Dodaj do ulubionych

Żagle, maj i Egeo

13.06.08, 23:45
Moje pierwsze pływanie pod żaglami na Morzu Egejskim, pierwsze
spotkanie z Zatoką Sarońską i Cykladami, pierwsza wizyta na Kreci i
w Monemwasii miały miejsce w drugiej połowie maja dziesięć lat temu.
Pamiętam z tego rejsu, że kiedy startowaliśmy z Aten, to na dworze
jakoś tak najcieplej nie było. Pierwszej nocy nam przywiało dosyć
mocno i potrzebne były sztormiaki.
Na zdjęciach zrobionych następnego dnia, chociaż nie padało, to
jednak jesteśmy w sztormiakach i polarach.
Na zdjęciach z kolejnego dnia w Ermoupolis też w jesteśmy w polarach
i długich spodniach.
Kolejny dzień w Mykonos to co prawda w krótkie spodenki i koszulka z
krótkim rękawem, ale popołudniowe zdjęcia z Delos już w ciepłej
koszuli z długim rękawem.
Dopiero zdjęcia z dni następnych mogą świadczyć o tym, że było
cieplej i są nawet jakieś zdjęcia z morskich kąpieli, ale to było
gdzieś u brzegów Krety.
Jako zwierzę zdecydowanie ciepłolubne o wiele bardziej polubiłem te
późniejsze rejsy, które odbywały się pomiędzy połową czerwca a
końcem drugiej dekady września.
Żadnego deszczu, cieplutko żeby nie powiedzieć że upalnie, woda w
morzu też ciepła – nawet do 27 stopni. Jedynym mało przyjaznym
elementem tej sielanki pod żaglami było pojawiające się czasami
meltemi – specyficzny lokalny wiatr, występujący jedna tylko przy
pewnym układzie barycznym na Bałkanach i w Azji Mniejszej, który
przecież nie zdarza się tak często.
O meltemi jednak można napisać dłuższą rozprawkę, bo raczej rzadko
pojawia się w takiej charakterystycznej postaci w jakiej chcieliby
go widzieć meteorologiczni teoretycy i badacze pism. Podarujmy więc
sobie ten wykład.
Przyzwyczaiłem się już do tego, że Cyklady wypalone przez lipcowe i
sierpniowe słońce a do tego bardzo ubogie w wodę jawiły mi się jako
skaliste pustynie porośnięte tylko jakimiś zeschłymi, zwykle
kolczastymi, kłującymi badylami. Nie bardzo sobie nawet wyobrażam,
że może tutaj być inaczej. Nie bardzo też już sobie wyobrażałem, że
mógłbym tu pływać kiedy indziej niż wtedy, kiedy słoneczny żar leje
się z nieba a ciało zanurzone w boskim Egeo nie doznaje żadnych
nieprzyjemnych odczuć, nie pojawia się na nim gęsia skórka a z wody
wychodzić się nie chce. Jedyne nieprzyjemne odczucie to smak
tutejszej wody. Jest zdecydowanie przesolona...
Na początku tego roku pojawił się jednak pomysł zorganizowania rejsu
i popływania w maju. Początkową propozycją była nawet pierwsza
połowa maja.
Najpierw zimne ciarki przeszły mi po grzbiecie, ale chęć pływania
tutaj i to jak najprędzej wzięła górę.
Ustaliliśmy z zainteresowanymi, że nie będziemy eksperymentować i
będzie to jednak druga połowa maja .
Uzgodniliśmy wielkość i typ jachtu, który wybraliśmy z oferty
przedstawionej mi przez zaprzyjaźnionego Greka, zebraliśmy i
wpłaciliśmy pieniądze, zarezerwowaliśmy bilety lotnicze i...
Obserwuj wątek
    • amigo50 Re: Żagle, maj i Egeo 13.06.08, 23:48
      1. Już w Atenach

      Do Aten przylecieliśmy kilkanaście minut po godzinie trzeciej nad
      ranem w nocy z 16 na 17 maja (z piątku na sobotę) samolotem z
      Krakowa. My, to znaczy ja i Basia. Na lotnisku czekał na nas
      Piotrek, który przyleciał do Aten z Linzu już dwie godziny
      wcześniej. Nie znaliśmy się ani nie widzieliśmy się nigdy wcześniej,
      ale z rozpoznaniem nie było problemu.
      Jesteśmy więc we trójkę. Większa część załogi przyleci z Warszawy
      sobotnim popołudniem. Jedna osoba, też z Warszawy, przyleci w
      godzinach nocnych z soboty na niedzielę.
      Wychodzimy przed budynek portu lotniczego. Ten nowy kompleks,
      wybudowany na Igrzyska Olimpijskie Ateny 2004 zdecydowanie na takie
      miano zasługuje. Przed nim stoi już autobus linii X96, który jedzie
      z lotniska do Pireusu. Autobusy tej linii kursują całą dobę. W
      godzinach nocnych rzadziej, co pół godziny, ale w porze dziennej
      bywa, że nawet co kwadrans. W budce obok przystanków autobusowych
      kupujemy bilety w cenie po 3,20 euro na głowę. Tym samym autobusem
      jedzie z nami ekipa w charakterystycznych pomarańczowych T-shirtach,
      która przyleciała razem z nami samolotem. Nie trzeba być po szkole
      proroków aby wysnuć przypuszczenie, że jadą do tej samej mariny co i
      my. Zagadnięci potwierdzają informację. Zagubił im się co prawda
      gdzieś ich kapitan a oni nie bardzo wiedzą gdzie mają wysiąść, ale
      humory ich nie opuszczają. Podobnie jak my jadą do Alimos Marina
      przez polskich żeglarzy powszechnie znaną jako Kalamaki. Ta druga
      nazwa wprowadza trochę w błąd, bo marina leży obok dzielnicy
      Kalamaki i nawet kierowcy taksówek, którym poda się tę nazwę nie
      bardzo wiedzą dokąd mają jechać. Określenie Alimos Marina jest
      jednoznaczne, nie budzi niczyich wątpliwości i pod tą też nazwą
      marina ta znajduje się w „Greek Waters Pilot” Roda Heikell’a,
      książce, która jest biblią każdego żeglarza pływającego na tych
      wodach i jest odpowiednikiem naszych „Locji”, choć autorowi nazwa
      Kalamaki jest znana również i podaje ją w nawiasie jako drugą nazwę
      tej mariny.
      Rozmawiamy z „pomarańczową” załogą o ich żeglarskich planach. Nie do
      końca orientują się w planowanej trasie, bo dla nich wszystkich
      chyba było to pierwsze pływanie w tym rejonie (a dla niektórych
      chyba pierwsze „w ogóle”wink, ale wiedzą, że w planach mają Cyklady.
      No i dobrze. Tyle na początek wystarczy. Nie ma co wrzucać ludziom
      nazw, które im nic nie mówią i na pewno każdy z nich nie będzie
      rozróżniać początkowo gdzie Siros, gdzie Sifnos a gdzie Serifos,
      gdzie jest Poros a gdzie Paros, czy nawet gdzie Tinos a gdzie Tilos.
      Wystarczy, że rozróżnia to skipper, choć z wcześniejszych kontaktów
      z wieloma polskimi skipperami wiem, że i dla nich te nazwy długo
      pozostają obce a był nawet taki, który chciał się ze mną zakładać o
      butelkę siedmiogwiazdkowej Metaxy i usiłował mnie przekonać, że
      Ermoupolis – stolica Cyklad – leży na Sifnos. Zakład, ku mojemu
      ubolewaniu, nie doszedł do skutku, gdyż nie mogliśmy ustalić
      miejsca, w którym miałaby się odbyć konsumpcja rzeczonej.
      Po około 40 minutach szalonej jazdy z lotniska przez puste niemal
      Ateny wysiadamy na przystanku Edem. To tuż obok mariny.
      Alimos Marina to chyba największa przystań jachtowa w Atenach i
      Pireusie. Różne źródła różnie podają ilość jachtów, które może
      pomieścić. Przeważnie liczby te wahają się pomiędzy 1400 a 1800.
      Znajomy Grek zapytany jak to jest z tą wielkością powiedział, że i
      ta pierwsza, i ta druga liczba są prawdziwe. Ta mniejsza według
      niego to ilość jachtów, na którą marina była projektowana i nie
      uwzględnia miejsc wzdłuż nabrzeży, które nie były początkowo
      przewidziane do cumowania jachtów.
      Niemal wszystkie jachty w marinie stoją na mooringach rufami do kei –
      to informacja dla żeglarzy, którzy jeszcze tutaj nie byli a dostępu
      do „GWP” też nie mieli – stoi się więc tutaj spokojnie i pewnie bez
      względu na to ile i z której strony wieje.
      Marina jest bardzo rozległa. Ma dziewięć kei. Odległość pomiędzy
      pierwszą a dziewiątą to dobre półtora kilometra. Wejście do mariny
      jest na wysokości czwartej kei. Jeżeli ktoś więc wybierze zły
      kierunek, to czeka go później niezbyt przyjemny spacer powrotny z
      bagażami w garści lub na grzbiecie.
      Nasz jacht stoi przy pierwszej kei więc wolno ciągniemy w tamtą
      stronę analizując sztuka po sztuce co takiego włożyliśmy do tych
      bagaży, że to cholerstwo takie ciężkie?!
      Przy wejściu na pierwszą keję spotykamy kilka osób z jakiejś
      polskiej załogi. Poszukują swojego jachtu. Miał stać przy dziewiątej
      kei...
      Mijamy znajdującą się przy wejściu na pierwszą keję portową
      tawernę „Skipper”. W dzień pełni ona funkcje bardziej w naszym
      znaczeniu rozumiane jako kawiarniane. W godzinach nocnych staje się
      portową knajpką – bywa, że z tańcami. O tej porze jednak jest tu już
      pusto i głucho i tylko stary galeon, zacumowany tuż obok tawerny,
      pełniący dzisiaj chyba jedynie rolę tematycznego gadżetu stoi
      smętny, bez życia, nawet nie kołysząc się, bo wiatru ani fali nie ma
      nawet na lekarstwo.
      Na kei rozglądamy się za naszym jachtem. Mimo, że już jest około
      godziny piątej rano, to w Atenach panują jeszcze ciemności.
      Szukamy „Blue Line II” – to jacht typu Atlantic49. Na jachcie tym
      pływałem już w ubiegłym roku. Jest więc mi znany. Szukam więc
      znajomej rufy z dwoma kołami sterowymi. Dla niewtajemniczonych
      jeszcze informacja, że liczba podawana przy określeniu typu jachtu
      morskiego oznacza z reguły jego długość podawaną w stopach. Rachunek
      jest więc prosty i oznacza, że nasz jacht ma blisko piętnaście
      metrów długości.
      To nie ja jednak go znalazłem. Basia z Piotrkiem wytropili go
      wcześniej. Wchodzimy na pokład. Zgodnie z umową jacht jest otwarty.
      Szybko więc dokonujemy wstępnego podziału koi, szybka gorąca
      herbatka i szybko kładziemy się spać. Spać też trzeba szybko, bo
      około godziny dziesiątej jesteśmy umówieni na przejęcie jachtu, ale
      chcemy także zrobić zaopatrzenie na kilka najbliższych dni dla całej
      załogi a sklep, znajdujący się tuż obok przystanku na którym
      wysiadaliśmy, czynny jest w godzinach, których jeszcze nie znamy.
      Może więc tylko do sjesty...?
      • amigo50 Pracowity poranek. Jacht i załoga 14.06.08, 14:56
        2. Pracowity poranek. Jacht i załoga.

        Nie mam w zwyczaju wożenia z Polski zaprowiantowania na cały rejs,
        ale...
        Przejęcie jachtu odbywa się zwykle w sobotę lub w niedzielę i
        normalną rzeczą jest, że ludzie chcą opuścić port najszybciej jak to
        możliwe. Bez względu na to, w którą stronę się płynie, to trzeba
        mieć na pokładzie zaprowiantowanie przynajmniej do poniedziałku a
        przezornie nie zawadzi i na jeden dzień dłużej. Ponieważ
        zaprowiantowanie w Atenach w niedzielę jest w zasadzie niemożliwe a
        do niedawna i w soboty było dość uciążliwe, to przekazuję swoim
        załogantom informację co należałoby jednak przywieźć z Polski.
        Na liście tej znajdują się obowiązkowo po pół rolki ręczników
        papierowych i po rolce papieru toaletowego na (umówmy się) głowę J,
        po około pół kilograma suszonych lub podsuszanych wędlin (świetnie
        sprawdzają się kabanosy), po kilka zupek typu „gorące kubki”, jakieś
        pieczywo w miarę możliwości trwałe, herbata ewentualnie kawa, może
        jakaś konserwa. Nawet w sytuacji, gdyby zrobienie zakupów w Atenach
        nie było możliwe, to tak zaprowiantowani możemy wyjść na pierwszy
        etap w morze.
        Brakuje tutaj jednego ale bardzo ważnego elementu zaprowiantowania –
        wody pitnej.
        Jachty posiadają oczywiście zbiorniki wody, które zawsze tankujemy
        świeżą wodą, ale przekonałem się już nie raz, że do celów
        spożywczych lepiej jest używać wody butelkowanej (zwanej czasami
        mineralną) a wodę ze zbiorników używać do mycia się, do mycia naczyń
        i sztućców itp. W tej sytuacji konieczny jest więc zakup wody
        butelkowanej. Nawet gdyby okazało się, że najbliższy sklep jest
        nieczynny, to w bezpośrednim sąsiedztwie poru jest kilka kiosków, w
        których wodę kupimy bez problemów. Ile tej wody kupić? Na pewno nie
        mniej niż 2 litry wody na osobę na jeden dzień.
        Napisałem wcześniej, że zaprowiantowanie w niedzielę jest „w
        zasadzie” niemożliwe. Co znaczy to „w zasadzie”. Otóż sklepy są
        wprawdzie pozamykane, ale w porcie bez problemów znajdziemy
        jegomościa, który wsadzi nas w swój samochód, zawiezie nas do
        swojego sklepu i przywiezie nas z zakupami z powrotem. Tyle, że
        wybór w tym sklepie niewielki, ceny wysokie, warzywa nie pierwszej
        świeżości, ale możliwość taka też jest.

