Dodaj do ulubionych

Kreta 2008

15.10.08, 01:37
Orea Flora !!!
A było to tak: łaziłam sobie po starówce w Chani. Uliczki znam już na pamięć
więc tak snułam się rozglądając dookoła, żeby kolejny raz przywitać się z
miastem. No i na jednej z tych uliczek między sklepikiem z pamiątkami a jakąś
knajpką siedziała sobie na krzesełkach przed wejściem do swojego mieszkanka
starsza para: pan i pani. A u stup pani leżał sobie na ziemi piesek, no
właściwie taki nibypiesek biorąc pod uwagę jak wyglądają potwory z Chalidonuwink
Ponieważ mam deficyt pieska w swoim życiu natychmiast padłam przed państwem na
kolana pytając gestem czy mogę pogłaskać ich cudeńko. Piesek się szybko
zgodził nie czekając na ich pozwolenie i zaczęło się lizanie, głaskanie,
brzuszki, plecki, stójki i inne formy wzajemnego przepływu uczuć. Pani z
uśmiechem przyglądała się tym karesom i powtarzała: Flora, Flora. I tak
głaskając pieska i widząc aprobatę w oczach właścicieli przypomniałam sobie
,że na naszym sąsiednim forum ktoś kiedyś zapytał co to znaczy "...." i że to
znaczyło "wspaniała". No i głaszcząc tę psinę rozpaczliwie usiłowałam
przypomnieć sobie to słowo, żeby sprawić państwu przyjemność nazywając tak ich
pieska, już mi nogi zdrętwiały od tego kucania ale myślę sobie :”o w życiu,
nie wstanę póki sobie nie przypomnę jak jest „wspaniała” (Flora była bardzo
zadowolona z mojej amnezji). I wreszcie jest!!!! OREA !!smile) OREA FLORA !!
mówię do nich no i jak się rozpromienili, ach mówię Wam jaka to była dla nich
radośćsmile powtarzali na zmianę: orea Flora, orea. No to podziękowałam im,
pożegnałam się z Florą i poszłam hen. Za kilka dni, znów łażąc po starówce
specjalnie poszłam do Flory i ku uciesze mojej, jej i jej właścicieli znów
rozegrał się spektakl pod tytułem OREA FLORA smile)) I tak jeszcze ze trzy
razysmile. Ostatniego wieczora przed odlotem tradycyjne pożegnanie z Chanią i
koniecznie wizyta u Flory (kurcze jednak chyba jestem wariatką) a tam
niespodzianka- nie było co prawda pani ale za to była wnuczka a Flora na moje
pożegnanie była ubrana w….. no sami zobaczcie czyż nie odświętnie?

fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,55880705,85951710.html
Obserwuj wątek
    • bebiak Re: Kreta 2008 15.10.08, 02:11
      Obśmiałam się jak dziki a Ty jesteś mi winna krem
      przeciwzmarszczkowy bo kiedy się śmieję zmarszczek mi przybywa jak
      nic! Obśmiałam się i z CV i z opowieści z Chani... Masz jakiś
      anielski dar rozbawiania mnie do łez big_grin:big_grinbig_grin

      Orea Gacek!!
      Filakia. B.
    • chiara76 Re: Kreta 2008 15.10.08, 11:52
      hehe, na zdjęciu nie widzę, czy psiak miał łatki okrągłe czarne, ale jeśli tak,
      to wyobraź sobie, że tego samego psiaka sfotografowałam.wink
      Całkiem możliwe, że to ona, bo przecież chanijska starówka taka w sumie
      niewielka. Jak chcesz, to podeślę Ci na priva fotę, to potwierdzisz, czy według
      Ciebie to ona.
      • gacek95 Re: Kreta 2008 15.10.08, 14:13
        daj na priva albo na forum - właściciele Flory byliby nie lada zaskoczeni jaka
        ich laleczka stała się znana za wodą.
        A Królowej spod jubilera na Chalidonie nie masz przypadkiem?
        fotoforum.gazeta.pl/3,0,460721,2,316.html
        ja jej kibicuję od lat ale z roku na rok jest coraz bliżej podłoża
        fotoforum.gazeta.pl/3,0,907570,2,138.html
        fotoforum.gazeta.pl/3,0,1514625,2,39.html
        • chiara76 Re: Kreta 2008 15.10.08, 14:49
          gacek95 napisała:

