azile.oli
20.06.09, 15:28
Opiszę wam pewną sytuację, która dla mnie, zwłaszcza jako
nauczyciela jest dziwna. Otóż moja córka, gimnazjalistka z pewnego
przedmiotu miała na pólrocze 6, jako, że awansowała do drugiego
etapu konkursu przedmiotowego. Nie udało jej się zostać finalistką,
zabrakło bardzo niewiele, ale zabrakło. Pewna nauczycielka innego
przedmiotu podała uczniom oceny z tamtego przedmiotu, wpisane
ołówkiem i od razu zwróciła mojej córce uwagę, że tamta pani chyba
się pomyliła. Córka poszła to wyjaśnić, na co usłyszała, że konkurs
był w pierwszym semestrze. Młoda wyjaśniła, że w drugim semestrze
żaden inny konkurs nie był ogłoszony, natomiast przytoczyła słowa
tejże nauczycielki, która podkreślała , że wiedza mojej córki
wykracza daleko poza program gimnazjalny. Zostało ustalone, że córka
odbędzie pewną dysputę o podłożu wiedzowo - intelektualnym i na tej
podstawie zostanie podjęta decyzja o ocenie. Nauczycielka nie miała
jednak czasu (trzeba było poprawiać jedynkowiczów), więc
zaproponowała, aby młoda przygotowała i przeprowadziła
niekonwencjonalną lekcję. Niestety, nie doszło do tego, ponieważ
były zastępstwa i łączone klasy, ale nauczycielka kazała sobie
przekazać materiały (krzyżówki, quizy , ułożone przez młodą).
Stwierdziła, że jej się przydadzą, a nad oceną się zastanowi. Na
świadectwie z tego przedmiotu widnieje 5.
Córka zapowiedziała, że nie weźmie już udziału w olimpiadzie z tego
przedmiotu, bo poczuła się oszukana. Awans do każdego kolejnego
etapu jest trudny i nie ma nic pewnego. Oczywiście fascynacja tym
przedmiotem pozostanie. Jeszcze raz podkreślam - nie chodzi o ocenę,
ale o potraktowanie uczennicy przez nauczycielkę. Córka odebrała to
jak lekceważenie i ja zresztą też.