        Umówmy się, że wyspani wstaliśmy z Piotrkiem kilkanaście minut po
        dziewiątej i od razu kurs do sklepu. Sklep jest czynny. Informacja
        na drzwiach mówi, że do godziny 20.30 ale zagadnięta pani
        ekspedientka mówi, że jedynie do dwudziestej. Dobrze, że wiemy.
        W pierwszym rzucie kupujemy więc to, co budzi najmniej wątpliwości.
        Wychodzimy z założenia, że listę zakupów będzie sobie
        uzupełniał „drugi” jak przyleci, więc w pierwszej kolejności
        kupujemy wodę. Robimy po dwa kursy z dwoma zgrzewkami każdy. To już
        ponad siedemdziesiąt litrów. Na początek całkiem nieźle, ale ręce
        mamy już wyciągnięte do kostek. Trzeba uważać aby idąc ich nie
        przydepnąć.
        Tymczasem zbliża się godzina przejęcia jachtu, minęła nawet już
        dwadzieścia minut temu, ale któż przejmowałby się tutaj takimi
        drobiazgami. Wychodzimy z jachtu aby zrobić jeszcze jeden kurs do
        sklepu. Po drodze spotykamy Kostasa, właściciela jachtu, który
        właśnie do nas idzie. Umawiamy się z nim, że spotkamy się o
        jedenastej, bo chcielibyśmy jednak zrobić jeszcze jakieś zakupy.
        Kostas proponuje, że podjedzie do sklepu swoim samochodem, więc
        możemy zakupy zrobić dużo większe. No to tym razem buszujemy
        dokładniej. Woda, soki, wina, piwa, jogurty, miód, pieczywo itd.,
        itp. Kiedy docieramy do kasy, okazuje się, że przed nami ustawiła
        się z kilkoma wózkami nasza zaprzyjaźniona „pomarańczowa” załoga.
        Zrobili zakupy dla dwunastu osób na dziesięć dni. Na szczęście
        Kostas przyszedł sprawdzić dlaczego nas tak długo nie ma. Kiedy
        zorientował się w sytuacji nawet nie mrugnął okiem. Normalka.
        Zapakowaliśmy bagażnik jego samochodu i tylne siedzenie. Dla nas już
        miejsca w samochodzie brakło.
        Gdy dotarliśmy na jacht był tam już i Nikos, szef firmy, z której od
        wielu już lat czarteruję jachty. Nikos policzył, że właśnie mamy już
        dziesiątą rocznicę naszej współpracy.
        Jak dotąd nigdy żadnej wpadki – ani po jednej, ani po drugiej
        stronie.
        Światła jachtu sprawdziliśmy zaraz po przyjściu na jacht, kiedy
        jeszcze było ciemno. Żagle do sprawdzenia postawiliśmy jeszcze zanim
        miałyby się pojawić pierwsze podmuchy porannego wiatru i zanim
        poszliśmy pierwszy raz do sklepu.
        Wyposażenie stołu nawigacyjnego i mapy sprawdziłem też już
        wcześniej.
        Dokumentów jachtu tradycyjnie nie sprawdzam wierząc w tej materii
        całkowicie Nikosowi, bo i tak pisane są „krzaczkami” a więc
        strojenie mądrych min do nich jest bez sensu a przy kilkakrotnych
        dotychczasowych kontrolach dokumentów nigdy nie było żadnych
        zastrzeżeń. Przekazanie kambuza i „hotelówki” zarówno przed, jak i
        po rejsie odbywa się między nami na słowo, że jest wszystko co
        potrzebne, a po rejsie, że nic nie ubyło (jeśli coś ubyło, bo się
        potłukło lub utopiło, to staramy się to odkupić). Podobnie odbywa
        się przekazanie lin i innych drobiazgów jak płetwy, maski, wiaderka
        itp. Jedynie środki ratunkowe, asekuracyjne i pirotechnikę sprawdzam
        dokładniej zapoznając się jednocześnie co i gdzie mam rozlokowane.
        Z niekłamaną przyjemnością odnotowuję, że na jachcie wymieniona
        została na większą kotwica. Ta, która była jeszcze w ubiegłym roku
        była dla tego jachtu za lekka i trzymała (choć to słowo mocno na
        wyrost) kiepsko. Na szczęście już podczas pierwszego postoju pod
        Sounion Piotrek – jeden z załogantów z ubiegłorocznej załogi - z dna
        zatoki wyciągnął jakiś czteroramienny stary, zardzewiały złom, ale
        za to o masie około 40 kg. Staliśmy wszędzie na tym złomie jak
        pomnik. Byliśmy nie do ruszenia. To był anker jakiego ten jacht
        potrzebował. Musieliśmy go później zostawić podczas naszego
        ostatniego postoju w Methanie, ale widać moje uwagi zrobiły swoje i
        Kostas wyposażył jacht w większe żelazo.
        Sprawdzamy stan paliwa w zbiornikach wg wskaźnika na desce, zapasowe
        kanistry z ropą do silnika jachtu i te z benzyną do dinghy,
        kanisterki z olejem do silnika. No to jeszcze tylko odpalenie
        silników, tego głównego jachtowego i tego do dinghy, sprawdzenie
        działania windy kotwicznej...i już po przekazaniu jachtu. Na
        przekazanie kaucji umawiamy się z Nikosem na wieczór, bo to kwota
        nieco większa (1 500 euro) i trzeba ją zebrać od wszystkich
        załogantów, a tych przecież jeszcze nie ma.
        Nawet nie zdążyliśmy się obejrzeć kiedy minęło południe. Doszliśmy
        do wniosku, że skoro zrobiliśmy tak dużo dobrej i nikomu
        niepotrzebnej roboty, to zasłużyliśmy na śniadanko a po nim
        wybieramy się do „Skippera” na frapkę.
        Przy frapie jest w końcu chwila czasu na złapanie oddechu. Dopiero
        teraz chyba dociera do mnie, że jestem pod gorącym słońcem i
        niebieskim niebem Hellady. Delikatne muśnięcia wiatru, które
        docierają tutaj, za ścianę kwitnących biało i różowo oleandrów koją
        zmysły.
        Żarówa na niebie przypomina mi, że wczoraj na krakowskie lotnisko
        jechałem w polarze i długich spodniach a tutaj kochane ciepełko,
        krótkie spodenki, krótki rękawek.
        Ech, kocham te klimaty.
        Dopiero teraz wysyłam sms-y do tych, którym obiecałem, że zamelduję
        się jak tylko dolecę, no ale przecież nie mogłem ich budzić po nocy.
        Wysyłam informację do Bebiaczka – największego chyba grekoluba
        jakiego znam.
        Nie umawiałem się z nią wprawdzie w tej sprawie, ale jakieś
        wewnętrzne przekonanie mówi mi, że puści te informacje na forum
        internetowe, na którym takich grekomaniaków jest więcej. Niech koją
        swoje zmysły chociaż takimi relacjami. Toż to przecież jak maźnięcie
        kojącym balsamem na ledwo przyschnięte rany, bo przecież niektórzy z
        nich dopiero co wrócili z wysp, na które my właśnie się wybieramy i
        tęsknota i wspomnienia u nich takie zupełnie świeże.
        Nawet nie zauważyliśmy kiedy pr
        • amigo50 Re: Pracowity poranek. Jacht i załoga c.d. 14.06.08, 14:58
          Nawet nie zauważyliśmy kiedy przyszła pora wracać na jacht. Niedługo
          powinna nadjechać kolejna część ekipy.
          Dostali ode mnie drogą internetową szczegółowe instrukcje o
          autobusie, biletach, jak mają się dostać do portu, o jaki przystanek
          spytać pana kierowcę, plan portu – nie sposób nie trafić.
          Zjawili się niemal dokładnie w porze jaka wychodziła mi z kalkulacji.
          Ekipę prowadził Radek, tuż za nim dwie Ele, Michał i Małgosia.
          Powitanie na kei, kilka uwag o podróży.
          Okazało się, że z trafieniem do mariny nie byłoby problemu, ale
          autobus prowadził nie pan kierowca tylko pani kierowca i cały
          misterny plan wziął w łeb, bo nie było pana, którego zgodnie z
          wytycznymi należało spytać o odpowiedni przystanek.
          Tak to właśnie nawet najbardziej misterny plan rozbija się o
          element, który nie był przewidywany.
          Z ekipy, która dotarła właśnie na jacht znałem wcześniej jedynie
          jedną Elę i Radka. Pływaliśmy razem rok wcześniej w Holandii i
          Belgii. Z pozostałymi poznaliśmy się dopiero tutaj, choć oni między
          sobą znają się już od dłuższego czasu. Wiedziałem o nich w zasadzie
          tylko tyle, że Michał, który chciał żeby na niego mówić Misiek miał
          już jakiś epizod z „Pogorią”, że ma bardzo poważne problemy ze
          wzrokiem, że pozostałe dziewczyny żeglarsko romansowały z Mazurami
          (mam nadzieję, że Ela i Małgosia nie będą miały mi za złe użycie
          takiego określenia).
          O dziewiątym członku załogi nie wiedziałem nic, bo był zupełnie
          świeżym nabytkiem i jego udział w rejsie wyszedł chyba jakoś tak na
          trzy dni przed wyjazdem.
          Brakuje nam już w tej chwili już właśnie tylko tego ostatniego –
          dziewiątego członka załogi.
          Jacek, bo to o nim mowa, przyleci w nocy i będzie z nami jedynie
          przez tydzień.
          Jacht, na którym będziemy pływać, Atlantic 49, to dość wygodna,
          wczasowa łódka. Rejestrowany jest na 10 osób, choć można na nim
          byłoby umieścić nawet ze cztery więcej.
          Posiada cztery kabiny z łazienką i W.C. Dwie z pośród tych kabin,
          rufowe, są kabinami dwuosobowymi. Kabiny dziobowe posiadają oprócz
          dwuosobowej koi po dodatkowej koi piętrowej, ale jest ona raczej dla
          osób nieco mniejszej postury. W praktyce koję tę wykorzystuje się
          raczej jako półkę na bagaże i w ten sposób kabiny dziobowe stają się
          wygodnymi kabinami dwuosobowymi.
          Na jachcie jest jeszcze jedna kabina, z wejściem z pokładu
          dziobowego. Gdyby nie to, że jest nieco krótsza, i pozbawiona jest
          szafek, to byłaby nawet całkiem-całkiem.
          Na jachcie jest duża, wygodna mesa, w której przy stole wygodnie
          może usiąść osiem osób. Mniej wygodnie zmieści się nawet cała
          dziesiątka.
          W mesie mogłyby nawet spać wygodnie nawet dwie osoby. Wiem coś o
          tym, bo sam spałem kilka lat temu przez kilka nocy w mesie po tym,
          jak po ślizgu po zejściówce na porannej rosie podczas wyjścia z
          Astipalai złamałem trzy żebra i mesa była jedynym miejscem gdzie
          jako tako, zmieniając co piętnaście minut pozycję mogłem dotrwać do
          końca rejsu. Zdecydowanie unikam jednak takiego rozwiązania, bo bywa
          przecież, że część załogi ma ochotę posiedzieć czasem wieczorkiem
          trochę dłużej zajmując się na przykład ustalaniem bukietu zapachów i
          testowaniem smaków lokalnych napitków a nie zawsze można to robić w
          kokpicie.
          Pozostaje więc mesa.
          Kambuz jest wyposażony w dwie duże niezależne lodówki z tym jednak,
          że ich schładzanie odbywa się w czasie pracy silnika. Po jego
          wyłączeniu teoretycznie też mogą działać, ale pobierają wtedy
          energię z akumulatorów i dlatego, kiedy silnik nie chodzi, idą
          raczej w odstawkę.
          W kambuzie jest oczywiście jeszcze kuchenka gazowa, zlewozmywak i
          całe wyposażenie w garnki, patelnie, kubki, talerze, sztućce. W
          szklanki i kieliszki też.
          No i na takim jachcie rozlokowało się to całe nasze towarzystwo
          pozostawiając Jackowi kabinę z wejściem z pokładu dziobowego.
          Rejs nasz z założenia jest rejsem rekreacyjno-wczasowym. Pełne
          wakacje. Nikomu nie zależy na „robieniu” mil i godzin stażowych,
          więc pływać będziemy tyle, ile nam się będzie chciało.
          Wszyscy członkowie załogi, oprócz mnie i Basi, są w tym rejonie
          pierwszy raz, jeśli nie liczyć wczasowego epizodu jednej z
          dziewczyn. Aby jednak uporządkować pewne sprawy organizacyjnie
          dokonuję podziału ról.
          Ela, z racji morskiego stażu i posiadanego stopnia jachtowego
          sternika morskiego, zajmie się sprawami, które zwykle robi I
          oficer. W skrócie mówiąc przyjmuje się, że do „pierwszego’” należy
          nawigacja.
          Radek, który już nie w pierwszym rejsie uczestniczy i również
          posiada stopień jachtowego sternika morskiego, zajmie się sprawami
          żywieniowymi i „hotelówką” – czyli będzie pełnił funkcję „drugiego”.
          Paweł, który już na pierwszy rzut oka widać, że dość dobrze radzi
          sobie z technicznymi sprawami i posiada stopień sternika jachtowego
          zajmie się właśnie sprawami technicznymi – a więc będzie „trzecim”.
          Oprócz konieczności załatwienia ewentualnie pojawiających się
          tematów w swojej działce każde z nich będzie prowadziło swoją wachtę
          w czasie pływania. To jest akurat oczywiste a informacja jest dla
          tych, którzy w takim rejsie jeszcze nie uczestniczyli.
          Pozostałym członkom załogi zrobiłem rozpiskę kto i kiedy ma wachtę i
          kiedy przypada mu kambuz. Po zakończeniu kambuza kambuźnikowi
          przysługuje dzień wolny od zajęć i wacht. Taki system powodował
          oczywiście konieczność ruchomego składu wacht, co akurat wydaje mi
          się jest dobrym rozwiązaniem, ale w naszym przypadku ten dzień wolny
          mógł być jedynie do czasu kiedy Jacek będzie z nami. Po jego
          wyjeździe skończą się dni wolne.
          Niektórzy załoganci chyba początkowo przestraszyli się tego grafika,
          no bo przecież miały być wakacje, ale umówiliśmy się, że cały ten
          plan wacht i kambuzowania ma charakter mocno umowy i stosowany
          będzie w trybie wakacyjnym.
          Biorąc pod uwagę spodziewany czas przylotu Jacka i spodziewanego
          przyjazdu na jacht wyszło nam, że najlepiej będzie jeśli wyjdziemy
          zaraz po jego przyjeździe – czyli jutro między piątą a szóstą rano.
          Wschodzące słońce powinniśmy więc powitać na wodzie.
          No to teraz tylko uzupełniające zakupy, zatankowanie jachtu wodą do
          pełna i... można usiąść do kolacji, na którą Basia przygotowała
          jajecznicę. Aby było zdrowiej, to jajecznica jest na dużej ilości
          smażonego boczku i cebuli a dla poprawienia krążenia lampka wina (a
          może nawet do dwie lampki).
          Podczas wielu rejsów metodą wielu prób i eliminowania wielu
          występujących w związku z tymi próbami błędów, degustując rozmaite
          wyroby greckich winnic, doszliśmy do wniosku, że dość dobrym i
          bezpiecznym punktem wyjścia zarówno dla tych, którzy wolą wina
          wytrawne jak i tych, którzy preferują raczej półwytrawne czy wręcz
          słodkie zanim staną się koneserami w tej dziedzinie, jest wino o
          nazwie „Appelia”.
          Niezbyt może szlachetny ten trunek jest powszechnie możliwy do
          nabycia w trzech wersjach różniących się między sobą. Najłatwiej
          rozpoznać je można po kolorze etykiety. Jest etykieta biała, jest
          czerwona i jest również czarna. I to właśnie „Appelia” z czarną
          etykietą jest tą właściwą. Jest jednak również najtrudniej
          osiągalną. Widać inni koneserzy również podzielają ten pogląd.
          No to rozpoczęliśmy degustację od tej właściwej....
          Kiedy degustacja miała się już ku końcowi i towarzystwo zaległo już
          na swoich kojach dotankowaliśmy jeszcze z Piotrkiem jacht wodą do
          pełna i nie zostało nam już nic innego jak pójść spać. Tak naprawdę,
          to przysypialiśmy już nieco nawet w czasie, kiedy woda niezbyt
          przecież wielkim strumieniem wlewała się do zbiorników.

          • amigo50 Wychodzimy 15.06.08, 01:17
            3. Wychodzimy
            Spać trzeba było znów szybko.
            Z nawału różnych spraw, które jeszcze trzeba było załatwić przed
            wyjazdem zarwałem nockę przed wyjazdem. Kolejna noc to przelot z
            Krakowa i dojazd do portu i choć spaliśmy też szybko, to jednak
            chyba trochę za krótko. Poprosiłem żeby mnie obudzić o godzinie
            piątej, po przyjeździe Jacka.
            Po jakiego czorta tak wcześnie? Przecież mamy wakacje!
            Tak, tylko, że ten kto wcześniej wstaje ten wakacje ma dłuższe.
            Poza tym, wiedząc o tym, że załoga będzie żeglarsko wyjątkowo mocna
            jak na moje wakacyjne pływania, założyłem sobie ambitny cel dotarcia
            na Małe Cyklady ze szczególnym uwzględnieniem Amorgos.
            Małe Cyklady to grupa wysp leżących w części tzw. Cyklad Środkowych
            na wschód od wyspy Naxos. Położone są poza głównymi szlakami
            żeglugowymi promów, poza trasami jachtów, które albo omijają je po
            ich północnej stronie płynąc w kierunku Dodekanezu, albo
            pozostawiają je zdecydowanie po wschodniej stronie płynąc w kierunku
            Ios czy Santorini. Jak na to by nie patrzeć – zawsze są „nie po
            drodze” a przy tym są dość odległe. Dlatego zapewne zwane są Wyspami
            Dalekimi.
            Podczas swoich rejsów wielokrotnie miałem w planach dotarcie do
            nich. Szczególnie chodziło mi po głowie Amorgos, o którym tyle się
            naczytałem, tyle nasłuchałem – szczególnie od Bebiaczka. Twierdzi
            ona, że jest to najpiękniejsza z wysp. Pewnie coś w tym jest skoro
            Luc Besson nakręcił na niej swój film „Le Grand Bleu” („Wielki
            Błękit”wink.
            Dotrzeć jednak na te wyspy nigdy mi się nie udało. Zawsze coś
            stanęło po drodze. A to zmiana planów, bo coś tam, a to jakiś nowy
            punkt pojawił się po drodze i zajęło nam to więcej czasu niż się
            spodziewaliśmy, a to wiatru było za mało, a to znowu za dużo...
            I tak zawsze.
            Już zacząłem traktować to Amorgos jako jakieś moje swoiste fatum, bo
            przecież w ubiegłym roku nie udało mi się dostać na tę wyspę nawet
            promem ze względu na ich fatalny „rozkład jazdy”. A byłem przecież
            tuż obok, na Naxos!
            Aby tym razem jednak na te wyspy dotrzeć zaplanowałem, że wyjdziemy
            z Aten najwcześniej jak to będzie możliwe. Zakładałem nawet, że
            będzie to sobotnie popołudnie i na noc już staniemy pod Sounion a
            kto wie, może nawet zdążymy na oglądanie tutaj słynnego zachodu
            słońca? No dobrze, jak nie zachód, to może równie słynny, a może
            nawet jeszcze słynniejszy wschód słońca, kiedy słońce wyłania się
            zza sąsiednich wysp Makronissos i Kea.
            Okazało się jednak, że pierwszy lot, którym Jacek mógł przylecieć
            był dopiero w nocy z soboty na niedzielę. Chcąc nadrobić to
            opóźnienie zaplanowałem wczesne wyjście aby przy sprzyjających
            wiatrach, po krótkim postoju na Sounion, jeszcze tego samego dnia
            dotrzeć na Siros a w mniej sprzyjających okolicznościach
            przynajmniej na Kithnos.

            Obudziłem się sam, tyle, że kwadrans później niż chciałem. Pora
            barbarzyńska, bo przecież w Polsce minęła dopiero czwarta. Na nogach
            był jednak już Piotrek. Obudziliśmy jeszcze Elę i Radka, którzy
            jeszcze chyba nawet nie usnęli, bo dopiero co przyjęli Jacka i
            ulokowali go w kabinie dziobowej. Sklarowaliśmy trap. Kabel
            zasilający i wąż mieliśmy sklarowane już wcześniej i...
            • amigo50 Re: Wychodzimy c.d. 15.06.08, 01:18
              Zaczęło się. O godzinie 05.45, w niedzielny poranek 18 maja 2008
              oddaliśmy cumy.
              Wychodziliśmy z mariny jeszcze na zapalonych światłach
              nawigacyjnych, bo choć szarość była coraz mniejsza i zaczynała już
              ustępować, to jednak słońce jeszcze nie wzeszło. Na silniku
              wyszliśmy na Zatokę Sarońską, nad którą leżą Ateny. Pracujący silnik
              obudził jeszcze kilka osób, które wyszły na pokład i tak
              przyglądaliśmy się oddalającej się marinie, Atenom, hali w Pireusie.
              Jak ktoś wiedział gdzie szukać, to dojrzał Akropol, widoczne było
              Likavitos. Choć oddalając się od niego, to jednak płynęliśmy wzdłuż
              brzegu. Mijaliśmy hale i tereny starego lotniska kiedy słońce
              zaczęło się wychylać zza horyzontu. Początkowo tylko różowa poświata
              nad horyzontem szybko zamieniała się w czerwony, intensywnie
              świecący punkt, który dość szybko zaczął się unosić nabierając
              jednocześnie wielkości i przeobrażając się w czerwony krąg. W takiej
              chwili woda na morzu ma stalowo-szary kolor a błyski na drobnej fali
              mają kolor ognisto czerwony. Wygląda to tak, jakby ktoś małe ogniki
              na wodzie pozapalał.
              Kursem około 140 kierujemy się na południowy wschód.
              Tym kursem zwykle wychodzę z Aten. Daje on mi jeszcze około trzy
              godziny czasu na podjęcie ostatecznej decyzji o miejscu pierwszego
              postoju. Alternatywą dla Sounion jest jeszcze bezludna wysepka Ayios
              Yeryios leżąca u wejścia do Zatoki Sarońskiej. Tym razem jednak
              wiemy już od początku, że płyniemy pod świątynię Posejdona.
              Wiatru początkowo nie ma niemal zupełnie. Ładujemy akumulatory i
              chłodzimy lodówkę – idziemy więc na silniku. Z prędkością około
              pięciu i pół węzła mieszamy wody zatoki. Żagli nawet nie próbujemy
              stawiać, bo zupełnie nie ma wiatru. Nasza banderka pod lewym i
              proporczyk armatora pod prawym salingiem bardziej zwisają niż
              powiewają, widoczność robi się gorsza ze względu na wzrastające
              parowanie wody. Płyniemy wzdłuż toru wodnego trzymając się jednak w
              bezpiecznej odległości od niego. Zwykle ruch na torze jest dosyć
              duży, bo oprócz lokalnego ruchu statków i promów zmierzających do
              Pireusu płyną nim statki nawet z Kanału Sueskiego. Dzisiaj jest
              niedziela, więc ruch powinien być raczej mniejszy. Spodziewam się po
              godzinie siódmej większego ruchu promów płynących z Pireusu na
              wyspy, ale pójdą one drugą stroną toru. Zanosi się więc na kilka
              godzin totalnego lenistwa. Wykorzystuję to dosypiając chwilami.
              Pojawiające się od czasu do czasu podmuchy wiatru próbujemy
              wykorzystywać na postawienie żagli. Zaczynamy tak dosyć
              niekonwencjonalnie jak na polską szkołę żeglarską, bo stawiamy
              najpierw genuę. Ten przedni, wielki żagiel, sięgający daleko do
              tyłu, daje takie ustawienie środka ożaglowania, że można na tym
              pływać blisko tzw. kąta martwego jachtu, to znaczy blisko granicy
              pola, w którym jacht nie jest w stanie płynąć kiedy ma wiatr wiejący
              od przodu (no, chyba że na silniku). Postawienie grota na tym
              jachcie, zwłaszcza przy słabym wietrze daje niewiele, bo genua
              znajduje się wówczas w jego cieniu i bardzo szybko przestaje
              pracować. Z kolei sam grot jest znacząco mniejszy od genui i nawet
              jeżeli jest trochę wiatru i płynie się na nim nieco ostrzej, to
              jednak płynie się o wiele wolniej. Te argumenty, choć nie jedyne,
              usprawiedliwiają wystarczająco nasze lenistwo a fakt, że genua jest
              na rollerze a grot nie i postawienie go wymaga więcej pracy i
              wysiłku ma znaczenie oczywiście jedynie drugorzędne. W pewnej jednak
              chwili dmuchnęło na tyle, że mogliśmy zaśpiewać : „Pierwszy raz przy
              pełnym takielunku...”. Szybko jednak się skończyło i znów totalna
              flauta wzięła nas w swe objęcia. Po pewnym czasie jednak zaczęliśmy
              dostrzegać Sounion.