          > daj na priva albo na forum - właściciele Flory byliby nie lada zaskoczeni jaka
          > ich laleczka stała się znana za wodą.
          > A Królowej spod jubilera na Chalidonie nie masz przypadkiem?
          > fotoforum.gazeta.pl/3,0,460721,2,316.html
          > ja jej kibicuję od lat ale z roku na rok jest coraz bliżej podłoża
          > fotoforum.gazeta.pl/3,0,907570,2,138.html
          > fotoforum.gazeta.pl/3,0,1514625,2,39.html

          zdjęcia poszły.
          Na forum nie wrzucam, bo nie wiem jak a chodzi mi głównie o to, czy to ta sama
          piękność czy niewink potwierdź, jeśli takwink)
          • gacek95 zapraszam 15.10.08, 17:49
            fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,55880705,85969207.html
            ciąg dalszy będzie następował w miarę regularnie (chyba, że się "wypalę"-to
            takie dobre wytłumaczenie: nie mogłam bo się WYPALIŁAM!- i runęła na kanapę.
    • tomaszkozlowski1 Re: Kreta 2008 15.10.08, 21:29
      Wróciłem niedawno ze służbowego wyjazdu (ponad 500 km samemu
      samochodem w jeden dzień-to dla mnie jeszcze dużo...) i zmęczony
      otworzyłem instynktownie forum.A tu przemiła opowieść o Florze smile
    • barbelek Re: Kreta 2008 15.10.08, 21:49
      Gacku- przesympatyczna opowieść i prześliczny pieseksmile. Raz jeszcze dziękuję za
      kartkę, która oprawiona już w antyramę znalazła swoje miejsce na ścianie.
      • gacek95 do Barbelka :) 15.10.08, 21:56
        ha ha ha, a ja właśnie zatopiona w Twój dzień X -(towarzystwo wzajemnej
        adoracjismile i już szykuję kilka słów o Twoim Stavros, w którym spędziłam noc i
        dzień..
        • gacek95 Stavros 16.10.08, 00:59
          W tym roku, kiedy przylatywałam do Chani moja przyjaciółka Magda, (z którą tę
          Kretę przez kilka lat razem smakowałyśmy a ostatnio robimy to już oddzielnie)
          była teoretycznie od tygodnia w podróży dookoła wyspy. Byłyśmy jednak wcześniej
          umówione, że na jej ostatni dzień i noc przeprowadzę się do niej, no wiadomo,
          Chania by night, sklepiki, knajpki, galeryjki, prezenty, frapka, prezenty,
          espresso, prezenty, kolacja i jeszcze więcej prezentów (no i Orea Flora po
          drodze!) no takie tam damskie spotkanie po 7 dniach niewidzenia. Kiedy jeszcze w
          Warszawie wyszukiwałam Magdzie jakieś lokum na pierwszy dzień w Chani zajrzałam
          do moich linków i po raz ….dziesty trafiłam do Little Bay. Kilka lat temu te
          apartamenciki były w ofercie naszych biur, ale my wtedy (głupie) jakoś je
          pomijałyśmy. Little Bay leży na samym końcu Stavros, pod samą górą Zorby na
          samiuśkim końcu zatoczki. I te kilka lat temu ktoś napisał na forum takie
          zdanie, które mi utkwiło w pamięci, że co rano budził go śpiew rybaka
