mamaemilii
17.02.06, 15:20
Pierwsza wizyta była prywatna. U pana doktora, który był mi polecony, bo ma
podobno(!) podejście do dzieci. Uprzedziłam go, że córka jest nieśmiała.
Dentysta jednak nie pozwolił się małej oswoić ani z gabinetem, ani z sobą,
przeczekał 3 minuty płaczu i stwierdził, że przy takim maluchu to trzeba na
siłę. I co mieliśmy robić, kiedy ząb zepsuty? Buźkę mała otworzyła sama, ale
leczenie faktycznie było już na siłę.
Wiecie, wqrzyło mnie to mocno. Facet za 15 minut wziął 50 zł. Co by się
stało, gdyby pozwolił przez pierwsze 15 poznać dziecku kąty w gabinecie i
siebie? Na dobrą sprawę ja za pół godziny u dentysty płacę tyle, więc?
A teraz minęło pół roku i widzę, że zęby nadal się psują. Dostałam namiary na
panią dr, która podobno ma świetne podejście do dzieci, nawet do
upośledzonych. To straszne, ale jak usłyszałam o tych upośledzonych, to
pomyślałam, że w takim razie tym razem się uda i Emilka nie będzie się tak
bała... A przecież moje dziecko nie jest upośledzone!
Bo Emilka musi wiedzieć, co się dzieje. Muszę jej wszystko wytłumaczyć,
pokazać, a jak w ciągu 10-15 minut (a tyle trwają wizyty, jak widać) zapoznać
dziecko z całkiem obcym sobie otoczeniem i człowiekiem???
Boję się tej wizyty, boję się płaczu małej, że nie zrozumie, co jest grane, a
wtedy się denerwuje... i że ona ten mój lęk wyczuje i będzie się bała przez
to bardziej. Eh...
Musiałam się wygadać. Wiem przynajmniej, że mnie zrozumiecie.