              Przylądek Sounion jest najdalej na południe wysuniętym punktem
              Attyki.
              Związanych z nim jest kilka mitów, które spowodowały, że miejsce to
              miało szczególne znaczenie dla starożytnych Greków. Niegdyś był
              jednym z najważniejszych miejsc kultu Posejdona, któremu w V w.
              pne., wzniesiono tutaj sanktuarium.
              Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko pozostałości świątyni.
              Ciągle stoi część z 34 jej kolumn, mimo tego, że miejsce to było nie
              tylko miejscem kultu religijnego. W czasie wojny peloponeskiej w
              latach 431 – 404 pne. było fortyfikacją i ważnym miejscem
              strategicznym. Z przylądka można było kontrolować wszystkie statki
              płynące na Eginę, Salaminę, do Aten i do innych miast Attyki
              leżących nad Zatoką Sarońską.
              Pozostałości świątyni były i dla nas punktem kierunkowym i na
              kwadrans przed godziną jedenastą rzuciliśmy kotwicę w zatoce u jej
              stóp. Okazało się jednak, że świątynia doskonale widoczna z miejsca,
              w którym staliśmy nie wzbudziła wśród załogi takiego zainteresowania
              jakiego się spodziewałem i nie oddając nawet należnej Posejdonowi
              czci piętnaście minut później podnieśliśmy kotwicę i choć przy
              słabiutkim wiaterku, to jednak na silniku wypłynęliśmy z zatoki
              kierując się na wschód, ku Kithnos i Siros.
              • ewa.mila Re: Wychodzimy c.d. 15.06.08, 14:24
                Oj, Amigo Moj Drogi - mój mąż pewnego razu na pewno wybierze się z Wami, ciągle o tym słyszę a jak przeczyta Twoje opowieści to znów będzie "urabiał grunt".
                Pozdrawiam
              • amigo50 Kara Posejdona 16.06.08, 00:06
                4. Kara Posejdona
                Kara przyszła błyskawicznie.
                Nie minęło nawet pół godziny jak podnieśliśmy kotwicę i świątynia
                jeszcze nie utonęła w unoszącej się nad wodą delikatnej mgiełce
                spowodowanej lejącym się z nieba żarem, kiedy włączył się ostry
                sygnał akustyczny i zapaliła czerwona kontrolka oznaczająca
                nieprawidłowość w pracy silnika, choć sam silnik ciągle chodził.
                Wyłączyliśmy go natychmiast i błyskawicznie postawiliśmy genuę.
                Dobrze byłoby gdybyśmy mogli posuwać się w choć trochę kontrolowanym
                kierunku. Bierzemy kurs z powrotem na Sounion. Otwieramy komorę
                silnika i zaglądamy do niej. Zapach palonego oleju każe domyślać się
                prawdopodobnej przyczyny awarii i rzeczywiście, cała komora
                silnikowa, cały silnik, który w okresie zimowym przeszedł dokładny
                przegląd i został nawet pięknie pomalowany tak, że wyglądał jak spod
                igły, wszystko to dokładnie jest zarzygane (przepraszam, ale nie
                znajduję innego słowa oddającego stan w jakim znalazłem silnik i
                całą komorę) olejem. Najbardziej zachlapana jest strona, na której
                znajdują się filtry paliwa i oleju. Do tego olej na ściankach
                komory, olej w zęzie. Nawet nie próbuję oceniać ile go straciliśmy.
                Dzwonimy do Kostasa . Jest niedzielne południe. Grecy o tej porze i
                w tej temperaturze leżą pewnie raczej gdzieś do góry brzuchami
                wyłączywszy wcześniej wszystkie telefony. Udaje nam się jednak go
                złapać. Odbiera telefon. Informujemy go o zaistniałej sytuacji.
                Przez telefon, za jego wskazówkami usiłujemy zdiagnozować przyczynę
                awarii. Okazuje się to jednak niemożliwe, bo nie bardzo widać skąd
                olej jest wyrzucany nawet po włączeniu silnika. Decydujemy, że
                wracamy do zatoki pod Sounio. To jest ten najdalej wysunięty na
                południe punkt, do którego jeszcze można z Aten dojechać samochodem.
                Zakładamy, że na żaglach, bo tylko ten sposób wchodzi w rachubę,
                dotrzemy tam za około godzinę. W tym czasie też powinien tam
                dojechać Kostas. Ponieważ przy wyłączonym silniku wycieku nie widać
                dolewamy oleju na wypadek, gdyby przyszło nam użyć silnika.
                Po dwóch i pół godziny od podniesienia kotwicy i po przepłynięciu w
                tym czasie pięciu i pół mili ponownie, tym razem podchodząc na
                żaglach i rzucając kotwicę „z ręki” stajemy w tym samym niemal
                miejscu. Stawiamy na wodę bączka, montujemy do niego silnik. Czekamy
                na przyjazd Kostasa. Przyjeżdża po pewnym czasie. Machając na brzegu
                łapkami przyzywa nas abyśmy popłynęli po niego bączkiem. Piotrek
                płynie po niego i przywozi go na jacht. Widać, że miny nie ma zbyt
                wyraźnej. Długo grzebie przy silniku. Kilkakrotnie go odpalamy i
                wyłączamy i w końcu znajduje przyczynę defektu. Jest oczywiście po
                przeciwnej stronie silnika niż wynikałoby to z naszych oględzin.
                Okazuje się, że pękła rurka od turbo i to w miejscu szczególnym, bo
                pod nakrętką dociskającą jej lejkowate zakończenie. Naprawić tego
                raczej się nie da – jedyna rada : wymienić. Teraz to Kostas
                wydzwania do swoich, sjestujących już mechaników. Wraca do Aten
                zapowiadając, że będzie dzwonił jak tylko będzie miał jakieś
                informacje. Rzeczywiście, dzwoni po pewnym czasie i mówi, że za
                około godzinę przyjedzie mechanik a krótko po nim on.
                My w tym czasie ustalamy harmonogram i kolejność wycieczek do
                świątyni. Wyprawiam się tam razem z Basią i Miśkiem. Misiek dość
                dzielnie radzi sobie wspinając się po kamienistym zboczu,
                porośniętym różnymi kwiatami, krzewami i kłującymi chaszczami. Omija
                dziury, bezbłędnie odnajduje stopnie korzystając oczywiści z laski i
                wskazówek, których mu udzielamy. Docieramy do świątyni. Tutaj miła
                niespodzianka. Okazuje się, że dzisiaj jest dzień wolnego wstępu do
                muzeów i na stanowiska archeologiczne. Dzięki temu zaoszczędzamy po
                5 euro na głowę.
                Z miejsca pod świątynią piękny widok na zachodnią stronę i zatokę, w
                której stoi nasz jacht oraz na wschodnią stronę, w kierunku wysp, do
                których chcieliśmy popłynąć.
                Jachtów w zatoce dużo. Turystów, którzy dotarli tutaj także
                autobusami też. Dość tłumnie odwiedzają oni to miejsce. Jedni
                przyjeżdżają tutaj, aby oglądać wschody słońca, kiedy wynurza się
                ono z morza za pobliską Keą i Makronissos. Inni twierdzą, że
                ciekawsze są zachody, kiedy chowa się ono za nie zawsze widoczną
                Eginą. Jedni i drudzy podziwiają widok na morze, którym upajał się
                lord Byron i wspominał to miejsce w Don Juanie i szukają, na której
                z kolumn ten słynny wandal wyrył swoje nazwisko. Lord Byron miał
                niestety ten mało lordowski zwyczaj i umieszczał swoje nazwisko
                także w innych znanych miejscach w Grecji. Ja szukam miejsca, z
                którego Egeusz rzucił się ze skał w morze dostrzegłszy statek
                Tezeusza wracający pod czarnymi żaglami z wyprawy na Kretę.
                Oglądamy i fotografujemy świątynię i zastanawiamy się czemu miały
                służyć niektóre, szczególne w kształcie kolumny, których
                pozostałości stoją pomiędzy innymi.
                Oddajemy cześć świątyni Władcy Mórz. Po dzisiejszej nauczce wolimy
                żyć z nim w zgodzie.
                Szybko nadchodzi pora powrotu na jacht i umożliwienia kolejnej turze
                zobaczenia świątyni.
                W międzyczasie dojeżdża Kostas z bratem i mechanikiem i naprawiają
                silnik. Podobno niespodzianek już nie będzie.
                Na jutro znów planujemy bardzo wczesne wyjście próbując nadrobić
                stracony czas.
                Czy na pewno stracony? Zobaczyliśmy jedno z najważniejszych miejsc
                kultu starożytnej Grecji, zaliczyliśmy pierwsze kąpiele morskie
                uznając, że temperatura wody 17,5 stopnia to przecież więcej niż w
                lipcu nad Bałtykiem, był czas na piwko, które jeszcze zachowało swą
                niską temperaturę w lodówce mimo, że silnik, a więc i lodówka, nie
                chodziły już dawno no i był czas aby wcześniej pójść spać, bo jutro
                znowu wyjście przed świtem.
                • amigo50 Re: Kara Posejdona 16.06.08, 21:36
                  5. Ermoupolis

                  I znów skoro świt, a nawet jeszcze przed nim, podnosimy kotwicę i
                  opuszczamy zatokę przy Sounion. I znów wschodzące słońce witamy na
                  morzu. I znów wiatru nie ma...
                  Pomalutku zbliżamy się najpierw do południowego cypla Makronissos,
                  później do latarni na przylądku Tamelos na południowej części wyspy
                  Kea. Za tą wyspą zwykle pojawia się trochę wiatru. Tak jest i tym
                  razem. Stawiamy oba żagle. Pozwalają one rozwinąć zawrotną jak na te
                  warunki prędkość 2,5 do 3 węzłów. W takim tempie to do Ermoupolis
                  dopłyniemy dopiero jutro na śniadanie. Zrzucamy więc żagle i
                  uruchamiamy silnik. Słusznie, bo po chwili wody boskiego Egeo stają
                  się gładkie jak lustro. Słońce wędruje coraz wyżej, budzi się
                  pozostała część załogi. Czas na śniadanko. W takich warunkach
                  kambuźnik nie ma żadnego problemu z jego przygotowaniem, bo to
                  kuchnia nie lata, garnki, kubki i talerze nie jeżdżą, lodówka pełna,
                  zapasy ledwo co tknięte.
                  Po śniadaniu zalegamy na pokładzie. Jedni w cieniu bimini, inni na
                  pokładzie dziobowym, jeszcze inni na koi. Sielanka. Od czasu do
                  czasu tylko pojawiające się delikatne podmuchy wiatru mobilizują nas
                  do postawienia żagla jedynie jednak po to, aby go po chwili zrzucić.
                  Zbliżamy się do Kithnos.
                  Kiedy już jesteśmy całkiem blisko brzegu widzę coś, co wprowadza
                  mnie w zdumienie. Schodzące do morza strome zbocza tej wyspy są
                  zielone! Czegoś takiego jeszcze na Cykladach nie widziałem. Kiedy
                  mijaliśmy Keę, to przepływaliśmy obok jej pionowych skalistych
                  brzegów, na których żadnej roślinności nie ma więc nie miałem
                  możliwości tego zaobserwować a tutaj, na Kithnos, zbocza porośnięte
                  są roślinnością i jest ona zielona! W okresie letnim, jak już
                  wspominałem, Cyklady są rude, i ta wypalona słońcem roślinność nie
                  różni się niemal od koloru skał na tych wyspach. Wydaje się więc, że
                  te wyspy to jedna skała a tu proszę, taka niespodzianka!
                  Mijamy lampę na przylądku Kefalos na północnym cyplu Kithnos. Gdzieś
                  w oddali przepłynął prom kierujący się na Tinos i Mykonos, w innym
                  końcu morza widać jakiś żagiel – czyżby ktoś miał prywatne wiatry? U
                  nas nie wieje nic. Na kontrkursie mijamy jacht płynący pod
                  austriacką banderą. Też idzie na silniku. Przy sterze nie widać
                  nikogo. Na jego pokładzie dziobowym wylegują się jakieś dwa ciała
                  wystawiając się do słońca. W kokpicie unosi się jednak jakaś głowa i
                  jej posiadacz machaniem ręki odpowiada na nasze pozdrowienie. Znaczy
                  się płyną czujnie. Rozglądamy się za jakimiś delfinami, ale tych ani
                  śladu. O godzinie trzynastej sprawdzam ciśnienie, licząc, że może
                  choć trochę drgnie w jedną lub w drugą stronę. Nic z tego, ustaliło
                  się na poziomie 1010 i ani nawet na gram nie odchyliło się od
                  wskaźnika, który ustawiłem rano przy wyjściu z zatoki.
                  W końcu jednak docieramy do Trimeson – północnego przylądka Siros.
                  Odkryte ślady cywilizacji na tej wyspie świadczą o tym, że była ona
                  zamieszkała już około 2800 lat pne. W średniowieczu francuscy
                  kapucyni szerzyli na Siros chrześcijaństwo i większość mieszkańców
                  stanowili katolicy, ale w czasie powstania greckiego przybyło tu
                  wielu prawosławnych uciekinierów. W XIX w wyspa stała się bogatym i
                  ważnym portem nie tylko Grecji, ale także wschodniej części Morza
                  Śródziemnego.
                  Płyniemy początkowo wzdłuż północno-wschodniego brzegu wyspy.
                  Kształt wyspy w tej części sprawia, że brzeg ten stopniowo staje się
                  jej wschodnim brzegiem. Brzegi Siros są również zielone. Czyżbym
                  miał zobaczyć zielone Cyklady?
                  Po godzinie od chwili kiedy minęliśmy północny cypel wyspy docieramy
                  do Ermoupolis.
                  Stolica Siros i główne miasto Cyklad nazwane tak zostało na cześć
                  Hermesa. Mitologia nie podaje jednak, aby ten syn Zeusa i Mai –
                  jednej z pięknych Plejad – był w jakiś szczególny sposób z tą wyspą
                  związany. Zadecydowało raczej to, że był patronem kupiectwa.
                  Złośliwi przypominają jednak, że Hermes jest również patronem
                  złodziei, gdyż jeszcze będąc w pieluchach ukradł woły swojego
                  boskiego brata Apollona oraz, że był też ostatnim przewodnikiem i
                  odprowadzał dusze do wrót Hadesu.
                  Port Ermoupolis już dawno stracił na znaczeniu na rzecz Pireusu,
                  jednak w XIX w był ważnym portem Grecji z wielką naturalną
                  przystanią, ze dynamicznie rozwijającą się stocznią, z dokami
                  węglowymi. Był najczęściej odwiedzanym greckim portem.
                  Miasto widoczne jest już jak na dłoni. Rozłożone na dwóch wzgórzach
                  Vrondado i Ano Siros.
                  U stóp tego bliżej nas widoczne wieże kościoła Agios Nikolaos z I
                  połowy XIX w. Wznoszą się nad nim dwie bliźniacze dzwonnice i
                  charakterystyczna błękitno-złota kopuła. Ponad kościołem Agios
                  Nikolaos góruje wzgórze Vrondado, na którym znajduje się widoczny
                  nawet z daleka kościół z niebieską kopułą. To ortodoksyjny grecki
                  kościół Zmartwychwstania Pańskiego - z greckiego Anastasis – stąd
                  zapewne wzięła się podawana często błędna informacja, że jest to
                  cerkiew Św. Anastazji. Kościół został wybudowany w 1821 r. a na
                  wzgórzu rozłożyła się zaś grekokatolicka dzielnica o tej samej
                  nazwie co wzgórze..
                  To drugie wzgórze górujące nad miastem to Ano Siros.
                  Na wzgórzu tym rozłożyła się średniowieczna katolicka dzielnica Ano
                  Siros znana również jako Apano Chora lub Kastro. Na szczycie wzgórza
                  widać średniowieczny klasztor kapucynów Agios Ioannis (św. Jana)
                  ufundowany przez króla Francji Ludwika XIII i wybudowany w 1535 r z
                  przeznaczeniem na przytułek oraz kościół Ayios Yeoryios znany jako
                  katedra Św. Jerzego.
                  Mijamy główki i wpływamy do rzeczywiście wielkiego basenu portowego.
                  Mijamy suchy dok, w którym jak zwykle remontowany jest jakiś statek
                  Po prawej naszej burcie widzimy budynki tutejszej wyższej szkoły
                  morskiej i kierujemy się do miejsca gdzie stają jachty. Jest tyle
                  miejsca, że możemy wybrać sobie miejsce gdzie chcemy stanąć.
                  Wybieram miejsce takie żeby można było wygodnie założyć cumy a
                  jednocześnie żeby było blisko słupka z wodą i energią elektryczną.
                  O godzinie siedemnastej zakładamy cumy w Ermoupolis. Wzdłuż tej
                  części nabrzeża ulokowały się liczne tawerny. Nasz trap dzieli od
                  stolików dwa kroki. Można powiedzieć, że cumy niemal założyliśmy na
                  ich nogi.
                  Wychodzimy do miasta na krótki rekonesans i w celu uzupełnienia
                  prowiantu o warzywa i pieczywo. Przy okazji zaglądamy na Platia
                  Miaoulis - centralny plac miasta, wyłożony marmurem, z rosnącymi na
                  nim palmami i otoczony kawiarniami i pizzeriami. Nazwę tę nadano mu
                  na cześć bohatera wojny o niepodległość admirała Andreasa Miaoulisa.
                  Przy placu stoi klasycystyczny ratusz wzniesiony w 1876 r wg
                  projektu niemieckiego architekta Ernsta Zillera. Naprzeciw ratusza
                  stoi pomnik admirała Miaoulisa.
                  Część sklepów jest jednak już pozamykana, bo to przecież jeszcze nie
                  sezon. Jednak jakieś jogurty, sery, soki udaje nam się dokupić.
                  Odnosimy je na jacht, który stoi w porcie znajdującym się tuż obok.
                  Później wspinamy się na Ano Siros. Idąc wąskimi uliczkami, pokonując
                  setki schodów mijamy dziesiątki kotów leniwie wylegujących się na
                  nagrzanych marmurowych stopniach. Mijamy pięknie kwitnące bugenwilie
                  rozpięte na ścianach domów tworzące ponad uliczkami barwne
                  baldachimy. Idziemy ulicą wysadzoną po obu stronach drzewami
                  pomarańczowymi, na których widać mnóstwo dojrzałych owoców.
                  Zastanawiamy się jak długo one wiszą na tych drzewach, bo wiele z
                  nich widać, że jest już nawet pokrytych czarnymi plamami. Kiedy więc
                  one dojrzewały, bo mamy przecież dopiero maj?
                  • amigo50 Ermoupolis c.d. 16.06.08, 21:38
                    Wspinamy się w stronę klasztoru. Docieramy do katedry. Choć to
                    poniedziałek, to katedra jednak jest otwarta.
                    Schodzimy pomału w dół kierując się jednak do tawerny, którą
                    wypatrzyliśmy idąc w górę. Zajmujemy miejsca przy stole na tarasie,
                    z którego roztacza się piękny widok na zatokę, nad którą leży
                    Ermoupolis, na leżącą niemal na wprost portu wyspę Gaidharos ze
                    znajdującą się na niej latarnią morską, na całe miasto i oczywiście
                    na leżące tuż obok wzgórze Vrondado. Na ścianie nad nami wisi
                    ciekawy obraz. Przedstawia on widok z portu na wzgórza Ano Siros i
                    Vrondado ale zabudowane i zamieszkałe jest jedynie wzgórze Ano
                    Siros. Vrondado jest dziewiczo puste. Historia to czy jakieś
                    antagonizmy?
                    Po kolacji schodzimy w dół w stronę portu. Przechodzimy uliczkami u
                    podnóża Vrondado, ale do cerkwi już się nie wspinamy. Idziemy w
                    kierunku kościoła Agios Nikolaos. Ten kościół jest jednak zamknięty.
                    Pozostaje nam jedynie podziwianie efektownie podświetlonej bryły
                    kościoła i dzwonnic. W małym parku naprzeciw kościoła oglądamy
                    niepozorny pomnik. To pierwszy na świecie pomnik nieznanego
                    żołnierza – dzieło cykladzkiego rzeźbiarza Witalisa, który jest
                    także autorem znacznie ciekawszego i efektownego marmurowego
                    ikonostasu znajdującego się w tym kościele.
                    Idąc dalej docieramy do placu Plateia Wardaka, przy którym stoi
                    zaprojektowany w 1864 r przez francuskiego architekta Chabeau Teatr
                    Apollo wzorowany podobno na mediolańskiej La Scali. Ha, gdybyśmy
                    podczas pobytu w Mediolanie wiedzieli, że przyjdzie nam dokonywać
                    takich porównań, to pewnie bacznie przyglądalibyśmy się oryginałowi.
                    Faktem natomiast jest, że jest to pierwszy w Grecji i czynny do
                    dzisiaj budynek teatru operowego, co dodaje mu znaczenia w ojczyźnie
                    klasycznego teatru dramatycznego. Teatr ten został ostatnio
                    odrestaurowany dzięki dotacjom z Unii Europejskiej.
                    Po kilku krokach dochodzimy do Platia Miaoulis. Mijamy efektownie
                    oświetlony ratusz i po kilkudziesięciu kolejnych metrach dochodzimy
                    do portu.
                    Jutro planujemy przejście na Mykonos. To w linii prostej zaledwie
                    osiemnaście mil. Nie musimy więc wychodzić tak wcześnie. Siadamy
                    więc w knajpce w pobliżu naszego jachtu. Czas spróbować ouzo.