          wypływającego swoją białą łódką na ryby. (No ja wiem, że na państwowym forum by
          połowa sklęła takiego gościa, ale przecież nie my? prawda?) I co roku jak
          rozpoczynałam przygotowania do wyjazdu to zaczynałam od Littre Bay i co roku
          kończyłam w moim Tavronitis (taki syndrom inż. Mamonia - podobają mi się
          melodie, które już słyszałem.)
          No więc namówiłam Magdę, żeby na pierwszą noc albo i dwie umościła się z córką
          właśnie tam, w Stavros. Uroczy pan Manolis zdalnie wszystko wytłumaczył i
          dziewczyny zawitały w Littre Bay. Już sam początek był obiecujący, bo pan M.
          uprzedził je, że będą samiutkie!smile (to jest to, co dzikusy lubią najbardziej-
          wyobrażacie sobie? Początek września i nikogo? Cudo!) a potem już było tylko
          lepiej i lepiej: Dziewczyny donosiły mi w smsach, że zakochały się w Littre Bay
          i panu Manolisie, że miały jechać w podróż, ale jest im tak fantastycznie, że
          zostają, że każdy dzień zaczynają od kąpieli w swojej zatoczce, że widziały rybę
          (wszystkich zmuszam do kupna ABC), i tylko rybak już nie śpiewa. Po tygodniu
          życia w raju dopadł Magdę jej wewnętrzny żandarm, i kazał jej się spakować i
          jechać w podróż dookoła wyspy tak jak miała to zaplanowane- cham jeden nie daje
          dziewczynie spokoju nawet na wakacjach, a przecież właśnie przed nim uciekła) No
          i tak też zrobiły umawiając się z panem M., że za tydzień wracają na jedną noc
          tylko proszą o pokój dla trzech. Podróż dookoła wyspy pominę litościwie, bo i
          cóż można napisać o trzech dniach pod kocem w deszczowej Sougi? No ale nadszedł
          dzień naszego spotkania, wyściskaliśmy się z mężem wężem na dwudniowy zapas,
          władowałam do bagażnika płetwy maskę rurkę, portmonetkę wsadziłam głęboko do
          kieszeni i ruszyłam do Stavros ulubioną przez Barbelka National Road. Po drodze
          nabyłam drogą kupna dwie puszki karmy dla psów, na którą niecierpliwie czekało
          stado kotów z Littre Bay (,i która to karma będzie zalążkiem następnej historyjki).
          Dziewczyny już czekały i mogę tylko powiedzieć, że spędziłam tam tak piękny
          czas, że już zapowiedziałam Magdzie- maj albo czerwiec- Littre Bay!!!!
          Następnego dnia po południu spakowane do mojego super samochodu (dzięki Neronko-
          to była dopiero frajda) zjadłyśmy przepyszny obiad u tzw. Francuzki i odwiozłam
          dziewczyny na lotnisko. Ale po co ja to wszystko piszę? No mogłabym napisać po
          prostu tak :” Jacku1f !, Barbelku!, zakochałam się w Stavros! Wrócę tam za kilka
          miesięcy!!” No mogłam tak napisać, ale po co się ograniczać? Jak mówią niektóre
          różowe osobniki –trzeba być szczerym a najważniejsze to być SOBOM! No to właśnie
          chciało mi się trochę popisać.


          fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,55880705,86000818.html
          • ewamalgorzata Re: Stavros 16.10.08, 14:52
            Gacku kochanysmile)) W pierwszych słowach mojego listu chcę oczywiście
            podziękować za przepiękną kartkę, która wisi mi to teraz obok i
            cieszy moje oczy co ruszsmile
            W drugich słowach mojego listu chę Ci podziękować za te rzepiękne
            kreteńskie migawki - i tak, jak wszyscy proszę o więcejsmile
            Dawno jakoś tu nie zaglądałam, jeszcze dawniej nie pisałam - w domu
            dostęp do netu ograniczony, w pracy kocioł beustanny - ale wątku o
            Stavros a w szczególności o Little Bay pominąć nie mogłam - mój
            ukochany pensjonat idealny! Do tej pory lepszego nie znamsmile)) Tak,
            wakacje w Little Bay to na pewno doskonały pomysłsmile_

            I prywata: wszelkie zdjęcia z Little Bay mile widziane - na pewno
            masz więcej niż te na fotoforum - podrzuć, nłagam w wolnej chwili..
            bardzo, bardzo błagamsmile)
            • gacek95 ..pojedźmy do jakiejś wioseczki... 30.10.08, 00:33
              Pojedźmy do jakiejś wioseczki…
              ..padało już drugi dzień, mąż wąż popadał w depresję, więc pewnego popołudnia
              rzuciłam: „pojedźmy przed siebie, i jak zobaczymy jakąś dziurę to zatrzymamy się
              na frapkę, posiedzimy, popatrzymy, ponicnierobimy hm?”. (pewnie świetnie znacie
              takie szwędanie bez celu, przed siebie, byle poczuć i zobaczyć jeszcze więcej i
              jeszcze i jeszcze? pewnie, że znacie! ale z pewnością radzicie sobie o wiele
              lepiej niż ja!) Wyruszyliśmy więc z naszego Tavronitis w stronę Kolimbari
              rozglądając się za jakąś boczną drogą, która nas wciągnie, ale dopiero gdzieś
              niedaleko Kastelli jedna boczna w lewo zadziałała na naszą wyobraźnię.
              Skręciliśmy więc i jadąc z komfortową prędkością 40 km/h rozglądaliśmy się
              dookoła. Plan polegał na tym, żeby bez żadnego planu dojechać gdzieś i w tym
              gdzieś napić się frapki i posiedzieć sobie podpatrując tambylców. Po jakimś
              czasie kręcenia się w lewo i prawo i zakręt i znów w lewo, i ciągłego odbijania
              w boczne drogi zajechaliśmy w miejsce, o które nam chyba chodziło
              („zajechaliśmy” to niezbyt trafne określenie- po prostu zakręcając pod kontem
              prostym w środku jakiejś mieściny prawie otarliśmy się o trzy ledwo stojące
              stoliczki z kilkoma krzesełkami do kompletu). Potraktowaliśmy to, jako znak z
              niebios i zostawiwszy auto kilka metrów dalej, ruszyliśmy do czegoś, co było
              takim domeczkiem magazynkiem pakamerą no sama nie wiem jak to opisać- taka
              miniaturka budyneczku stacji w Krokuliczkach 37 lat temu. W środku pusto, tylko
              jakaś szafka wisząca na ścianie, coś w rodzaju pozostałości po bufecie, pusta
              zdezelowana zamrażarka, i kilka wyblakłych fotografii na ścianie. Właściwym
              odruchem niemieckiego turysty byłoby w tył zwrot: było, nie ma, zbankrutowali 20
              lat temu- noooo, ale nie my, my już swoje wiemy, co nie? Po pierwsze przed
              wejściem na jednym z 5 krzeseł siedział dziadziunio: z laseczką, w swetrze
              starym z dziurkami, pod swetrem koszula w kratę zapięta pod szyję, spodnie
              ciemne, buty w wieku stolików, ale coraz wygodniejsze przecież- a zresztą, po co
              komu nowe buty jak te całkiem dobre? Na nosie okulary w grubych oprawkach
              sklejonych po lewej stronie plastrem (znacie?), z za okularów przenikliwe
              spojrzenie śmiesznie powiększonych przez szkła oczu. Laseczka oparta o stolik
              (albo stolik o laseczkę- tego do końca nie wiadomo). Jak jest dziadek i otwarte
              drzwi do .. do… no nie wiem, bo to nie tawerna przecież (a zresztą cholera wie,
              co oni potrafiliby zza tej lady podać) to może i frapkę dostaniemy?. Dziadkowi
              grzecznie kalispera i do środka. No tak trochę niepewnie się rozglądamy, ale
              dziadek coś tam krzyczy, wyglądamy a on władczym gestem nakazuje nam usiąść. Coś
              tam pokrzykuje, nie umiemy się zorientować czy na nas czy na kogoś. Ja zaglądam
              do plecaka czy mam ze sobą rozmówki greckie, które ze sobą wożę, ale oczywiście
