Zarchiwizowano watek o tym tytule i nie da sie juz pod niego podpiac.
A ja musze, bo sie udusze!
No bo jest tak- Jan Sebastian w wieku 2 i pol roku rozpoczal wlasnie
swa karere przedszkolna. Kwoli przypomnienia- mama po polsku, papa
po francuzku, mama z tata po angielsku a reszta swiata po norwesku.
Jasiek niezanajacy kompletnie jezyka norweskiego znalazl sie w
bardzo irytujacej sytuacji w ktorej nikt go nie rozumie. Przedszkole
waldorskie, niezly tygiel narodowosciowy, przedszkolanki majace duze
doswiadczenie z dziecmi wielojezycznymi i wspierajace rodzicow.
Powinno byc bezproblemowo- a nie jest. Fakt niezrozumienia ze strony
otoczenia wywolal u mojego dziecka agresje. Chce wiaderko- grzecznie
o nie prosi po polsku- nie daja, prosi po francuzku- nie daja, bo
nie rozumieja- wiec wali w leb albo gryzie...
Katastrofa! Wita mnie w przedszkolu blagajac o wode, bo chce mu sie
pic a nie wie jak o nia poprosic...
Niniejszym odwieszam moja konsekwencje na haczyk i zaczynam uczyc go
podstawowych zwrotow po norwesku. Moze sa dzieci dla ktorych bariera
jezykowa nie stanowi problemu. Moje dziecko potrzebuje wsparcia na
poczatek. Gdybym wiedziala, ze ta sytuacja bedzie dla niego tak
trudna, juz dawno nauczylabym go podstaw jezyka....
Wiem, wiem, ze to stan przejsciowy, co nie zmienia faktu, ze znajac
pare podstawowych zwrotow bylo by mu duzo latwiej. Zastanawiam sie
wiec czy ta kosekwencja jezykowa nie powinna mniec wyjatkow...
Nie komunikuje sie z nim po norwesku. Po prostu ucze go obcego
jezyka, tlumaczac jednoczesnie, ze nie moze oczekiwac zrozumienia ze
strony innych dzieci, poniewaz uzywaja one innego jezyka.
Na marginesie dodam, ze sie bestia uczy blyskawicznie