gregor_1976
28.11.05, 13:21
Czesc. Wczoraj czytalem sobie w pociagu "Forum" i byl tam przedruk z El Pais o
pokoleniu 1000 euro. Generalnie bylo o Hiszpanach, ale ja tak sie troche czuje
jakby to bylo o mnie. W zarysie o co chodzi: czlowiek konczy studia, ma dosc
wysokie kwalifikacje, zna jezyki. Rozpoczyna prace. Za 1000 euro. Mieszka w
wielkim miescie (tu odpadam, bo mieszkam w dziurze), wynajmuje mieszkanie (bo
na kupno go nie stac), zazwyczaj z kims na spolke (j.w.), nie jest w stanie
nic oszczedzic, mijaja lata i nic sie nie zmienia, wciaz jest tak samo.
Zaleta: nie jest sie do niczego przywiazanym, mozna zmieniac prace (na kolejna
za 1000 euro), mozna zmieniac mieszkania, na kolejne wynajmowane. W najlepszym
wypadku osiaga sie zdolnosc kredytowa kiedystam i splaca sie wlasna chalupe do
emerytury. Dochodzi sie do 30-tki i zaczyna sie frustracja, bo to co kiedys
bylo fajne (ta wolnosc wlasnie, przedluzenie jakby studenckiego zycia) zaczyna
byc meczace i staje sie zrodlem poczucia przegranej. Ja wiem, ze realia
polskie sa troche inne, ze 1000 euro to duzo, no ale jakby to tak przekuc na
nasze, to czy nie jest tak samo? Naszly mnie refleksje, albowiem za rok
skoncze 30 lat i nie mam NIC. Perspektywe bezrobocia od nowego roku hiehie. Co
o tym wszystkim myslicie?