07.09.07, 10:15
Bogumiła Berdychowska „Ukraina: ludzie i książki”. Kolegium Europy
Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Wrocław 2006

Czy to możliwe, by dzięki wygranej w szachy w ogromnych koszarach po
flocie wojennej stworzyć znakomity uniwersytet? Czy zwykły witraż w
oknie uniwersytetu może pobudzić artystów do szukania zagubionej
tożsamości narodowej? Czy komuś mieści się w głowie, że gdy w 1985
r. zaczynała się pierestrojka i pierwsi więźniowie polityczni
wychodzili na wolność, konał w łagrze ukraiński poeta i dysydent
Wasyl Stus?
Odpowiedź na te pytania przynosi najnowsza książka Bogumiły
Berdychowskiej. Autorka jest osobą, która zrobiła niezwykle dużo dla
zrozumienia Ukrainy przez współczesnych Polaków, dla przezwyciężenia
stereotypów, dla budowy mostów między intelektualistami (i nie tylko
nimi) po obu stronach granicy. Berdychowska to prawdziwy człowiek
instytucja. Nie może się bez niej odbyć żadna impreza polsko-
ukraińska, animuje wspólne akcje na rzecz pojednania, przydziela w
Polsce stypendia ludziom kultury i nauki z byłego ZSRR. To tylko
ułamek jej przebogatej działalności z ostatnich lat.
Kilka miesięcy temu ukazał się zbiór jej szkiców "Ukraina: ludzie i
książki". Choć tytuł nie jest może zbyt pociągający, książka
zachwyca niezwykłością. Pomieszczone w niej teksty układają się w
cudowną mozaikę.
Znajdziemy tu panoramę galicyjskiego miasteczka Towste (przedwojenne
Tłuste) z jego mieszkańcami - Żydami, Ukraińcami i Polakami (w
takiej właśnie kolejności układały się proporcje etniczne przed 1939
r.). Poznajemy greckokatolickiego księdza Antina Nawolskiego, który
w strasznych czasach okupacji wzywał swoich parafian, by nie dali
się porwać propagowanej przez nazistów nienawiści - najpierw wobec
Żydów, potem Polaków. Dowiadujemy się, że Tłuste miało też szczęście
do księży rzymskokatolickich, którzy w godzinie próby stanęli na
wysokości zadania, zachowując wierność ewangelii. Berdychowska
odkurza ich losy, przywraca imiona i często zapomniane lub
przekręcone nazwiska. Dociera do nieznanych wcześniej relacji. Ktoś
powie, że przykład harmonijnego współżycia ludzi różnych wyznań i
narodowości w Tłustem jest jednostkowy. Być może. Ale warto
wiedzieć, że nawet w najgorszych czasach można było pozostać
człowiekiem.
Autorka kreśli portrety ważnych postaci powojennego życia
intelektualnego Ukrainy. Nie życia oficjalnego, lecz równoległego -
dysydenckiego i emigracyjnego. Tak poznajemy losy Wasyla Stusa,
wybitnego poety i jednego z niezłomnych obrońców praw człowieka,
który w łagrach siedział (z przerwami) od lat 60. aż do śmierci w
1985 r. "Do tej pory byłem raczej ukrainofilem - pisał w jednym z
listów więziennych. - Dopiero w Mordowii [radzieckiej republice
słynącej z licznych łagrów] stałem się Ukraińcem".
Zadziwia szczery podziw Stusa dla Polaków i Polski. Swe nadzieje
wiązał z wyborem Polaka na papieża i ze strajkami w Stoczni
Gdańskiej w 1980 r. Nie wiemy, w jaki sposób do niego i jego
więziennych kolegów trafiały informacje o tych wydarzeniach - ale
pozwalały im wierzyć, że coś się musi zmienić, nie tylko w Polsce,
ale w całym bloku wschodnim.
Stus nie doczekał tych zmian. Współtworzył je - i współtworzy do
dziś - Myrosław Marynowycz, inny dysydent opisany przez
Berdychowską. Jemu z kolei udało się przemycić z łagru list do Jana
Pawła II i uzyskać odpowiedź, że papież modlił się w czasie
prywatnej mszy św. za niego i podobnych mu więźniów.
Berdychowska opisuje historię odrodzenia Akademii Kijowsko-
Mohylańskiej na początku lat 90. Jej obecny rektor prof. Wiaczesław
Briuchowiecki - jeden z animatorów pierestrojki, która na Ukrainie
bardzo szybko przekształciła się w ruch na rzecz niepodległości -
wygrał w szachy pokoik w zajmowanych przez wojsko dawnych budynkach
Akademii. Tak zaczęła się historia uczelni uważanej dziś za symbol
przemian na Ukrainie i kuźnię nowych kadr. Sam Briuchowiecki mawia
półżartem, że jego kraj stanie się w pełni normalny, gdy za 15 lat
prezydentem Ukrainy zostanie absolwent jego uczelni. I coś w tym
jest.
Książka Berdychowskej jest jak przypowieść, która pozwala uwierzyć,
że skoro coś, co jeszcze ćwierć wieku temu wydawało się nierealne,
dziś jest możliwe, to za kolejne ćwierć wieku możliwe będzie
wszystko.
Marcin Wojciechowski, Gazeta Wyborcza, 25-26 sierpnia 2007 r.
www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4432191.html
Obserwuj wątek
    • liberum_veto Maria Janion - Niesamowita Słowiańszczyzna 06.10.07, 07:40
      Książka nominowana do literackiej Nagrody NIKE. Raczej bez szans na
      zwycięstwo. Wręczenie nagrody - 7 pażdziernika, transmisja w TVP2 o
      godz. 19.00
      www.gazetawyborcza.pl/1,75475,4500366.html?as=1&ias=4&startsz=x
      Kiedyś Polska była „Chrystusem narodów”. Na czym ma polegać nasza
      misja dziś?
      - Niektórzy polscy politycy, podobnie jak część ludności, uważają,
      że nasza misja chrystianizacyjna wobec Zachodu to niesienie wyższej
      moralności społeczeństwom rozkładu i rozpusty. Na Wschód zaś
      niesiemy cywilizację i demokrację, bo to barbarzyństwo i Azja.

      Czy nasze zaangażowanie w sprawy Ukrainy ma ton protekcjonalny? Czy
      to źle, żeby Ukraina weszła w obszar Zachodu?
      - W moim rozumieniu to zaangażowanie bywa dwuznaczne wówczas, gdy
      ożywia mit polskich Kresów. Ukrainę traktuje się wówczas jako
      peryferie Polski, co może oczywiście tylko zadrażnić stosunki z tym
      krajem.
      Mesjanizm to też wywyższenie naszego cierpienia. Niewinna ofiara
      złożona przez Polaków rodzi pretensje do wielkości i górowania nad
      innymi, bo nikt tak nie cierpiał jak my. Rywalizacja w cierpieniu to
      bardzo ważny motyw.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka