aniuta75
02.09.08, 13:45
W mailu opowiedziane....
„Wczoraj namówiłam wreszcie swojego męża żeby kupić abażur z kryształów (to,co
wisi z lampami na suficie), baaardzo drogi (pół roku zbieraliśmy).
Pojechaliśmy do sklepu, kupiliśmy abażur, na skrzydełkach szczęścia
popędziliśmy do domu Po drodze kupiliśmy butelkę koniaku (trzeba nowy zakup,
tego tamtego, no obmyć). Siedliśmy przy stole, najpierw strzeliliśmy po 50,
potem powtórzyliśmy, no i mówię do swojego męża:
- A może powiesimy od razu ten abażur?
No i mąż, lub z powodu koniaku, lub widząc moje szczęście zgodził się.
Postawiliśmy krzesło, na krzesło taboret mały, mój mąż wspiął się na tę
piramidę, a mi kazał go zabezpieczać. Stoję taka szczęśliwa, obserwuję jak mój
orzeł pod sufitem majstruje (a on był, nie wiem, po co w szerokie bokserki
ubrany), przenoszę wzrok niżej, i co ja widzę? Z tych sympatycznych bokserek
wypadło mu jedno jajeczko, no i ja taka rozczulona tym widokiem biorę i tak
lekko pstryknęłam paluszkami po tym jajeczku. Mój tygrys w tej sekundzie jak
poleciał w dół z tej estakady wraz z abażurem, który rozbił się całkowicie na
małe kawałki, wstaje szybko i z ostatkami abażuru w rękach podskakuje do
mnie... Myślałam, że zabije mnie, a on mówi:
- Kurde, ale mnie prądem pier***nęło, aż do jąder doszło, dobrze, że nie na
śmierć!"