Witam po raz pierwszy.
Jestem w tej chwili w 26 tyg. drugiej ciąży. Za pierwszym razem też miałam
"wizję" porodu domowego, no ale jakoś się nie zmobilizowaliśmy, to było trochę
w ramach ciekawostki. W końcu oczywiście urodziłam w szpitalu i nawet tego nie
żałowałam, bo miałam czas oswoić się z sytuacją i nauczyć kilku rzeczy o
noworodku. Ale jak teraz na to patrzę, sporo poczytałam w temacie
okołoporodowym

To widzę wszystkie wady i niedorobienia tego mojego pobytu w
spzitalu.. Niby było ok - byłam pacjentką ordynatora, więc nie miałam
najgorzej, NO ALE...
Teraz już jesteśmy zaprawieni w boju

więc mówię do męża: "A może urodzimy w
domu?.." W międzyczasie podsyłałam mu ciekawostki tematyczne, np o nacinaniu
krocza, o wypychaniu łożyska, o szczepieniach... i wiele wiele innych. Trochę
go urobiłam, no i umówiliśmy się z położną

I teraz im dalej w las, tym bardziej mój mąż to oaza spokoju w tym względzie,
a ja mam okresowe wahania.. No bo np takie owinięcie pępowiną. Zdarza się
często, ale raz na milion zdarzy się tak, że doprowadzi to do podduszenia i
dalej śmierci maluszka.. i co wtedy?
No i dzidzius leży sobie w poprzek.. niby wiem, że ma jeszcze spoooro czasu..
no ale jak się nie przekręci, to będzie żal..
No i co ze starszym dzieckiem? Będzie miał niecałe 2 lata... Wymyśliłam sobie,
że urodzę w nocy i to tak, żeby się zaczęło, jak już zaśnie, a skończyło zanim
się obudzi

realnie patrząc.. no jakaś tam szansa jest

Wątpliwości i "problemów" jest sporo... ale największy z nich to chyba tylko
finansowy, trochę droga ta impreza, a my się ledwo odbijamy..
No ale jeszcze 3 mce zostały, może coś się rozwiąże do tego czasu (oby nie
ciąża...).
Tak to oto sobie pisałam, nieskładnie, bo nieskładnie, ale nie mam komu się
wygadać