dlatego, ponieważ, kiedy chciałem spędzić trochę czasu samemu, wzbudzała we mnie poczucie winy. Jak wychodziłem od niej o północy, to dawała mi do zrozumienia, że za mało czasu z nią spędzam... a przecież spędzałem z nią całe dni i często przychodziła spać do mnie, ale czasem chciałem też pójść do siebie, położyć się na swoim łóżku, sam, włączyć kompa, zjeść czekoladę, nie wiem... zeżreć paczkę chipsów, zaszyć się w swoim pokoju i odłączyć się od świata, chociaż na jeden dzień, na jeden wieczór... no bo przez trzy miesiące spędzałem z nią każdą chwilę. A ona była na prawdę strasznie niezadowolona, że o północy wychodzę i mówiła do mnie "muszę sobie znaleźć inną przytulankę". Czułem się wtedy winny. A jak raz pojechałem ze znajomymi na wycieczkę bez niej, bo akurat się pokłóciliśmy, a ona o tej wycieczce wiedziała, była zaproszona i mogła jechać, ale została w domu bo tak wybrała (zapewne dlatego, że musiałaby wstać przed południem), to następnego dnia już ze mną zrywała, bo jeden dzień spędziłem bez niej, a ona została, z własnej woli w domu.
Wiem, że trochę przydługi wywód i pewnie nudny, ale przynajmniej jest tak samo nudny jak te wszystkie bezproduktywne borderowe dni ;P Jestem ciekaw, czy jest to pewien wspólny mianownik borderowego stylu życia, trybu spędzania czasu?