                    • amigo50 Mijając Częstochowę 18.06.08, 07:08
                      6. Mijając Częstochowę

                      Następnego dnia, po raz pierwszy od kilku dni, to słońce wstaje
                      wcześniej od nas. Budzimy się kiedy jest już wysoko. Na rano mamy
                      zaplanowane zakupy, których nie udało nam się dokonać wczoraj.
                      Piotrek wysłany z listą wraca dość prędko przynosząc wszystko co na
                      niej było. Teraz spokojne śniadanko i o godzinie jedenastej oddajemy
                      cumy. Robimy jeszcze kółeczko w basenie aby przepuścić wchodzący
                      prom i pomału pozostają za nami Ano Siros, Vrondado, suchy dok,
                      główki portu. Oddala się Ermoupolis pięknie teraz oświetlone przez
                      słońce.
                      Mijamy kolejny prom wchodzący do stolicy Cyklad i stawiamy żagle, bo
                      tym razem trochę wieje. Prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie aby miało
                      być inaczej, bo kanał pomiędzy Siros a Mykonos to przecież
                      najbardziej wietrzne miejsce na Cykladach.
                      Nie ma jednak tego wiatru aż tyle ile byśmy chcieli. Wprawdzie na
                      żaglach, ale z prędkością tylko około czterech węzłów, płyniemy
                      biorąc początkowo kurs na Tinos. W pewnej chwili nieco w lewo od
                      naszego kursu nad powierzchnią wody prześlizguje się szare cielsko
                      delfina. Pojawia się tylko na moment, ale nie uszło to naszej
                      uwadze. Wkrótce pojawia się po raz kolejny, i jeszcze raz, i jeszcze
                      raz. Płynie w naszą stronę. Za tym pierwszym dostrzegamy kolejnego.
                      Płynie torem tego pierwszego w pewnej od niego odległości.
                      Rozglądamy się czy nie ma ich więcej, ale wydaje się, że to jedyne
                      osobniki, które miały jakiś interes w tej części Egeo i tylko
                      przypadek sprawił, że ich trasa przebiegała w pobliżu naszej burty,
                      gdyż przecinając nasz kurs za rufą i nie okazując żadnego
                      zainteresowania nami odpłynęły gdzieś w siną dal. Widocznie mają
                      jakiś interes do załatwienia w stolicy Cyklad.
                      Wczoraj przez długi okres czasu mój telefon pokazywał, że znajdujemy
                      się „poza zasięgiem”. Dzisiaj pokazuje komplet antenek, więc
                      korzystam z okazji i wolnego czasu i wysyłam sms-y do znajomych.
                      Tymczasem zbliżamy się do Tinos.
                      To jak to? Mieliśmy płynąć na Mykonos a zbliżamy się do Tinos?
                      No tak to w tym żeglarstwie jest. Nie zawsze daje się płynąć
                      dokładnie w kierunku wyznaczonego celu. Czasami trzeba do celu
                      dopłynąć wężykiem, bo jacht pod wiatr płynąć nie chce.
                      Jesteśmy tak blisko Tinos, że widać dokładnie miasto. Widać górujący
                      nad miastem kościół Zwiastowania – Panagia Ewangelistrias, w którym
                      znajduje się cudowna ikona z Archaniołem Gabrielem zwiastującym
                      Marii nowinę. Historia jej odnalezienia jest bardzo ciekawa, ale to
                      temat na inną opowieść, może wtedy kiedy popłyniemy na Tinos?
                      Ikona ta znana jest w całej Grecji jako Megalochari, słynie z wielu
                      cudownych uzdrowień i jest celem licznych pielgrzymek a Tinos
                      zyskało miano greckiej Częstochowy. 15 sierpnia zjeżdżają i spływają
                      tutaj pielgrzymi z całej Grecji. Wielu z nich ostatni etap swojej
                      pielgrzymki wiodący z portu do cudownej ikony pokonuje na kolanach.
                      Wszyscy uczestniczą w odbywających się tutaj w tym dniu wielkich
                      uroczystościach, które poprzedza procesja łodzi rybackich i jachtów
                      na wodzie a później, również w procesji, pielgrzymi wędrują z portu
                      do kościoła.
                      Byliśmy tak blisko, że przez chwilę przemknęło mi nawet przez głowę,
                      że może by tak tutaj wejść, ale szybko tę myśl porzuciłem i aby tego
                      typu pomysły nie przychodziły mi już do głowy zrobiliśmy zwrot. Tym
                      razem nasz dziób skierowany był już na port w Mykonos. Na nowy port,
                      który wybudowany jest (a raczej należałoby powiedzieć, że od kilku
                      lat jest w ciągłej budowie) około 2,5 km na północ od starej
                      przystani.
                      Pamiętam jeszcze czasy kiedy stało się jachtami w starej marinie.
                      Bywało ciasno, promy robiły wiele zamieszania wchodząc do płytkiego
                      basenu portowego, ale było bardzo kameralnie i tuż obok miasta.
                      Nowa marina na razie nie spełnia oczekiwań żeglarzy, bo miejsca jest
                      niewiele więcej, bo sporą część portu zajmują łodzie i kutry
                      rybackie, bo port jest bardzo odległy do miasta. Za to promy i
                      statki przybywające do niej stają po zewnętrznej stronie i posiada
                      już węzeł sanitarny na bardzo przyzwoitym poziomie. To co jednak
                      jest chyba najbardziej kłopotliwe w nowej marinie, to funkcjonujące
                      w tej chwili rozwiązanie postoju jachtów. W porcie stoi się rzucając
                      kotwicę z dziobu i zakładając dwie cumy rufowe na nabrzeżu, ale jest
                      to stanie z reguły burtą do wiejącego wiatru, gdyż większość
                      wiatrów, większość silnych wiatrów tutaj wieje z kierunku
                      północnego. Wydaje się, że koniecznym docelowym rozwiązaniem będzie
                      założenie mooringów, ale będzie to możliwe dopiero po zakończeniu
                      budowy.
                      O tym, że budowa jeszcze ciągle trwa przekonujemy się już wkrótce,
                      gdyż wpływając do basenu portowego widzimy kształty zarysowujących
                      się nowych nabrzeży, maszyny budowlane stojące na nabrzeżu i
                      pływających platformach. Wszystko to fajnie, tylko jak długo to
                      jeszcze będzie trwać?
                      Szukamy miejsca do zaparkowania. W całym porcie znajdujemy tylko
                      jedno, pomiędzy jachtami pod belgijską i austriacką banderą. Chwilę
                      trwa zanim znajdujemy właściwe miejsce do rzucenia kotwicy, tak aby
                      nie zaczepić kotwic czy łańcuchów innych jachtów a jednocześnie aby
                      uwzględnić kierunek wiejącego wiatru i choć jest on bardzo słaby w
                      tej chwili, to liczymy się z tym, że może on zmienić i siłę i
                      kierunek. Pierwsza próba nie wypada najlepiej, dlatego szybko
                      podchodzimy raz jeszcze i rzucamy kotwicę ponownie. Teraz jest dużo
                      lepiej. Rufą wjeżdżamy pomiędzy Austriaka i Belga, z których ten
                      drugi początkowo cały czas z dziobu pokazuje nam kierunek, w którym
                      ma położoną swoją kotwicę a później schodzi na keję i odbiera naszą
                      cumę rufową.
                      Jest piętnaście minut do godziny siedemnastej. Stoimy.
                      • gacek95 Poszłam dziś na wagary... 18.06.08, 17:59
                        otworzyłam sobie google satelitarne, obok Twoją relację i tak mi fajnie upływały
                        godziny- wszystko sobie prześledziłam, zbliżałam i oddalałam na przemian żeby
                        wszystko sobie w głowie ułożyć. Fajne wagary miałam- Amigo dziękismile)
                      • amigo50 Mykonos 18.06.08, 23:06
                        7. Mykonos

                        Niewiele wiadomo o starożytnej historii wyspy Mykonos. Pozostawała
                        zawsze w cieniu leżącej tuż obok Delos. Wiadomo, że istniało na niej
                        starożytne miasto. Zlokalizowane było prawdopodobnie w głębi wyspy
                        na wzgórzu Palaiokastro, na którym później wzniesiono zamek wenecki
                        a w XVII w wzniesiono na tym miejscu czynny do dzisiaj klasztor
                        Moni Palaiokastru.
                        Od 1207 r Mykonos pozostawało pod władzą Wenecjan, jednak w 1615 r
                        mieszkańcy powołali do życia Wspólnotę Mykonos, wypowiedzieli
                        posłuszeństwo Wenecji i stali się samowystarczalni.
                        ...a współczesna Mykonos?
                        Najpierw licznie odwiedzali ją intelektualiści, później była ostoją
                        gejów i nudystów. Dzisiaj jest jedną z najliczniej odwiedzanych
                        przez turystów i ma miano najbardziej rozrywkowej wyspy. My
                        oczywiście spróbujemy zweryfikować te opinie, a przynajmniej
                        niektóre z nich -zwłaszcza te o wyjątkowej urodzie miasteczka.
                        Wybieramy się w tym celu do miasta. Z nowego do starego portu jest
                        możliwość dojazdu autobusem, który kursuje co około pół
                        godziny...ale w sezonie. Teraz, przed sezonem autobusy jeżdżą
                        rzadziej. Pierwszy z nowego portu wyjeżdża o wpół do dziewiątej
                        rano, ostatni ze starego portu o dwudziestej drugiej. Nam przyszło
                        iść do miasta na piechotę. Idziemy więc wzdłuż wąskiej i ruchliwej
                        drogi. Po około półgodzinie dochodzimy do starego portu. W porcie
                        kołysze się tylko kilka rybackich łódek, kilka motorówek i trzy małe
                        stateczki, które wożą turystów na Delos.
                        W mieście spotykamy jednak wielu turystów. Nie jest ich wprawdzie
                        tyle co w sezonie, ale i tak jest ich bardzo dużo. Tłumy te
                        przybywają tutaj głównie dla pięknych plaż na Mykonos i osobliwego
                        miasteczka. Wbijamy się stopniowo w jego uliczki.
                        Najpierw kierujemy się w kierunku szczególnej budowli znajdującej
                        się w kastro. Budowla ta to kościół Panagia Paraportiani. Wzniesiony
                        on jest w miejscu gdzie kiedyś znajdowała się boczna brama
                        średniowiecznej twierdzy (paraporti). Jego część pochodzi z 1425 r a
                        część z XVI i XVII w. Tworzy go pięć kaplic – cztery w części
                        parterowej i piąta postawiona na nich. Kościół ten jest jednym z
                        najbardziej znanych obrazków z Cyklad i na Mykonos mogą z nim
                        konkurować jedynie wiatraki na wysokim brzegu nad zatoką i
                        malownicza Alefkandra zwana Małą Wenecją.
                        Idziemy i my w ich stronę krętymi uliczkami wśród których łatwo się
                        zagubić, pomiędzy olśniewająco białymi domkami. Stanowią one o
                        niewątpliwej urodzie tego miasteczka. Wiele źródeł podaje, że
                        uliczki Mykonos były celowo budowane w taki pogmatwany sposób aby
                        dezorientować piratów, którzy dokonywali tutaj częstych napadów.
                        Zaglądamy do najróżniejszych sklepików, które wychodzą na wąskie
                        uliczki.
                        Kiedy dochodzimy do Alefkandry większość ze stolików znajdujących
                        się tuż nad wodą jest już zajęta. Ludzie gromadzą się czekając na
                        zachód słońca. Widowisko to nie jest może tak znane jak to w Ia na
                        Santorini, ale też gromadzi zawsze tłumy. Przeciskamy się pomiędzy
                        stolikami, jednak w chwili kiedy słońce dotyka horyzontu
                        zatrzymujemy się na chwilę. Strzelają migawki aparatów. Później
                        wdrapujemy się jeszcze do wiatraków, zaglądamy do kościółków, z
                        których wiele jest jeszcze otwartych. Wśród nich jednym z pierwszych
                        jest niepozorny kościółek tuż obok Małej Wenecji. Nie ma w nim
                        ikonostasu a wystrój jakżeż skromny. To kościółek, który pełni
                        funkcję katedry kościoła rzymsko-katolickiego.
                        Ostatnim autobusem wracamy na jacht.
                        Na jutro mamy zaplanowany wyjazd na Delos. Chcemy popłynąć tam
                        pierwszym promem, który odpływa ze starego portu o godzinie
                        dziewiątej rano. Do portu trzeba się więc będzie dostać na pieszo.
                        Aby zdążyć na czas musimy wyjść z jachtu nie później niż dziesięć po
                        ósmej rano.

                        • amigo50 Delos cz.I 21.06.08, 05:11
                          8. Delos

                          Po śniadaniu wychodzimy z jachtu prawie o zaplanowanej porze, jednak
                          po drodze stopniowo podkręcamy tempo aby zdążyć na czas. W biurze na
                          nabrzeżu w starym porcie kupujemy bilety powrotne na prom. Od
                          ubiegłego roku podrożały znacząco. Kosztują teraz 12,50 euro. W
                          ostatniej niemal chwili docieramy na prom. Płyniemy na Delos.
                          Niegdyś wyspa ta nazywała się Ortygia i dryfowała po morzu nie mogąc
                          znaleźć miejsca na stałe osadzenie. Dopiero, kiedy jako jedyna
                          zgodziła się przyjąć brzemienną Ledę, która urodziła na niej
                          Apollina i Artemidę – boskie bliźnięta z nieprawego łoża, których
                          ojcem był Zeus – została przez Posejdona osadzona na stałe na
                          czterech diamentowych kolumnach. Otrzymała także nazwę Delos –
                          Błyszcząca, gdyż na niej urodził się Apollo, promienny bóg światła.
                          Wyspy, które kręgiem (z greckiego ciclos) otaczały Delos nazwane
                          zostały Cykladami.
                          Tyle w największym skrócie mitologia. Historia wyspy jest bogata w
                          wydarzenia, które w dużej mierze wynikały ze szczególnego charakteru
                          wyspy i z tego, że była miejscem szczególnego kultu Apollina.
                          Ślady najstarszego osadnictwa na wyspie znaleziono na górze Kinthos
                          i pochodzą sprzed roku 2000 pne.
                          Około 1000 r pne na wyspę przybyli Jonowie, którzy wprowadzili na
                          niej kult Apollina. Do jego sanktuarium pielgrzymowali mieszkańcy z
                          całego basenu Morza Śródziemnego aby złożyć tutaj dary wotywne i
                          ofiary ze zwierząt.
                          Z czasem Jonowie ustanowili tu Delia, odbywające się co cztery lata
                          igrzyska delijskie – wielkie święto ku czci Apollina, w czasie
                          którego odbywały się zawody sportowe i muzyczne. Było to największe
                          święto w Grecji aż do IV w pne.
                          Przez tysiąc lat świątynia Apollina stanowiła główny ośrodek kultu
                          na Morzu Egejskim a Delos stanowiło główny ośrodek życia
                          politycznego.

                          Nasz prom przybija do Delos po około dwudziestu pięciu minutach.
                          Nie ma tutaj dzisiaj żadnego portu, ledwie kawałek betonowego
                          nabrzeża i trudno dziś sobie wyobrazić, że kiedyś Delos było bardzo
                          ważnym centrum handlowym a po tym jak w 146 r. p.n.e. Rzymianie
                          zburzyli Korynt i Kartaginę stało się jednym z najważniejszych miast
                          handlowych i portowych starożytności. Kwitł tutaj m.in. handel
                          niewolnikami. Z tego okresu pochodzą doki, mola i inne urządzenia
                          portowe, których pozostałości zostały odnalezione w zatoce tuż obok.
                          • amigo50 Delos cz. II 21.06.08, 05:13
                            Zwiedzanie wyspy rozpoczynamy tuż za bramką, przy której przychodzi
                            nam uiścić opłatę w wysokości 5 euro. Swoją drogą to i dziwne i
                            śmieszne, że opłata za zwiedzanie tej wyspy jest w tej samej
                            wysokości co opłata za zwiedzanie sanktuarium na Sounion.
                            Zwykle przyjmujemy kierunek zwiedzania wyspy zgodny z ruchem
                            wskazówek zegara. Tym razem postanawiamy przyjąć kierunek odwrotny
                            aby móc więcej czasu poświęcić dzielnicy teatralnej i wcześniej,
                            przy, mamy nadzieje niższej temperaturze, wejść na szczyt Kinthos.
                            Wchodzimy w dzielnicę teatralną. W czasach rozkwitu Delos,
                            szczególnie w II w pne, powstawały tu liczne budowle użyteczności
                            publicznej i prywatne pałace. Niektóre z nich miały bogate kolumnowe
                            dziedzińce i efektowne mozaiki.
                            Jednym z pierwszych napotkanych budynków jest Dom Dionizosa. Nazwę
                            bierze od efektownej mozaiki w patio przedstawiającej Dionizosa na
                            lamparcie. O kunszcie dawnych mistrzów niech świadczy oko lamparcie,
                            które wykonane jest z 29 kamyków (tesserae).
                            Tuż obok, zbaczając nieco z głównej drogi, zwabieni widocznymi z
                            daleka efektownymi posągami, trafiamy na Dom Kleopatry a w nim dwa
                            bezgłowe posągi przedstawiające Kleopatrę i jej męża Dioskuridesa.
                            Była to słynąca z miłości i wierności para. Niektórzy mówią, że
                            posągi te są wizualizacją powiedzenia „stracić dla kogoś głowę”.
                            Idąc dalej uliczkami pomiędzy pozostałościami budynków zaglądamy do
                            niektórych z nich. W wielu miejscach na ścianach widoczne są jeszcze
                            pozostałości grubych, często kilkuwarstwowych wypraw tynkarskich na
                            ścianach a na nich ciągle utrzymujące się pozostałości powłok
                            malarskich do dzisiaj jeszcze zachowujących kolory mimo, że budynki
                            nie są zadaszone i wystawione są na działanie deszczu, słońca i
                            wiatru. Wiele tynków jest boniowanych. Pod kamiennymi płytami ulic i
                            chodników dostrzec można kanały miejskiej sieci kanalizacyjnej. W
                            pobliżu napotykamy na nieźle zachowaną cysternę zbierającą wodę ze
                            zbocza otaczającego teatr. Woda ta używana była później do
                            zaopatrywania miasta.
                            I w końcu dochodzimy do amfiteatru.
                            Zbudowany został w 300 r p.n.e. w naturalnej niecce pomiędzy górą
                            Kinthos a morskim brzegiem. Mógł pomieścić 5500 widzów.
                            Część z nas pozostaje na scenie, część wspina się na kamienne ławy
                            widowni i sprawdzamy ile prawdy jest w opowieściach o niesamowitej
                            akustyce tych obiektów. Potwierdzamy. Mimo upływu dwudziestu trzech
                            wieków, mimo znacznych zniszczeń elementów budowli, akustyka działa
                            do dzisiaj. Kiedy rozmawiamy swobodnie na scenie jesteśmy dobrze
                            słyszani w różnych punktach widowni.
                            Za teatrem napotykamy Dom Masek. Był prawdopodobnie kwaterą dla
                            aktorów. W domu odnajdujemy na posadzce efektowną mozaikę
                            przedstawiającą opiekuna teatru, Dionizosa, jadącego na panterze.
                            Nieco dalej napotykamy Dom Delfinów. Nazwę swą wziął od efektownej
                            mozaiki z delfinami znajdującej się w patio.
                            Chodząc po domach i uliczkach co raz uciekają nam spod nóg szybkie
                            jak błyskawice i równie płochliwe jaszczurki. Na kamieniach
                            wygrzewają się równie płochliwe jak jaszczurki gekony. Jedne i
                            drugie ubarwione na zielono i brązowo. Jedynie kolory głów gekonów
                            są różne – często żółte i czerwone. Ich obecność nas nie dziwi. Były
                            tu zawsze kiedy my byliśmy i pewnie są od zawsze. Moje zdumienie
                            budzą natomiast dywany zielonych porostów, mniej lub bardziej
                            kolczastych, często kwitnących, całe kobierce kolorowych kwiatów,
                            kępy kwitnących intensywnie czerwonych maków i mnóstwo innych,
                            których nazwać nawet się nie podejmuję.
                            Pomiędzy domami skalne ogródki, kwiatowe kobierce poprzetykane a to
                            kolorową skałą, a to kawałkiem kolumny, a to głowicą innej. Ogródki
                            jakich nie wymyśliłby nawet najlepszy projektant zieleni i małej
                            architektury.
                            Nigdy nie widziałem takiej Delos. Nie wyobrażałem sobie, że Delos
                            taka może być.
                            Jestem pod mocnym wrażeniem.
                            • amigo50 Delos cz. III 21.06.08, 05:14
                              Kamiennymi schodami wspinamy się na Kinthos, najwyższy szczyt wyspy
                              wznoszący się 113 m ponad otaczające wyspę morze. Na jej zboczach
                              polował na kozice Apollo kiedy był 4-ro letnim chłopcem. Z rogów
                              tych kozic sam zbudował ołtarz, który przez niektórych zaliczany był
                              do cudów starożytnego świata.
                              Kozic wprawdzie nie spotykamy, ale znów ta zieleń. Zieleń na
                              stokach, zieleń wzdłuż schodów, kwiaty pomiędzy kamieniami, z
                              których schody są zbudowane. Wrażenie nie ustępuje.
                              Jesteśmy na szczycie. Wspaniały widok jaki roztacza się z tego
                              miejsca na okoliczne wyspy jest dzisiaj nieco przesłonięty przez
                              mgiełkę unoszącą się nad intensywnie ogrzewanym przez słońce morzem.
                              Mimo to widoczna jest sąsiednia Renea, Mykonos, Tinos, Siros. Na
                              południu majaczą we mgle ciemniejsze nieco odległe Paros i Naxos.
                              Nie ma nawet najmniejszego wiaterku.
                              Podziwiamy widoki – te odległe i te całkiem bliskie. Cała Delos jest
                              w zasięgu wzroku. Wierzyć się nie chcę, że tę malutką wysepkę
                              zamieszkiwało w szczytowym okresie nawet 20 tys. ludzi. Wierzyć się
                              nie chce, że ta mała wysepka odegrała tak ważną rolę w historii i
                              nawet najeźdźcy rolę tę uznawali i respektowali.
                              Naksyjczycy, którzy około 700 r p.n.e. przejęli kontrolę nad wyspą i
                              nad sanktuarium Apollina uznali nawet boski charakter wyspy i
                              przyczynili się do jej rozkwitu.
                              Nawet tyran Samos który zdobył Cyklady w 550 r p.n.e. respektował
                              nietykalność Delos.
                              Ateńczycy, widząc ciągły rozwój wyspy i świadomi jej boskiego
                              charakteru, w 478 r p.n.e. ustanowili Delos siedzibą I Ateńskiego
                              Związku Morskiego (tzw. symmachii delijskiej) – koalicji założonej
                              przez Ateny a skierowanej przeciwko Sparcie i chociaż Delos
                              członkiem Związku nie była, to jednak właśnie tutaj złożony został
                              skarb Związku i tutaj pozostawał przez 24 lata, aż do czasu, kiedy
                              został przeniesiony do Aten pod pozorem konieczności zapewnienia mu
                              większego bezpieczeństwa na wypadek wojny z Persją.
                              Chociaż 422 r p.n.e. Ateńczycy wypędzili Delijczyków do Azji
                              Mniejszej, to Ci jednak w roku następnym wrócili na wyspę.
                              Zadecydowało umiłowanie wyspy i chęć powrotu pod opiekę Apollina
                              tam, gdzie jego wpływy były najbardziej odczuwalne - na wyspę, na
                              której bóg przyszedł na świat i otaczając ją w sposób szczególny
                              swoją boską opieką zyskiwał tym większy szacunek i uznanie jej
                              mieszkańców.
                              Odczuwając poparcie Apollina i wierząc w jego boską opiekę
                              Delijczycy w 314 r p.n.e. proklamowali niezależność wyspy od Aten i
                              Delos stała się neutralnym ośrodkiem wolnego związku wyspiarzy.
                              W 250 r p.n.e. wyspę zasiedlili Rzymianie po to jednak aby w 166 r
                              p.n.e. zwrócić ją Atenom. Od tego czasu na wyspie nastąpił rozkwit
                              handlu.
                              Opływająca w dostatek i bogactwo Delos była łakomym kąskiem, na
                              który wielu miało ochotę. Ich zapał studziła jednak obawa gniewu
                              Apollina i jego boskiej siostry Artemidy. Pamiętali jaki rodzeństwo
                              zgotowało Niobe, kiedy ta starała się wyrządzać krzywdę i upokarzać
                              ich matkę i nikt nie chciał podzielić losu jej siedmiorga synów i
                              siedmiu córek, które zostały zamienione w kamień. Pamiętali ból tej
                              córki Tantala, która jak posąg stała nad nimi przez dziewięć dni i
                              nocy nie mogła wydobyć z siebie okrzyku bólu i nie mogła uronić ani
                              jednej łzy.
                              Jednak w 88 r p.n.e. Delos zostało złupione przez króla Pontu
                              Mitrydatesa VI a mieszkańcy zostali wycięci w pień lub uprowadzeni w
                              niewolę.
                              W 69 r p.n.e. wyspa została ponownie złupiona podczas kolejnego
                              ataku piratów.
                              Rozglądamy się z góry szukając śladów fortyfikacji obronnych, które
                              po tych atakach zbudowali panujący w tym czasie na wyspie Rzymianie.
                              Niektóre fragmenty pozostałych murów mogą wskazywać na takie właśnie
                              ich przeznaczenie. Mimo podejmowanych starań wyspa nigdy więcej nie
                              wróciła już do swego dawnego znaczenia.
                              W 42 r p.n.e. Ateny odzyskały kontrolę nad Delos, ale podupadła ona
                              już zupełnie i nic nie mogło wskrzesić jej dawnej świetności a
                              rozwój chrześcijaństwa, który nastąpił wkrótce spowodował, że jej
                              potęga i sława zaczęła przemijać i wyspa popadła w zapomnienie.
                              Patrzymy ze szczytu na tę niewielką, mierzącą nawet nieco mniej niż
                              4 kilometry kwadratowe wysepkę. Patrzymy i myślimy nad tym jakie
                              może mieć znaczenie dla świata i co może dla niego i jego
                              przyszłości uczynić jedna para bliźniąt.

                              "Ze szczytu Kinthos na zielonym Delos pozdrowienia dla wszystkich
                              forumowiczów"
                              - takiego sms-a wysłałem do Bebiaczka licząc po cichu na to, że
                              wyskrobie coś na Forum. Wiem, że informacja ta przyniesie
                              wspomnienie tym, którzy już tutaj byli i być może zachęci do
                              przyjazdu tych, którzy tu jeszcze nie dotarli.

                              • amigo50 Delos cz. IV 21.06.08, 05:16
                                Schodzimy pomału ze szczytu.
                                Nieco poniżej napotykamy Izydejon, świątynię poświęconą egipskiej
                                bogini Isis. Jej kult rozprzestrzenił się od momentu podboju Egiptu
                                przez Aleksandra Macedońskiego we wszystkich koloniach greckich i w
                                całym basenie Morza Śródziemnego. Jako patronka marynarzy i kupców
                                szczególnie była czczona w miastach nadmorskich i tam uzyskiwała
                                przydomek „Pelagia” czyli „Morska”.
                                Z miejsca, w którym wybudowano świątynię miała bogini doskonały
                                wgląd na powierzoną jej pieczy dziedzinę. Frontowa ściana tej
                                doryckiej świątyni utworzona jest z czterech marmurowych kolumn i
                                skromnego, bo niewielkiego frontonu. Ściana tylna i ściany boczne
                                wykonane były z kamienia.
                                Nie zatrzymujemy się tutaj dłużej, ot jedynie na tyle ile czasu
                                potrzeba na zrobienie zdjęć i idziemy dalej, gdyż słońce praży coraz
                                mocniej. Docieramy do muzeum, w którym zgromadzono wiele ciekawych
                                eksponatów znalezionych podczas trwających na wyspie od 1873 r prac
                                wykopaliskowych zapoczątkowanych przez archeologów francuskich.
                                W muzeum znajdują się także słynne lwy, które strzegły niegdyś
                                Świętego Jeziorka. Wykute zostały pod koniec VII w p.n.e. z
                                pochodzącego z Naksos marmuru.
                                Początkowo było ich ... i tutaj pojawiają się w różnych źródłach
                                różne informacje : a to dziewięć, a to jedenaście, a to piętnaście,
                                ale do dziś zachowało się ich pięć. W latach 2000 – 2002 lwy
                                przeszły konserwację i po niej przeniesione zostały do muzeum na
                                Delos a na cokołach w alei lwów ustawione zostały wierne ich kopie.
                                Siadamy na tarasie kafejki znajdującej się tuż obok muzeum.
                                Zamawiamy świeży sok z pomarańczy z dużą ilością lodu. Tutaj
                                postanawiamy, że ci, którzy jeszcze mają ochotę idą zwiedzać wyspę
                                dalej, zaś ci, którzy już mają dość zwiedzania wcześniejszym promem
                                wybiorą się do Mykonos. Spotkamy się gdzieś tam...
                                Ostatecznie okazuje się, że na dalsze zwiedzanie pozostaliśmy z
                                Basią sami.
                                Dziewczyny powędrowały do portu wybierając drogę prowadzącą przez
                                Sanktuarium Dionizosa. W sanktuarium tym około 300 r p.n.e. na
                                postumentach umieszczono ogromne fallusy. Był to czas kiedy na
                                wyspie panował kult fallusa.
                                Za dziewczynami podreptali panowie, więc to chyba zmęczenie
                                zadecydowało o wyborze najkrótszej drogi. Widać wędrówka dała się im
                                wszystkim we znaki.
                                My zaś udaliśmy się ścieżką prowadzącą wokół Świętego Jeziora. Dziś
                                jest to wyschnięty płaski teren otoczony kamiennym murem, który
                                wyznacza zasięg jeziora w czasach hellenistycznych. Na środku
                                jeziora krzewy tworzą dzisiaj zieloną wyspę, nad którą góruje palma.
                                Powinienem napisać tak jak podaje większość przewodników, że jest to
                                jedyna na wyspie palma i rośnie ona w miejscu, w którym rosła palma,
                                pod którą Leda urodziła boskie bliźnięta. Powinienem tak napisać, bo
                                taka jest wersja oficjalna, ale jest to nieprawda. Jest na wyspie
                                jeszcze jedna palma, która w związku z tym, że rośnie w patio
                                delijskiego muzeum jest bardzo mało widoczna i niewielu ją dostrzega.
                                Dochodzimy do tzw. Wyspy Złotników, utworzonej przez siedem domów, w
                                których znaleziono nie tylko wyroby jubilerskie ale także narzędzia
                                i przedmioty do uprawiania sztuki złotniczej.
                                Próbowaliśmy i my znaleźć chociażby najmniejszą błyskotkę – ale
                                bezskutecznie. Poszliśmy więc dalej do lwów stojących nad Świętym
                                Jeziorem.
                                W międzyczasie nad wyspę nadciągnęły ciemne chmury. Zanosiło się na
                                ulewę. Już przygotowywaliśmy się na to, że przyjdzie nam zmoknąć,
                                ale ponieważ zwykle z dużej chmury mały deszcz – tak było i tym
                                razem. Spadło raptem parę kropli i niebo ponownie się rozpogodziło i
                                znów zza chmur wyszło słońce.
                                Doszliśmy do Alei Lwów zwanej także Tarasem Lwów. Niegdyś to lwy
                                strzegły dostępu do Świętego Jeziora. Dzisiaj rozpięte sznury
                                strzegą dostępu do lwów, choć wiadomo, że są to tylko współczesne
                                kopie oryginałów.
                                Mijając kolejne pozostałości starożytnych budowli, fragmenty rzeźb,
                                kolumn, ich głowic, odnajdujemy bazę i znajdujące się dość daleko od
                                niej fragmentu korpusu Kolosa z Delos. Przy następnej okazji
                                będziemy musieli poświęcić mu więcej czasu i spróbować dowiedzieć
                                się o nim czegoś więcej. Dochodzimy w końcu do pochodzącego z okresu
                                panowania na wyspie Naksyjczyków kompleksu świątynnego. Święty Okręg
                                Apollina otoczony był murami i portykami. Znajdowały się w nim trzy
                                świątynie Apollina, z których jedna, Porinos Naos, pochodzi z VI
                                w.p.n.e. a dwie są o jeden wiek młodsze. Było to najważniejsze na
                                wyspie, otoczone najwyższym kultem miejsce. Dzisiaj wygląda bardzo
                                niepozornie. Ot, zaledwie fundamenty i małe, te najniższe fragmenty
                                ścian trzech niewielkich budowli. Widywaliśmy już pozostałości
                                świątyń innych bogów i bóstw. I świątynie były większe, i
                                pozostałości po nich były większe, jednak to to właśnie miejsce i te
                                świątynie odegrały jedną z najważniejszych ról w dziejach
                                starożytnego świata i miały tak znaczący wpływ na jego dalszy
                                rozwój. O ich znaczeniu dla Delos, to już nawet i wspominać nie
                                wypada.
                                Święty Okręg połączony był z portem drogą procesyjną, którą my
                                udajemy się już w stronę portu. Mijamy jeszcze stoę Philipa V i
                                propyleje i idziemy do portu, w którym już stoi prom. Wrócimy nim do
                                Mykonos. Ostatni kurs odpływa o godzinie piętnastej.
                                • amigo50 Na Paros i Naxos 22.06.08, 20:56
                                  10. Na Paros i Naxos