              prawo Murphiego- jak do Chani czy innej Paleohory to rozmówki biorę, ale jak na
              taką wycieczkę to zostały w domu-szlag by to, bo już przeczuwam, że nie jest
              dobrze. Po kilku minutach zza chatki nadchodzi pani. Taka zwyczajna starsza
              Grecka pani, uśmiecha się na nasz widok szeroko, my kalispera ona jasas my dio
              metrio megala fappe parakalo i pani zniknęła we wnętrzu. Ja w międzyczasie
              jeszcze poszłam sprawdzić w bagażniku czy tych rozmówek przypadkiem nie mam a
              wąż wlazł za panią do środka. I kiedy wracałam do stolika to okazało się, że
              „nasze” miejsca zajęte- w międzyczasie zjawił się jeszcze jeden dziadzio a
              nadciągało (może adekwatniejszym określeniem byłoby-sunęło) już dwóch
              kolejnych W tym samym czasie wyszła pani a za nią wąż, który trochę
              zdezorientowany jak i ja stanął niepewnie- stoliki trzy: przy jednym już był
              wcześniej dziadunio, przy naszym już też dziadeczek a do trzeciego zbliżali się
              kolejni-, co robić?? I nagle nasza pani jak nie wrzaśnie na towarzystwo,
              postawiła nasze frapki na stole i zaczyna rozsadzać dziadków, aż nam się
              strasznie głupio zrobiło, ja chwytam za laseczkę tego, co na moim miejscu i chcę
              go zatrzymać, ale pani nie pozwala i zagania chłopaków do dwóch pozostałych
              stołów. Gada przy tym i gestykuluje, jest bardzo sroga a my zaczynamy się kulić
              troszkę w sobie. Kiedy wszyscy zostali usadzeni pani staje nad nami i
              dobrotliwie, ale zdecydowanie zaczyna o coś nas wypytywać, chłopaki z
              zainteresowaniem się przyglądają, my nic kompletnie nie rozumiemy, słownika nie
              mam, ciągniemy więc tę frapkę przez słomki i rozpaczliwie myślimy, co by tu…. w
              końcu my, że Polonija- ooo to już lepiej, wszyscy się ożywili, powtarzają
              Polonija Polonija i uśmiechają się do nas i zaczynają jeden przez drugiego coś
              do nas mówić (ha ha ha ha) a my dalej nic, po jakimś czasie staje się oczywiste,
              że te ciućmoki co nawiedziły ich mieścinkę to niemoty, nie da się z nich nic
              wycisnąć, więc zapada cisza (ale wzroku z nas nie spuszczają (ha ha ha ha).
              Mijają długie minuty, szklanki opróżnione, pani od czasu do czasu zagaduje jakby
              chciała sprawdzić czy aby na pewno nic? może jednak uda się zagadać? My głupawo
              się uśmiechamy w końcu mąż wąż prosi -to logariasmo parakalo – ku radości całego
              towarzystwa. No i teraz jak by tu elegancko odjechać? Pytamy: Kissamos?? A
              wszyscy zrywają się z krzesełek i zaczyna się przekrzykiwanie- jedni nam
              tłumaczą, że nie Kissamos tylko Kastelli, inni pokazują jak pojechać i kiedy w
              lewo a kiedy w prawo, (ale to i tak bez znaczenia, bo nic nie rozumiemywink, w
              końcu odprowadzają nas do samochodu i pięciu stareńkich dziadków zaczyna cmokać:
              mmm Toyota Toyota mmm Toyota- a jak zobaczyli, że za kierownicą siada kobieta to
              jeden przez drugiego pomagali mi wykręcić dyrygując i przekrzykując się
              nawzajem. Pomachaliśmy i żegnani okrzykami wszystkiego dobrego pojechaliśmy hen.
              A potem pomyśleliśmy, że takie matołki z nas, a trzeba było dla wszystkich
              frapkę zamówić a może i coś mocniejszego też by tam było za ladą? I od tej
              pory jak czasami ktoś mówi, że chciałby tak w głąb, do wioseczek, z ludzikami
              tam pobyć to śmiech mnie ogarnia wesoły i rzewny na wspomnienie naszej wyprawy.
              I tylko dwie fotki, bo jakoś było nam niezręcznie więcej..



              fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,55880705,86590745.html
              • amigo50 Re: ..pojedźmy do jakiejś wioseczki... 01.11.08, 19:07
                Gacku!
                Błąd w metodzie!
                Rękami i nogami!!!

                Bardzo mi się podobają te Twoje migawki. Wspominam sobie "naszą"
                Kretę.... a to już dwa lata z okładem minęły..... sad(
                • barbelek I mi też się strasznie podobają:) 03.11.08, 21:30
                  Ja także dziękuję raz jeszcze za kartkę (śliiicznaaa!) i dalej opowiadaj.
                  Pięknie i fajnie i z humoremsmile Pozdrawiam i pisz.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka