stacie_o
29.11.13, 16:10
moje dziecko to destroyer. Mamy grudzień, a ja chyba kupię drugą wyprawkę. 3 pudełka zgubionych lub zniszczonych kredek (rzucaliśmy się nimi), zgubione buty na przebranie (nie wiem, gdzie dałem), podarty ręcznik kąpielowy (ciągliśmy za rogi), nowa książka do angielskiego (w starą wylało się źle zakręcone picie), wszycie zamka do kurtki 50 zł, bo się młodzianowi nie chciało zjechać zamkiem na dół, tylko rozerwał...
Zrezygnowałam z kupowania porządnych ubrań na rzecz lumpeksu, bo wszystko jest wiecznie uwalone, utytłane, powyciągane, wymazane atramentem bądź farbami. Psycholog radzi, żeby zniszczone rzeczy syn odkupywał z własnego kieszonkowego, co z tego jak już jest na minusie.
Dziś dobiły mnie okulary. Poprzednią parę w marcu zostawił gdzieś w krzakach i nie odnalazł, a teraz nową (kupioną we wrześniu) nadepnął...do śmietnika się nadają. Nie mam kasy, żeby kupić nowe. Nie chodzi o to, że kupuję mu ray bany czy koko szanele, ale żeby okulary jako tako wyglądały i przy jego wadzie wzroku nie były grubości denek od butelki trzeba lekką ręką dać 500-700 zł. Żeby kupić 3 parę w tym roku muszę albo wziąć pożyczkę, albo ruszyć zapas na wózek dla małej. Serio kusi mnie, żeby sprawić Młodemu właśnie takie najprostsze, najgrubsze ala jan suzin, oczywiście tego nie zrobię.....ale mi się płakać chce.
Pokazuję w domu: okulary do pudełeczka, książki w takiej kolejności, nie ciągniemy za zamek od kurtki, bo się urwie. Ale nic z tej nauki nie wynosi.