                                  Następnego dnia też nie musimy wstawać przed wschodem słońca. Przed
                                  nami do pokonania zaledwie dwadzieścia kilka mil. Śpimy więc dłużej,
                                  ale kilkanaście minut po ósmej i tak wszyscy już są na nogach. Po
                                  śniadaniu przygotowujemy jacht do wyjścia.
                                  Omawiamy miejsca, do których się wybieramy i decydujemy, że wyspą,
                                  na której spędzimy piątek i sobotę będzie Naxos, więc dzisiaj
                                  płyniemy na Paros. Jutro popłyniemy na Naxos, w sobotę objeżdżamy
                                  wyspę i po południu odstawiamy Jacka na prom.
                                  W tej sytuacji na Małe Cyklady i Amorgos nie popłyniemy. Przychodzi
                                  je odłożyć na kolejny rejs. Mogę więc już podzielić się z
                                  forumowiczami tą niezbyt miłą dla mnie wiadomością : "Zmienia się
                                  sytuacja. Amorgos znowu pod znakiem zapytania. Z Mykonos płyniemy na
                                  Paros".
                                  Piszę „stawia pod znakiem zapytania”, ale wiem, że tu już znaków
                                  zapytania nie ma.
                                  Fatum działa.
                                  Chwilę później, dwadzieścia minut przed godziną dziesiątą,
                                  odchodzimy od nabrzeża nowej mariny w Mykonos. Kierujemy się w
                                  stronę kanału pomiędzy Mykonos i Delos. Po naszej lewej burtcie
                                  pozostaje malownicze miasteczko. Jeszcze rzut oka na kościółek
                                  Panagia Paraportiani, na Alefkandrę, na wiatraki nad zatoką, które
                                  są dość dobrze widoczne z naszego pokładu. Mijamy wysepki
                                  Kavouronisi i Ay Yeoryios. Są to raczej dwie kupy kamieni strzegące
                                  wejścia do starego portu. Ta druga, to tak naprawdę przedłużenie
                                  półwyspu o tej samej nazwie wychodzącego w morze z wyspy. Za nimi
                                  kierujemy się prosto na południe.
                                  Okazuje się, że na morzu jest trochę wiatru. Wczorajsza prognoza
                                  mówiła, że może wiać nawet 3 do 4 B. Stawiamy żagle. Wiatr wieje nam
                                  dokładnie od rufy. Ustawiamy żagle „na motyla”. Pięknym fordzielem,
                                  przy znikomej fali wpływamy w kanał. Po naszej lewej burcie Mykonos,
                                  po prawej Delos. Od swojej wschodniej strony Delos wygląda zupełnie
                                  inaczej niż po stronie zachodniej. Tutaj nie widać żadnych śladów
                                  przeszłości wyspy. Wydaje się być nieskażona cywilizacją. Tylko przy
                                  obelisku stojącym na szczycie Kinthos poruszają się jakieś mrówki.
                                  To zapewne kolejna grupa turystów, która zadeptuje wyspę Apollina.
                                  Po naszej lewej burcie zostaje kolejna mała kamienista wysepka
                                  Prasounisia a w kanał wpływa żaglowiec z postawionymi żaglami.
                                  Początkowo widzimy z daleka tylko jego trójkątne żagle, ale zbliżamy
                                  się do siebie dosyć szybko więc zaczynamy rozróżniać szczegóły.
                                  Cztery, lekko pochylone do tyłu maszty przydają mu elegancji. Na
                                  trzech tylnych masztach rozpięte trójkątne żagle, pierwszy maszt z
                                  pięcioma rejami, ale pomiędzy nim a bukszprytem sterczącym daleko do
                                  przodu postawione również trzy trójkątne żagle. Barkentyna
                                  prezentuje się coraz okazalej. Próbujemy przez lornetkę odczytać jej
                                  nazwę. Początkowo jest to niemożliwe, ale na burcie odczytujemy
                                  nazwę „Stars Clipper”. To nazwa linii żeglugowej należącej do
                                  Michaela Krafta, Szweda niemieckiego pochodzenia. Armator ten ma
                                  trzy statki żaglowe : dwie bliźniacze barkentyny „Star Clipper”
                                  i „Star Flayer” – płyniemy więc na spotkanie jednej z nich.
                                  Ciekawostką jest, że do armatora tego należy największy w tej chwili
                                  statek żaglowy na świecie fregata „Royal Clipper”. Jeśli już
                                  jesteśmy przy tej fregacie, to warto wspomnieć, że jej stalowy
                                  kadłub zbudowany został na bazie kadłuba statku żaglowego budowanego
                                  w Stoczni Gdańskiej, statku, który miał się nazywać „Gwarek”. Pewnie
                                  niektórzy jeszcze pamiętają to przedsięwzięcie
                                  Po chwili odczytujemy nazwę. Statek, z którym mijamy się przy Delos
                                  to „Star Clipper”.
                                  Morze, wiatr, żagle, Delos, piękna barkentyna, kurs 170 prowadzący
                                  niemal wprost na południe, do jeszcze większego ciepełka – wszystko
                                  to pięknie, ale mi cały czas chodzi po głowie Amorgos. Za chwilę,
                                  kiedy miniemy Delos, zmienimy kurs. Pójdziemy o około trzydzieści
                                  stopni bardziej w prawo, tak około 200 i marzenia o Małych Cykladach
                                  rozpłyną się we mgle, która teraz zawisła nad nimi.
                                  • amigo50 Na Paros i Naxos c.d. 22.06.08, 20:57
                                    Wyprażone słońcem resztki szarych komórek pracują coraz
                                    intensywniej. Słyszę nawet jak mi zardzewiałe od słonej wody tryby
                                    zgrzytają w mózgu. Jeszcze rzut oka na mapę, chwila zastanowienia
                                    nad „Greek Waters Pilot” i... sternik dostaje komendę : „Kurs 130”.
                                    Przekładamy genuę na prawą stronę, podbieramy nieco grota i pięknym
                                    baksztagiem żeglujemy wprost na Małe Cyklady. „Pierwsza”, „Drugi”
                                    i „Trzeci” patrzą nieco zdziwieni, ale po sklarowaniu lin wyjaśniam
                                    co wymyśliłem. Płyniemy dzisiaj na wyspę Dhenoussę. Popłyniemy na
                                    jej południową część i albo staniemy przy małej kei w Stavros, albo
                                    na kotwicy w sąsiedniej zatoczce. Jutro skoro świt, albo jeszcze
                                    lepiej przed nim, startujemy na Amorgos. Pojutrze, w sobotę rano
                                    płyniemy z Amorgos do Naxos skąd Jacek po południu odpływa do Aten.
                                    Gromkich oklasków wprawdzie nie było, ale propozycja (ta z kategorii
                                    tych nie do odrzucenia) przyjęta została z zadowoleniem. Pozostaje
                                    więc dopracować szczegóły dzisiejszego postoju.
                                    Z „GWP” wynika, że na Dhenoussie są dwa kotwicowiska i nie ma portu.
                                    Kotwicowisko w Zatoce Roussa interesuje nas mniej, bo jest dalej i
                                    mniej korzystnie położone w stosunku do naszych planów. Na południu
                                    mamy dwie możliwości – albo zatokę obok miejscowości Stavros, albo
                                    sąsiednią Zatokę Dhendro. W Stavros spodziewam się znaleźć kawałek
                                    kei, bo przypływają tam promy z Naxos, ale zatoka jest zdecydowanie
                                    mało osłonięta i jeśli przyjdzie stać na kotwicy, to zdecydowanie
                                    bardziej wolę tę drugą.
                                    Od razu mi się humor poprawił. Nie będziemy mieli zbyt wiele czasu
                                    na Amorgos, ale dobre chociaż tyle.
                                    Wiatr, który dotychczas wiał po raz pierwszy w czasie tego rejsu z
                                    siłą około 3 B teraz osłabł nieco. Wieje równa „dwójeczka”. Sielanka.
                                    Wczesnym popołudniem dochodzimy do północno-wschodniego cypla
                                    Dhenoussy. Płyniemy wzdłuż zachodniego brzegu wyspy. Daleko przed
                                    nami majaczy Amorgos. Przez głowę przemyka mi pomysł : a może tak
                                    wydłużyć skok?
                                    Nie, nie! Na dzisiaj wystarczy. Do Amorgos w linii prostej jeszcze
                                    około piętnastu mil, ale do portu około dwudziestu.
                                    Dopływamy do zatoki, nad którą leży Stavros, niewielka miejscowość
                                    położona na spadającym do morza brzegu. Z morza nie wygląda zbyt
                                    zachęcająco. Port, to kawałek betonowego nabrzeża, przy którym stoi
                                    już kilka rybackich łodzi. Gdyby się mocno uprzeć, to można tutaj
                                    stanąć. My jednak nie upieramy się zbytnio i płyniemy dalej. Omijamy
                                    wystające z wody skały przy Przylądku Dhendro i wchodzimy do zatoki
                                    o tej samej nazwie znajdującej się za nim. Wiatr w zatoce dość mocno
                                    kręci, po zachodniej stronie zatoki wystaje tuż nad wodą ledwo
                                    widoczna skała a z „GWP” wiemy, że jest tam jeszcze pod wodą jakiś
                                    wrak. Usiłujemy więc znaleźć miejsce, w którym byłoby spokojnie i
                                    bezpiecznie teraz, ale także w nocy, po ewentualnej zmianie kierunku
                                    wiatru. Pierwszą próbę oceniamy niezbyt pozytywnie. Podnosimy więc
                                    kotwicę i ustawiamy się w nieco innym miejscu. Jest dużo lepiej, ale
                                    w nocy trzeba będzie, dla świętego spokoju, wystawić coś na kształt
                                    wachty kotwicznej. Zegar pokazuje godzinę siedemnastą czterdzieści.
                                    Kotwica trzyma. Stoimy.
                                    Zamiast na Paros, na które wychodziliśmy z Mykonos, stoimy zupełnie
                                    gdzie indziej, ale ta zmiana mnie cieszy
                                    Zatoka jest otwarta od południowej strony dzięki czemu mamy piękny
                                    widok na Amorgos. Wysyłam sms-a : "Stanęliśmy na noc na kotwicy w
                                    zatoce Dhendro na wyspie Dhenoussa.
                                    Amorgos widoczna jak na dłoni. Czyżby jutro? "
                                    Czas na posiłek, kąpiel w wodzie, której temperatura przekracza już
                                    osiemnaście i pół stopnia. Czas także na zimne piwo, lampkę wina,
                                    szklankę soku z lodem – co kto chce.
                                    Po godzinie dziewiątej wieczorem zrobiło się całkiem ciemno.
                                    Księżyca ani śladu. Palimy już światło kotwiczne, ale na noc
                                    przygotowujemy jeszcze szperacza – mocną latarkę, która mamy
                                    nadzieję nie będzie potrzebna. Około północy na niebo wyszedł
                                    księżyc. W zatoce zrobiło się widno niemal jak w dzień. Spokojnie
                                    przestaliśmy do rana.

                                    • amigo50 Pokonać fatum 25.06.08, 01:24
                                      11. Pokonać fatum

                                      Następnego dnia budzę się o kilkanaście minut po godzinie piątej
                                      kiedy niebo zaczyna szarzeć. W zatoce jest całkiem widno dzięki
                                      księżycowi, który świeci ciągle bardzo jasno mimo tego, że tarczę ma
                                      już nieco okrojoną. Brzegi nabrały jakiegoś niesamowitego koloru.
                                      Skały wyglądają tak, jakby oglądać intensywne w kolorze jasnożółte
                                      przedmioty przez mocno przydymione szkło. Sceneria niesamowita.
                                      Szybciutko przygotowujemy się do wyjścia i po piętnastu minutach
                                      podnosimy kotwicę. Wychodzimy z Zatoki Dhendro i kierujemy się na
                                      południe. Wieje na razie niewiele, ale liczymy, że po wschodzie
                                      słońca wiaterek się ruszy.
                                      Świtóweczka wypadła tym razem Piotrkowi i Eli i to oni mają
                                      możliwość podziwiania wschodu słońca. Najpierw niebo na wschodzie
                                      robi się intensywnie różowe a później zza horyzontu zaczyna unosić
                                      się czerwony krążek. Unosi się bardzo szybko. Cały spektakl trwa
                                      raptem parę minut. Widziałem go już tyle razy. Widzieliśmy go już
                                      kilka razy w czasie tego rejsu, ale zawsze wzbudza on
                                      zainteresowanie. Reszta załogi jeszcze sobie smacznie śpi. Już dawno
                                      przestał im przeszkadzać pracujący silnik.
                                      Robimy kawusię i gorący kubek a z pierwszym podmuchem wiatru
                                      stawiamy żagle.
                                      Z prędkością około 5 węzłów zbliżamy się do Amorgos.
                                      Słońce coraz wyżej a my coraz bliżej.
                                      Około godziny ósmej Ela wstaje na swoją wachtę. Jeszcze kilka głów
                                      wygląda na pokład.
                                      Do Amorgos zbliżamy się nieco powyżej wyspy Nikouria. Jesteśmy po
                                      zachodniej stronie wyspy, więc patrząc pod ostro świecące i niezbyt
                                      wysoko jeszcze nad wyspą znajdujące się słońce niewiele widzimy.
                                      Gdzieś w głębi zatoki Ayias Anna, która właśnie jest przed nami
                                      bieleją domki. To zapewne miejscowość o tej samej nazwie. Na
                                      posiadanej przez nas mapie usiłuję odnaleźć port Aigiali, o którym
                                      wiem, że gdzieś tu jest, ale z mapy w żaden sposób to nie wynika.
                                      Musi przecież gdzieś tu być, bo z niego odpływają promy. Zapomnieli
                                      namalować? Wprawdzie do niego się nie wybieramy, ale miło byłoby
                                      gdyby nam zaczęło wszystko pasować. Zawsze to człowiek czuje się
                                      pewniej.
                                      Z „GWP” wychodzi mi, że miejscowość, która na mapie jest oznaczona
                                      jako Ay Anna musi być poszukiwanym przez nas portem. Tymczasem
                                      musimy nieco zmienić kurs aby nie uszkodzić Amorgos i nie wjechać na
                                      Nikourię, bo ma wysokie skaliste brzegi dużo twardsze od naszego
                                      kadłuba. Jej brzegi stromo opadają w dół. Dzięki temu możemy przejść
                                      dość blisko obok niej. Mijamy ją i płyniemy dalej wzdłuż Amorgos.
                                      Obserwujemy jej malownicze brzegi, które stają się coraz lepiej
                                      widoczne. Nad południową częścią wyspy zawisły białe chmury.
                                      Wierzchołki gór otulone nimi jak białą czapą. Skojarzenia mam jakieś
                                      takie mocno zimowe. Czyżby to oznaka, że ciepła mam już dość?
                                      Wysyłam sms-a : "Najpierw była piękna, księżycowa noc w zatoce
                                      Dhendro, później wschód słońca na morzu. Teraz od godziny płyniemy
                                      wzdłuż Amorgos. Minęliśmy już Nikourię i zbliżamy się do Katapoli.
                                      Nad górami na południowym końcu białe czapy chmur wyglądają jakby na
                                      górach leżał śnieg".
                                      Mijamy zatoki ostro wrzynające się w ląd a zaraz za nimi skałę
                                      wystającą w morze przy przylądku Alatos, kolejne dwie zatoczki,
                                      kolejny cypel, kolejna zatoczka. Bardzo urozmaicona jest tutaj linia
                                      brzegowa. Dopływamy w końcu do przylądka Ayios Ilias. Na przylądku
                                      szukamy latarni. Jest budowla z kawałkiem wieży, który raczej jednak
                                      na latarnię nie wygląda. Powyżej niewielka konstrukcja, na której
                                      jest niewątpliwie światło nawigacyjne a jeszcze wyżej niziutki
                                      fragment czegoś, co kiedyś mogło być wieżą latarni a dziś ledwo
                                      wystaje ponad skalisty stok przylądka. Wchodzimy w głąb malowniczej
                                      zatoki. Na brzegu po lewej burcie pojawia się biały kościółek z
                                      niebieską kopułą, nieco dalej kolejny. Dalej, na lewym brzegu widać
                                      już białe domki Xilokeratidi, miejscowości, która wydaje się łączyć
                                      z leżącą w głębi zatoki, bardziej po jej prawej stronie Katapolą.
                                      Katapola jest naszym celem. Dostrzegamy maszty jachtów stojących w
                                      porcie. Podchodzimy bliżej, rzucamy kotwicę i jak zwykle rufą
                                      podchodzimy do kei.
                                      Piotrek jak zwykle jest na desancie. Wyskakuje więc na keję, odbiera
                                      nasze cumy, zakłada je na polery. Sprawdzam napięcie łańcucha
                                      kotwicznego, trap na ląd, klar na linach, odstawiamy silnik. Stoimy.
                                      Jest piątek, dwudziestego trzeciego maja 2008 r, godzina punktualnie
                                      jedenasta. Dla mnie jest to godzina historyczna, bo po wielu próbach
                                      podejmowanych na wielu rejsach w ciągu wielu ostatnich lat dotarłem
                                      w końcu na Amorgos.
                                      • amigo50 Siga - siga 28.06.08, 11:32
                                        12. Siga – siga

                                        W Katapoli stoimy nieco oddaleni od innych jachtów. Po naszej lewej
                                        burcie jest miejsce, do którego przybijają promy. Może być niezła
                                        zadyma jak wpłynie taki z kapitanem z ułańską fantazją. Potrafi on
                                        przy nawracaniu promu zrobić falę, która rozbija jachty o nabrzeża.
                                        Nie mamy jednak wyboru, bo w miejscu gdzie stoją jachty, to już
                                        nawet kajak się nie wciśnie. Nie jesteśmy tu jednak sami. Z drugiej
                                        strony za sąsiada mamy jacht pod banderą San Marino. Sprawdzam raz
                                        jeszcze jak trzyma kotwica, cumy i możemy wychodzić na podbój wyspy.
                                        W międzyczasie ze zwiadu wrócił Piotrek. Znalazł miejsce, z którego
                                        odjeżdżają autobusy. Odjeżdżają jednak wtedy kiedy jeżdżą. A teraz
                                        nie jeżdżą. Do Monastyru, do którego dostać się chcemy koniecznie
                                        można albo na piechotę, albo taksówką. Raptem siedem kilometrów, ale
                                        czasu to my nie mamy zbyt wiele a chcielibyśmy jeszcze zobaczyć i
                                        inne miejsca. Działania idą więc dwukierunkowo Radek szuka
                                        wypożyczalni samochodów, ja szukam taksówki. Oczywiście, że wybieram
                                        to drugie, łatwiejsze zadanie. Rozglądam się za taksówką. I nawet mi
                                        to sprawnie idzie, bo taksówkę znajduję około pięć metrów od naszego
                                        trapu. Tyle, że bez kierowcy...
                                        Wymyśliłem, że pewnie poszedł do najbliższej knajpki na kawę.
                                        -Tak, był tu przed chwilą, ale wyszedł.
                                        -Dokąd?
                                        -Do tamtej tawerny na kawę.
                                        Sympatyczny barman pokazuje tawernę odległą o około pięćdziesiąt
                                        metrów w kierunku przystanku autobusowego. Idę do tawerny.
                                        -Tak, był tu, ale wyszedł.
                                        -Dokąd?
                                        -Do sklepu z materiałami budowlanymi po jakąś śrubkę.
                                        Młodzi ludzie z obsługi tawerny krzątający się pomiędzy pustymi
                                        stolikami opisują mi szczegółowo wygląd kierowcy.
                                        O sklep z materiałami budowlanymi pytać nie musiałem, bo wypatrzyłem
                                        go już wcześniej. Był około pięćdziesiąt metrów od naszego jachtu,
                                        tyle, że w przeciwną stronę.
                                        Kiedy mijam jacht dołącza do mnie Jacek. Po drodze do sklepu raz
                                        jeszcze pyta o szczegóły trasy na najbliższe dni rejsu i na dni
                                        kolejne. Kiedy dochodzimy do sklepu jasne staje się, że taksówkarza
                                        tutaj nie ma. W pustym sklepie jest tylko sprzedawca. Pytam o
                                        taksówkarza.
                                        -Tak, był, ale poszedł.
                                        -Dokąd?
                                        -Do tego marketu spożywczego, tam, koło tych rybaków.
                                        Około pięćdziesiąt metrów dalej widzę rybaków rozplątujących sieci.
                                        Jacek wraca na jacht a ja idę w stronę rybaków. Podchodzę i
                                        widzę...dwa sklepy. Tyle, że jeden jest „Market” a drugi
                                        jest „Shop”. Przechodząc obok shopu rzucam okiem do pustego wnętrza,
                                        tak na wszelki wypadek. Pusto. Wchodzę do marketu. Oooo! Tutaj jest
                                        kilka osób. I jedna z nich jest kierowcą taksówki. Podchodzę do
                                        mężczyzny, który idealnie pasuje do opisu.
                                        Po wzajemnych „kalimerach” pytam pana czy jest kierowcą taksówki.
                                        -Tak, jestem.
                                        -Czy jest pan teraz wolny?
                                        -Tak jestem.
                                        -Czy możemy pojechać do Monastyru?
                                        -Możemy.
                                        -Za dziesięć minut?
                                        -Nie, teraz. Później nie mogę, bo mam inny kurs.
                                        -Ile to kosztuje?
                                        -Dziesięć euro.
                                        -O.K. Jedziemy.
                                        Chodzę za panem krok w krok. Pan ogląda jogurty, przegląda puszki z
                                        piwem nie wybierając żadnego, w lodówce z żółtymi serami przerzuca
                                        kilkanaście kawałków i też żaden nie znajduje uznania. Podchodzi
                                        jeszcze do regałów z warzywami w puszkach, z kawą, z makaronami, z
                                        winami wszędzie powtarzając ten sam ceremoniał i nigdzie niczego nie
                                        wybierając. W końcu po dziesięciu chyba minutach podchodzi do kasy i
                                        tu kupuje paczkę papierosów. Idziemy w stronę taksówki. Idziemy
                                        wolno. Idziemy bardzo wolno.
                                        Pan wypytuje mnie jeszcze skąd jesteśmy, czy na wyspie pierwszy
                                        raz, a czym tu przypłynęliśmy. Zaczepia każdego napotkanego
                                        znajomego i zamienia z nim zdanie albo dwa.
                                        W pewnym momencie korzystam z okazji i przepraszam Pana Taksówkarza.
                                        Mówię, że spotkamy się przy taksówce a ja idę jeszcze szybko na
                                        jacht, żeby zorientować się jak wygląda sytuacja transportowa.
                                        Radek jeszcze nie wrócił z poszukiwań, ale Jacek mówi mi, że
                                        postanowił popłynąć w sobotę rano z Amorgos promem do Aten. Ta
                                        okoliczność znacząco zmienia naszą sytuację ale nie bardzo jest czas
                                        w tej chwili na zastanawianie się nad tym, bo jest już nasz Pan
                                        Taksówkarz.
                                        Razem z Basią, Miśkiem i Piotrkiem pakujemy się do taksówki.
                                        Taksówka wyjeżdża z Katapoli i serpentynami wspina się do góry. Z
                                        każdego z coraz wyższych odcinków prostych mamy widok na zatokę, w
                                        której znajduje się port. Im jesteśmy wyżej, tym widok jest
                                        ładniejszy.
                                        Wysyłam sms-a : "Stoimy w Katapoli. Jedziemy teraz taksówka do
                                        monastyru. Całkiem tu pięknie", bo rzeczywiście jest pięknie. Już z
                                        tego co widzieliśmy płynąc wzdłuż brzegu wyspa ma bardzo urozmaiconą
                                        linię brzegową a widoki z taksówki są coraz ciekawsze i ładniejsze i
                                        nie jest tego w stanie popsuć nawet dość kiepska droga, którą
                                        jedziemy.
                                        Dojeżdżamy w końcu do Chory. To główna miejscowość na wyspie. Kiedyś
                                        nazywała się Kastron. Dzisiaj jej oficjalna nazwa to Amorgos.
                                        Już z daleka widać wzgórze obok niej, na którym naliczyłem dziewięć
                                        wiatraków albo czegoś co kiedyś wiatrakiem było. Ale nie ten widok
                                        jest w tym wypadku czymś szczególnym. Dla mnie szczególnym jest
                                        widok wielkiej skały górującej nad Chorą. Pierwsze skojarzenie,
                                        które mi się nasuwa, to ogromna, kilka razy wyższa niż domy w Chorze
                                        pięść, którą ktoś walnął w środek mieścinki i tak tę pięść
                                        pozostawił. Za to mieszkańcy zbudowali mu na tej pięści kapliczkę.
                                        Taksówka mija Chorę i zjeżdża teraz w dół. Znów widzimy morze, które
                                        jest tutaj niesamowicie błękitne. Gdzieś tam, wśród skał, widzimy
                                        białą plamę, która jest celem naszej wycieczki.
                                        Ta biała plama to Monastyr Panagia Chozoviotissa. Wbudowany w 1088 r
                                        w zbocze skalnego urwiska na wysokości około dwustu metrów ponad
                                        taflą Morza Egejskiego przez cesarza Bizancjum Aleksego Komnena.
                                        Taksówka zatrzymuje się na małym parkingu u podnóża skały, na którą
                                        mamy się wspiąć, tuż przy bramie wejściowej do Monastyru. W
                                        kamiennym murze mozaika z wizerunkiem ikony znajdującej się w
                                        Monastyrze a na metalowej bramie tuż obok informacja, że zwiedzać
                                        Monastyr można w godzinach od 9.00 do 13.00 i od 17.00 do 19.00.
                                        Spoglądam na zegarek. Jest pięć po wpół do pierwszej. Na dojście do
                                        klasztoru i zwiedzenie go pozostało nam dwadzieścia pięć minut. Nie
                                        wierzę, że taksówkarz nie wiedział w jakich godzinach klasztor jest
                                        udostępniony do zwiedzania. Ech, to ichnie siga-siga...
                                        • amigo50 Jak tu pięknie 28.06.08, 11:34
                                          13. K..., jak tu pięknie

                                          Przyspieszamy ruchy, wydłużamy krok i w lejącym się z nieba żarze,
                                          wspinamy się kamienną drogą i po kamiennych schodach, które wiją się
                                          jak pijany wąż. Nie mamy czasu nawet podziwiać pięknego widoku,
                                          który rozciąga się z miejsca, w którym jesteśmy ale trudno też nie
                                          zarejestrować niesamowitego błękitu wody. Już kolejny raz zwracam
                                          uwagę na ten błękit.
                                          Ale docieramy w końcu do alei intensywnie kwitnących oleandrów,
                                          która jest tuż przed wejściem do klasztoru. Jeszcze tylko wyciągam z
                                          plecaka i wkładam na siebie długie spodnie i już małe drzwi
                                          wejściowe a za nimi chłód skały, w której wykuto izbę wejściową. Już
                                          od wejścia rejestruję kątem oka piktogramy zabraniające
                                          fotografowania. Dalej wąskie i strome kamienne schody, na których
                                          nie sposób minąć się ze schodzącymi właśnie z góry, okazuje się
                                          jednak, że to tylko trzy osoby i po chwili już dobiegają do nas
                                          cerkiewne śpiewy i wchodzimy do niewielkiego kościółka. W kościółku
                                          zupełnie pusto gdyby nie liczyć jednego mnicha siedzącego tuż przy
                                          ikonostasie i pogrążonego w lekturze. Podnosi jednak głowę kiedy
                                          wchodzimy. Podchodzę do niego i z głupia frant pytam czy można
                                          fotografować bez lampy błyskowej. Czasami to działało. Tym razem
                                          jednak stanowcze „No photo, no photo”.
                                          Dyskretne cerkiewne śpiewy chóralne sączą się gdzieś z odtwarzacza
                                          CD. Oglądamy wnętrze cerkwi jak zwykle w kościołach greko-
                                          katolickich bogato zdobione. Kolor dominujący to złoty, co nie
                                          znaczy, że wszystko tu jest ze złota. Na ten kolor malowane są
                                          wszystkie elementy drewniane. Tego koloru używa się bardzo chętnie w
                                          bogatej ornamentyce ściennej.
                                          Tym kolorem pokryty jest również bogato rzeźbiony ikonostas.
                                          Przyglądam mu się z zainteresowaniem przynajmniej tak dużym jak
                                          przyglądam się wszystkim ikonostasom od czasu kiedy poznałem zasady
                                          rządzące ich kompozycją, układem i znaczeniem ikon.
                                          Przez otwarte drzwi prowadzące gdzieś na zewnątrz wlewa się dzienne
                                          światło. Wychodzę na zewnątrz spodziewając się znaleźć przejście
                                          gdzieś dalej, gdzie będzie można jeszcze coś zobaczyć. Z
                                          zewnętrznego tarasu są drzwi prowadzące gdzieś dalej ale oczywiście
                                          są zamknięte. Jedyne co znajduję na małym tarasie to kolejny piękny
                                          widok na błękitne Egeo.
                                          Wychodzimy z kościółka. Przechodzimy do małej salki, do której
                                          zaprasza nas inny mnich. Siedzi w niej już kilka osób. Mnich podaje
                                          nam szklanki z zimną wodą i kieliszeczek czegoś „na wzmocnienie”.
                                          Słodka naleweczka, około dwudziestoprocentowa robi na mnie bardzo
                                          dobre wrażenie a smakuje wyśmienicie. Widoczne zadowolenie na mojej
                                          twarzy spowodowało chyba, że dostałem od mnicha jeszcze jeden
                                          kieliszeczek do degustacji.
                                          Salka wyposażona jest w skromne sprzęty. Na ścianach wiszą zdjęcia i
                                          dagerotypy przedstawiające wizerunki dostojników prawosławnych.
                                          Dociera tutaj po chwili także pozostała część naszej załogi. Razem
                                          już opuszczamy klasztorne mury. Chociaż godzina trzynasta minęła już
                                          kilkanaście minut temu, to jednak nikt nas stąd nie wyganiał ani nie
                                          dawał do zrozumienia, że powinniśmy już sobie pójść.
                                          Teraz dopiero jest czas na spokojne podziwianie widoków i
                                          roślinności. Moje i Basi zainteresowanie wzbudzają szczególnie
                                          poduchy podobne do pierisów. Mają one tutaj rudo-brązowe liście i w
                                          wielkich ilościach porastają skały w okolicy. Nie brak tu jednak
                                          także innych roślin, które w zadziwiający sposób znajdują warunki do
                                          życia na tej kamiennej ścianie i pośród kamieni.
                                          Z parkingu widzimy w niewielkiej odległości niebieską kopułkę i
                                          białe ściany kościółka znajdującego się tuż nad wodą. Samochodem,
                                          którym przyjechał Radek z resztą załogi w dwóch turach dojeżdżamy do
                                          niego. Mały kościółek Ayia Anna jest oczywiście zamknięty. Wędrując
                                          wzdłuż skał małego półwyspu obok którego kościółek się znajduje
                                          odkrywam niewidoczną zupełnie z innego miejsca siedzibę miejscowego
                                          rybaka.
                                          Czas jednak aby ruszyć dalej. Przenosimy się teraz do Chory. Radek z
                                          Piotrkiem jadą do wypożyczalni aby wypożyczyć jeszcze jedno auto a
                                          my mamy czas na frapkę, piwko i spacerek po Chorze. Choć mieścinka
                                          to malutka, to sporo w niej przytulnych i malowniczych zakamarków.
                                          Na uliczkach zupełnie pusto. Nie udaje mi się znaleźć nikogo kogo
                                          mógłbym spytać o znajdujący się w tutejszej Chorze kościółek Ayios
                                          Fanouris, który ma miano najmniejszego kościółka w Grecji. Może się
                                          w nim zmieścić według jednych źródeł dwóch, według innych źródeł
                                          trzech modlących się. Bardzo byłem ciekaw skonfrontować jego
                                          wielkość z kościółkiem, który znaleźliśmy kiedyś na wyspie Naxos w
                                          pobliżu tamtejszej Chory. Byliśmy w nim w dwie osoby. Trzecia może
                                          jeszcze by weszła, ale kolejne raczej czekałyby za drzwiami.
                                          Nie udaje mi się znaleźć raczej kościółka którego szukam. Znajduję
                                          wprawdzie jakiś zamknięty niewielki kościółek, ale sądząc po jego
                                          rozmiarach zewnętrznych jest on jednak większy niż na trzy osoby.
                                          Wracam do knajpki. Wyspa jak dotąd robią na mnie duże wrażenie.
                                          Jestem niewątpliwie pod wpływem jej uroku. Siedząc przy frapce
                                          wysyłam sms-a: "Zwiedziliśmy monastyr, siedzimy w Chorze, pijemy
                                          frapkę i piwo. K...., jak tu pięknie!"

                                          • amigo50 Na zwiedzanie Amorgos 25.07.08, 00:59

                                            14. Na zwiedzanie Amorgos

                                            Dwoma samochodami jedziemy do Aigiali. Drogą, na której nikogo nie
                                            spotykamy, nikogo nie wyprzedzamy, na której nie spotykamy kóz
                                            dojeżdżamy do cichutkiej malutkiej miejscowości. Wyjeżdżamy niemal
                                            na wprost betonowego pirsu. Przy wejściu na pirs stoi miniaturka
                                            wiatraka. Na nabrzeżu rybacy rozciągają sieci i czyszczą je z
                                            różnych skorup i innych nieprzydatnych stworów, które się w sieci
                                            zaplątały. Wśród odrzuconych muszli Basia znajduje czerwoną
                                            pięcioramienną gwiazdę. Miejscowość wygląda niemal na wymarłą.
                                            Jedynie na ładnej piaszczystej plaży tuż obok tego portu-nieportu
                                            kilka osób gra w kopaną siatkówkę.
                                            Ponieważ portu tego nie ma oznaczonego nawet w „GWP”, to przyglądam
                                            mu się dość dokładnie i sprawdzam jaka jest możliwość dojścia do
                                            betonowej kei jachtem. Przeszkód żadnych nie widzę. Przypominam
                                            sobie, że gdzieś, nie bardzo pamiętam gdzie, wyczytałem, że w porcie
                                            tym jest przeciągnięty po dnie gruby łańcuch do którego się można
                                            przycumować. Zastanawiam się co autor miał na myśli, bo żeglarzem
                                            chyba nie był, ale wyobrażam sobie, że chodzi chyba o coś w rodzaju
                                            mooringu. Tylko dlaczego sugerował, żeby zanurkować na głębokość
                                            około 3 – 4 m i tam wiązać węzeł. Wypatruję linek, które zwykle
                                            przywiązane są jednym końcem cumy zamocowanej do takiego łańcucha a
                                            drugim, cieńszym końcem do nabrzeża, ale też nie znajduję. Czyżby
                                            autorowi rzeczywiście chodziło o wiązanie węzłów cumowniczych na
                                            łańcuchu? Myślę, że gdyby przyszło mi tu kiedyś wejść, to zanim się
                                            sytuacja nie wyjaśni pewnie stanąłbym burtą do nabrzeża. To jest
                                            jednak ewentualny problem na ewentualną przyszłość. Teraz rozglądamy
                                            się za jakąś knajpką, w której można coś zjeść. Wzdłuż brzegu
                                            rozlokowało się kilka tawern. Wybieramy jedną z nich.
                                            Po obiedzie ruszamy na przeciwległy koniec wyspy. Chcemy dotrzeć do
                                            jej południowych zatok.
                                            I znów wśród malowniczych pejzaży, pomiędzy łanami kwiecia
                                            porastającego okoliczne wzgórza mkniemy naszymi gablotami asfaltową
                                            drogą. W pewnej chwili asfalt się kończy i wjeżdżamy na szutrową
                                            drogę. Przejeżdżamy obok kościoła z niebieską kopułą, przy którym
                                            stoją zabudowania przypominające zabudowania klasztorne. Obok
                                            kościoła, na placyku jakiś człowiek zagania stadko kóz do zagrody.
                                            Tuż za kościołem wjeżdżamy na rozwidlenie dróg. Droga w prawo
                                            prowadzi gdzieś w pola i zupełnie nie w tym kierunku, który nas
                                            interesuje. Wybieramy więc drogę w lewo. Ta po kolejnych
                                            pięćdziesięciu metrach zamienia się w mocno wyboisty kamienisty
                                            szlak dostępny raczej dla samochodów terenowych niż dla niewielkich
                                            samochodzików osobowych. Zawracamy. Docieramy do drogi, którą
                                            początkowo zupełnie zignorowaliśmy. Wjeżdżamy na tę drogę. Po chwili
                                            zamienia się ona w zupełnie przyzwoity choć szutrowy trakt. Traktem
                                            tym docieramy do Ormos Kalotaritissa, czyli Zatoki Wielkiego
                                            Błękitu. Zatoka ta była jednym z malowniczych plenerów, w których
                                            Luc Besson nakręcił swój „Le Grand Bleu”. Film jest tak zmontowany,
                                            że sprawia wrażenie, iż jego akcja toczy się w jednym miejscu.
                                            Tymczasem nawet wrak statku „Olympia”, na którym kręcone były
                                            zdjęcia znajduje się w sąsiedniej zatoce. Wiele ujęć kręconych było
                                            w innych miejscach a nawet na innych wyspach.
                                            Trudno odmówić malowniczości zatoce, do której dotarliśmy. Półwyspem
                                            ograniczający ją od strony północnej i wychodzący wzdłuż brzegu dość
                                            głęboko w morze zbudowany jest z jasnej skały, która dość łagodnie
                                            zanurza się w wodzie od strony zatoki. Powoduje to, że przy jej
                                            niewielkiej głębokości woda w zatoce nabiera szczególnego błękitnego
                                            koloru. Być może to ten właśnie błękit wywarł takie wrażenie na
                                            twórcach filmu. Na środku zatoki kołysze się jakiś jacht. Gdzieś
                                            przy brzegu, w różnych miejscach kołyszą się mniejsze łódki. Dosyć
                                            tu tłoczno. Widok zatoki z nóg nas nie zwala. Wręcz przeciwnie,
                                            stwierdzamy, że nawet tutaj, na Amorgos, znaleźliśmy ładniejsze
                                            miejsca. Mimo to trzaskają migawki aparatów dla upamiętnienia
                                            pobytu „w miejscu...”.
                                            Wracamy do samochodów. Zatrzymujemy się jeszcze przy zatoce, w
                                            której wyrzucony na brzeg koroduje wrak „Olympii”. I tutaj trzaskają
                                            migawki aparatów.
                                            I dalej samochodami docieramy ponownie do znanego już nam kościółka
                                            i tym razem pomalutku zapuszczamy się dalej kamienistą drogą.
                                            Jedziemy możliwie najdalej jak się da w stronę wrzynającej się tutaj
                                            głęboko w ląd kolejnej zatoki. W pewnym momencie jednak samochodami
                                            dalej już jechać się nie da. Na piechotę więc docieramy na niewielką
                                            żwirową plażę. Pod wysoką skałą jakaś para łapie jeszcze ostatnie
                                            promienie zachodzącego już słońca. Niektórzy z naszej grupy decydują
                                            się na kąpiel, inni brodzą po kostki w wodzie. Ktoś tam jeszcze
                                            wspina się na okoliczne skałki.
                                            Kiedy wracamy do Katapoli na dworze jest już ciemno. Odbijają się w
                                            wodzie światła leżącej po drugiej stronie zatoki Xilokeratidi. W
                                            knajpkach na naszym nabrzeżu również palą się światła ale klientów
                                            zdecydowanie niewielu. Przy nabrzeżu, w pobliżu naszej burty
                                            przycumował prom. Od portowych policjantów dowiedzieliśmy się, że
                                            prom odpływa jutro o szóstej rano. To jakiś prom widmo, bo nigdzie
                                            żadnej informacji co to za prom, dokąd płynie, czy zabiera ludzi.
                                            Nic, żadnych informacji. Ważne jednak, że jego wejście nie zmieniło
                                            nic w napięciu naszych cum i łańcucha kotwicznego. Wszystko w
                                            najlepszym porządku.
                                            Wieczorkiem zasiadamy więc spokojnie do pożegnalnej imprezki, bo
                                            przecież jutro wczesnym świtem Jacek wyjeżdża.
                                            • amigo50 Na zwiedzanie Amorgos c.d. 25.07.08, 01:01
                                              Wczesnym świtem Ela i Radek odwożą Jacka do Aigiali. Na stojący po
                                              sąsiedzku prom wchodzi kilkadziesiąt osób ciągnących za sobą swoje
                                              walizki na kółkach. Ludzie w różnym wieku i obu płci wyglądający na
                                              niemieckich wczasowiczów. Prom po cichu i bez zbędnego zamieszania
                                              odchodzi od brzegu.
                                              Słońca wprawdzie jeszcze u nas w zatoce nie widać, ale przeciwległy
                                              brzeg zatoki już oświetlają jego pierwsze promienie. Uzbrojony w
                                              aparat fotograficzny wybieram się na poranny spacer po Katapoli.
                                              Docieram do przystanku autobusowego, na którym nie ma ani żadnego
                                              autobusu, ani żadnego rozkładu jazdy. Przechodzę obok jakiegoś
                                              budynku przed którym w ogródku na postumentach stoją jakieś trzy
                                              tajemnicze popiersia. Idę w kierunku, w którym prowadzi jedyna
                                              wychodząca z portu droga. Docieram do kościoła Panagia Katapoliani.
                                              Jego duże, widoczne z daleka błękitne kopuły zachęcają do podejścia
                                              bliżej. Przez okna jednak nic nie widać a drzwi dokładnie zamknięte.
                                              Z lektury internetowych opisów wiem o nim jedynie tyle, że stoi na
                                              miejscu, w którym niegdyś stała świątynia Apollina.
                                              Wspinam się w górę drogą w kierunku Chory. Wybrałem tę drogę licząc
                                              na to, że będą wracać nią Ela i Radek i z powrotem zabiorę się z
                                              nimi. I podobnie jak wczoraj, kiedy wspinaliśmy się w górę taksówką
                                              dzisiaj też im wyżej tym ładniejszy widok na zatokę, co zakręt to
                                              ładniejsze ujęcie. Tak dochodzę do stacji benzynowej – jednej z
                                              dwóch na wyspie. Pod stacją stoją już Ela i Radek i czekają na jej
                                              otwarcie. Stacja ma być otwarta od ósmej. Brakuje jeszcze wprawdzie
                                              dwóch minut do tej godziny, ale na stacji nie widać żywego ducha.
                                              Jednak kilka minut po ósmej zjawia się obsługujący ją pracownik.
                                              Tankujemy już bez przeszkód i dość szybko i po kilku minutach już
                                              jesteśmy w porcie. Oddajemy samochód do wypożyczalni, śniadanko i
                                              dziesięć minut po godzinie dziesiątej oddajemy cumy i podnosimy
                                              kotwicę.
                                              Wiatru jest niewiele, ot tak 1 do 2 B. Pomalutku płyniemy wzdłuż
                                              brzegu Amorgos w kierunku Ormos Kalotaritissa. Mijamy kolejne
                                              zatoczki, wysepkę Petalidhia. Słońce coraz wyżej i robi się coraz
                                              cieplej. Mijamy zatokę z wrakiem „Olympii” ale do Zatoki Wielkiego
                                              Błękitu nie wchodzimy. Stoi tam już jakiś jacht i kilka łódek. Chyba
                                              już jest tam za ciasno. Podpływamy do wysepki Gramvousa znajdującej
                                              się naprzeciw. Stajemy na kotwicy w zatoce tuż obok kapliczki
                                              stojącej na skale tuż nad wodą. Pora na kąpiel a ja wysyłam sms-a:
                                              „Wczorajszy zawód to Zatoka Wielkiego Błękitu. Dlatego dzisiaj
                                              minęliśmy wrak Olympii i stanęliśmy na kąpiele obok kapliczki na
                                              wyspie Gramvoussa, tuż obok".
                                              Po kąpieli kotwica w górę i za nami zostaje cudowna Amorgos wraz z
                                              jej urokliwymi zatokami i kierujemy się w stronę wysepek Dhrima i
                                              Andikaros. Płyniemy w stronę płytkiego przejścia pomiędzy nimi.
                                              Wysyłam kolejnego sms-a: "Za rufą zostaje Amorgos i Gramvoussa. Na
                                              kursie Dhrima i Andikaros. Pora na kolejną kąpiel. Temperatura wody
                                              17,7; powietrza około 26.”
                                              Mapa, którą mamy pokazuje w przejściu pomiędzy wyspami głębokość 5
                                              m. Według „GWP” jest tam 4 m. Jednak ani jedno, ani drugie źródło
                                              nie pokazują piaszczystej łachy wychodzącej daleko w przesmyk.
                                              Mijamy jacht stojący na kotwicy, który tu przybył w tym samym celu
                                              co i my. Na pokładzie u nich plaża, w wodzie jeszcze jakieś dwie
                                              głowy. Podpływamy dalej w kierunku łachy. Sonda pokazuje najpierw
                                              głębokość pięć metrów, później cztery. Dalej nie powinna się
                                              zmniejszać ale się zmniejsza. Trzy osiemdziesiąt, trzy pięćdziesiąt,
                                              trzy dwadzieścia... Dalej nie próbujemy. Wycofujemy się nieco i
                                              stajemy na kąpiel. Miejsce ładne, woda ciepła tylko ta niepewna
                                              głębokość. Po trzech kwadransach podnosimy kotwicę i opływamy Dhrimę
                                              od jej południowej strony. Na trawersie pozostawiamy najpierw
                                              Skhinousę, później niewidoczną Iraklię i kierujemy się dalej na
                                              południe w kierunku Ios. W tym rejonie chyba diabeł mówi „dobranoc”,
                                              bo nie widać nigdzie ani żadnego statku, ani jachtu. Nie ma nawet
                                              zasięgu telefonicznego. Jest za to trochę wiatru i płynąc sobie
                                              spokojnym baksztagiem kierujemy się do leżącej w południowo-
                                              wschodniej części Ios zatoki Tris Klises. Dziesięć minut po godzinie
                                              szóstej stajemy w niej na kotwicy. I znów jest czas na kolejne
                                              kąpiele tego dnia zwłaszcza, że temperatura wody w zatoce
                                              przekroczyła 21 stopni. Tylko patrzeć jak zaczną nam rosnąć błony
                                              pomiędzy palcami rąk i nóg.

                                              I znów następnego dnia wstajemy razem ze słońcem. Nie wybieramy się
                                              tym razem na zwiedzanie Ios. Tę wyspę zostawiamy sobie na następny
                                              rejs. Płyniemy na kolejną wyspę. Już tyle wysp za nami a przecież w
                                              planach też jeszcze kilka.
                                              Tak, kto wcześnie wstaje, ten ma dłuższe wakacje.
                                              Z zatoki wychodzimy na silniku, ale zaraz po jej opuszczeniu
                                              stawiamy żagle. Z zupełnie przyzwoitą prędkością pięciu węzłów, w
                                              porywach nawet do sześciu, pełnym baksztagiem po spokojnym morzu
                                              płyniemy na południe.
                                              • bebiak Re: Na zwiedzanie Amorgos c.d. 25.07.08, 10:23
                                                Achhh Amigo moy, przed samym wyjazdem do Wroclawia jeszcze zdolales mnie
                                                nakarmic boska Amorgos, jedyna taka wspaniala wysepka na tym ziemskim globie.
                                                I juz zmykam zastanawiajac sie gdzie bardziej beda w czasie podrozy krazyly
                                                moje mysli: czy wokol Aigiali na przyklad czy tez wokol ktoregos z wroclawskich
                                                krasnoludkowbig_grinD
                                                Piekne: przeczytalam z przyjemnoscia przenoszac sie TAM wlasnie, TAM.

                                                Gdyby jeszcze kiedys w wolnym czasie (wiem, ze ciezko!) jakies zdjecia gdzies..
                                                to pelnia szczescia.
                                                Caluje Cie zeglarzu moj. B.
                                              • amigo50 Re: ..Amigo! Wyjaśnij coś, proszę :) 27.07.08, 20:14
                                                aska2000 napisała:

                                                > co to takiego owa 'siatkówka kopana'..?

                                                To będzie zapewne nowa konkurencja olimpijska. Nie wiem wprawdzie
                                                jaka była nacja grających i jakie są szczegółowe zasady tej
                                                dyscypliny ale z tego co widzaiałem to grały sześcioosobowe drużyny
                                                mieszane na piaszczystej plaży przebijając piłkę ponad siatką taką
                                                jak do siatkówki używając do tego wszystkich części ciała oprócz
                                                rąk. Głównie w użyciu były nogi, czasami głowa a czasami przyjmowano
                                                piłkę "na klatkę", ale to czynili tylko panowie (nie wiem, może to
                                                tak z przepisów wynika?).
                                                Nie zauważyłem tylko aby zawodnicy czy zawodniczki próbowali
                                                zakładać bloki i nie próbowali ścinać (może nie wolno?).

                                                > Tzn domyślam się, ale nie chciałabym zbłądzić stąd to pytanie..wink
                                                Janse, lepiej pytać niż błądzić wink)

                                                ...a za pozdrowienia ślicznie dziękuję smile

                                                • aska2000 ..dzięki za przybliżenie tematu :)) 28.07.08, 21:53
                                                  ..aaaa, no i czekam na dalszy ciąg relacji - kto wie, kiedy jaka informacja może
                                                  okazać się przydatna..?

                                                  Niedawno pewien znajomy pochwalił mi się,że zrealizował swoje 'okołostudenckie'
                                                  marzenie i popłynął w rejs jachtem po Adriatyku, a że niedługo Abrahama
                                                  obchodzić będzie, to prosty rachunek pokazuje,że mniej więcej pół
                                                  dotychczasowego życia czekał na urzeczywistnienie tegoż marzenia..

                                                  ..czyli rację mają ci, co głoszą, iż 'póki życia, póty nadziei i póty ..jeść
                                                  trzeba !'
                                                  Zaraz, zaraz, ja chyba w zamrażarce widziałam jakieś pudełko z logo Algidy..wink)

                                                  Pozdrawiam!

                                • amigo50 Maskotki i fatum 22.06.08, 20:59
                                  9. Maskotki i fatum.

                                  W Mykonos spotykamy się z pozostałą częścią naszej załogi.
                                  Zasztauowali się w położonej blisko starego portu
                                  tawernie „Paraportiani” w pobliżu kościółka o tej samej nazwie, przy
                                  placyku, przy którym znajduje się tawerna „Nikos” – jedna z
                                  najbardziej znanych tawern na Cykladach. O tej porze jeszcze w obu
                                  tawernach pusto, ale wieczorami trudno tutaj znaleźć wolne miejsce.
                                  Odbieram sms-a od Bebiaczka z pozdrowieniami od niej, od Hani, od
                                  Ewy i innych forumowiczów z forum „Grecja i wyspy greckie”. Dzięki
                                  im za to.
                                  Podczas kiedy my zajęliśmy się swoim obiadem do tawerny przyczłapał
                                  jeden z trzech pelikanów, które są żywymi maskotkami wyspy. Wzbudza
                                  oczywiście zrozumiałe zainteresowanie. Trzaskają migawki. Pelikan
                                  zachowuje się jak zawodowa modelka w czasie sesji fotograficznej a
                                  nawet pozwala na bliższy kontakt. Daje się głaskać po głowie, drapać
                                  po karku, pozuje do zdjęć. W końcu jednak ma dość. Podkurcza nogi,
                                  wtula łeb między skrzydła i wydaje się, że zasypia. Wygląda teraz ja
                                  duża śpiąca kaczka. Zdarza się, że podchodzi do niego jakiś turysta
                                  i próbuje go zaczepiać. Podnosi wtedy łeb i klapnięciem swojego
                                  potężnego dzioba odstrasza skutecznie intruza.
                                  Kiedyś na wyspie był jeden pelikan, dzisiaj są trzy. Pierwszy
                                  pelikan, który przez 29 lat drugiej połowy ubiegłego wieku
                                  spacerował po porcie i przyległych uliczkach zwał się Petros. Z jego
                                  powodu doszło do konfliktu między Mykonos a sąsiednim Tinos, gdyż
                                  był to pelikan, który wcześniej był maskotką Tinos. Nie wiadomo w
                                  jaki sposób dostał się z wyspy na wyspę (podobno nie był w stanie
                                  przelecieć). Mieszkańcy Mykonos byli oskarżani o ten swoisty
                                  kidnaping. Gdy Petros dokonał żywota w 1985 r po potrąceniu przez
                                  samochód, został ustawiony jako eksponat w tutejszym muzeum
                                  etnograficznym a Mykonos przez pewien czas pozbawione było swojej
                                  maskotki. Jednak jeden z niemieckich turystów, których jest tutaj
                                  najwięcej, przywiózł na wyspę młodego pelikana jako podarunek
                                  wskrzeszając tę nową tradycję.
                                  Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy wcześniej ustalenie kolejnych
                                  odcinków naszej trasy. Zakładaliśmy, że będziemy mieli bezpośrednie
                                  i pełne informacje z biur prowadzących sprzedaż biletów na promy i
                                  ustalimy skąd Jacek, który musi wrócić wcześniej do domu, popłynie
                                  promem do Aten. Samolot do Warszawy ma nad ranem, w nocy z soboty na
                                  niedzielę. Zakładaliśmy, że wróci do Aten promem z którejś z wysp w
                                  sobotni wieczór i ze wstępnego zarysu trasy naszego rejsu wynikało,
                                  że wyspą tą będzie Amorgos. Z informacji, które Jacek przyniósł z
                                  biura wynika, że jedyny prom z Amorgos odpływa w sobotni poranek już
                                  dwadzieścia minut po godzinie siódmej rano.
                                  Analizuję sytuację.
                                  Mamy dzisiaj środę. Jutro planujemy popłynąć na Naxos. W piątek
                                  wcześnie rano mielibyśmy popłynąć z Naxos na Amorgos i po południu
                                  spróbować zobaczyć wyspę a w sobotę zawinąć do jej kilku zatoczek i
                                  popłynąć na którąś z wysepek Małych Cyklad.
                                  W tej sytuacji Jacek musiałby spędzić przedpołudnie na promie a
                                  popołudnie, wieczór i noc w Atenach. To rozwiązanie bardzo mu nie
                                  odpowiada. Zdecydowanie bardziej wolałby popłynąć promem odchodzącym
                                  z Naxos lub Paros późnym popołudniem w sobotę. Usiłuję poskładać to
                                  wszystko w jakiś logiczny układ i znaleźć jakieś rozwiązanie –
                                  bezskutecznie. Mało tego. Widzę, że jeżeli w sobotę musielibyśmy
                                  zostać na Naxos, to pod znakiem zapytania staje sens płynięcia na
                                  Santorini.
                                  Zaczyna nam brakować czasu straconego pod Sounion. To niby tylko
                                  kilka godzin, ale skutkuje tak, jak spóźnienie się o pięć minut na
                                  pociąg, który kursuje tylko jeden raz dziennie.
                                  Dociera do mnie, że i tym razem Małe Cyklady i Amorgos będą musiały
                                  zostać za naszą lewą burtą. Nie znam jeszcze tych wysp, nie wiem co
                                  tracę więc pewnie znowu jakoś to przeżyję, ale na Santorini, to
                                  chciałbym jednak abyśmy dotarli, bo wiem, że będzie to dla mojej
                                  załogi miejsce bardzo atrakcyjne.
                                  Po obiedzie idziemy na lody. Przy lodach przedstawiam załodze
                                  sytuację. Nie liczę na to, że przedstawią mi jakieś rozwiązanie, bo
                                  wiem, że w zakresie ustalenia trasy, to oni bardziej liczą na mnie i
                                  wcale się temu nie dziwię. Chciałbym jednak aby mieli pełną wiedzę
                                  dlaczego podejmowane przeze mnie decyzje w sprawie trasy są właśnie
                                  takie a nie inne. Chcę aby wiedzieli dlaczego odpuszczamy Amorgos.
                                  Może pojawią się jakieś propozycje?
                                  To co powiedziałem entuzjazmu, tak jak się spodziewałem, nie
                                  wzbudziło.

                                  Dopiero teraz mogę odpowiedzieć na otrzymane pozdrowienia. Wysyłam
                                  sms-a : "Jesteśmy po Delos. Siedzimy w Mykonos i jemy lody. Jutro
                                  Naxos albo Paros".
                                  Nie piszę jeszcze, że ten wariant kładzie definitywnie i
                                  nieodwołalnie możliwość pójścia na Małe Cyklady i Amorgos, że
                                  Santorini też staje pod znakiem zapytania, chyba, że tę trasę
                                  przepłyniemy w nocy z soboty na niedzielę. Na razie zostawiam to dla
                                  siebie.
                                  Spacerując później po uliczkach Mykonos raz jeszcze szczegółowo
                                  wyjaśniam Jackowi detale różnych możliwych wariantów dalszej części
                                  rejsu. Widzę, że i on chciałby zobaczyć to Amorgos, o którym tyle
                                  różnych opowieści krąży. Jednak i tym razem te puzzle nam do siebie
                                  nijak nie pasują.
                                  Wieczorem, po powrocie do portu, wybieramy się z Basią na spacer do
                                  tej odleglejszej części mariny gdzie zwykle jachty nie stoją. Tym
                                  razem jednak jest inaczej i stoi tutaj jeden jacht. Podchodzimy w
                                  jego stronę. Z jachtu słyszymy głosy w języku polskim. Tym bardziej
                                  wzbudza to nasze zainteresowanie. Podchodzimy bliżej. Na jachcie, w
                                  kokpicie trwa w najlepsze imprezka.
                                  Okazuje się, że to nasza zaprzyjaźniona „pomarańczowa” załoga.
                                  Załapujemy się i my na degustację niezłego wina jakie mieli na
                                  pokładzie.
                                  • amigo50 Re: Maskotki i fatum 22.06.08, 21:02
                                    Jak zauważyliście zapewne zrobiło się małe zamieszanie. Okazało się,
                                    że część zniknęła dlatego wklejam ją teraz ponownie, tyle, że po
                                    części 10?
                                    Czyżby cenzura w ramach ustawy o wychowaniu w trzeźwości?
                                    Za kłopoty przepraszam.
    • bebiak Re: Żagle, maj i Egeo 18.06.08, 22:03
      Achhhh... podczytuje, ogladam, wyobrazam sobie, bo to tu wlasnie a tamto tam...
      Kurcze, zawalam troche spraw bo podczytuje kilkakrotnie to samo, i czytam i
      powracam, by potem znowu, upajam sie tym co wylewasz z siebie...Wylewasz -
      czuje to, nie piszesz a wlasnie wylewasz a ja wchlaniam niczym gabka wode, i tak
      mi z tym dobrze, tak blogo....
      Caluje Cie za te Cykladysmile
      • amigo50 Re: Żagle, maj i Egeo 18.06.08, 23:04
        Cieszę się, że Wam to smakuje. Spróbuję to jeszcze podeprzeć
        zdjęciami.

        pl.fotoalbum.eu/cyklady
        W tym albumie umieściłem trochę moich zdjęć zrobionych na Cykladach.
        Może Wam się spodobają. Jak nie - to trudno.
        Nie są to wprawdzie jeszcze zdjęcia z tegorocznego rejsu, ale mam
        nadzieję, że i te pewnie się tam pojawią, chociaż to trochę potrwa.
        • bebicka Re: Żagle, maj i Egeo 19.06.08, 22:26
          Ach a jak tylko zobaczylam link to juz podniecenie wzroslo...sadzac ze wlasnie z tego rejsu zdjeciasmile
          Nic poczekamy...
          Ja tylko oczywiscie nadmienie, ze tez czytam, a czyta sie wspaniale. Amigo pieknie pisze, plastycznie i ciekawie bardzo, super za mnostwo jachtowych szczegolow, ktore tak przyblizaja moje wielkie marzenie. Kiedys kiedys na pewnosmile
          Czekam na ciag dalszy, czekam niecierpliwie...
          A przy okazji, tak nie na temat wprawezie ale i Amigo i wszystkichc zytaczy chcialam goraco pozdrowic ze swojej wyprawy. Siedze sobie wlasnie w tej chwili we Wloszech, nad jeziorem Como. Super mi tu jest, dzisiaj tez plywalam, wprawdzie stateczkiem, ale jaednaksmile Widoki piekne....bardzo mi sie podoba.
          pozdrowionka
          Maraska
    • m.c.r Re: Żagle, maj i Egeo 22.06.08, 21:26
      Fantastycznie się to czyta - przyznam szczerze. W przyszłym roku wybieramy się
      właśnie na Cyklady i z pewnością skorzystamy z kilku porad, które zostały tutaj
      napisane smile
      • bebiak Re: Żagle, maj i Egeo 22.06.08, 21:41
        A ja tak czekam, żeby wreszcie postawił nogę na Amorgos a ten
        dawkuje i dawkuje przyjemności, i wciąż rozważa i rozważa, a ja się
        tu duszę zwyczajnie ...

        I jeszcze jakieś przypadki z ustawą... znowu z ustawą - tą właśnie
        ustawą ha ha wink))
        • amigo50 Re: Żagle, maj i Egeo 24.06.08, 13:13
          Widzisz Bebiaczku wiatru w tym roku było mało więc i sytuacja nie
          była tak dynamiczna jak by się chciało. Było więc więcej czasu na
          rozważania i przemyślenia.
          Jest taka żeglarska piosenka:
          "W porcie żeglarze schodzą na psy,
          gorzałkę i rum spijają,
          czasami tańcują, że aż ziemia drży,
          czasami w karty grają..."
          ...ale jak na morzu nie ma wiatru i fali, to tak jak w tej innej
          piosence:
          "...gdy na morzu fali nie ma i spokojnie życie płynie,
          można pograć na gitarze i pomyśleć o dziewczynie..."

          ...no to piszę o tym co mi przyszło przemyśliwać i rozważać ... wink))

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka