japolak
25.10.05, 11:35
Nareszcie coś o dialogu i o wierze w jedynego Boga, nie zaś bomby i inwektywy.
W ostatnich dniach widziałem na kilku portalach reakcje na kolejne podpalenie meczetu w Szwecji - dzika radość osób uważających się za Polaków-katolików, domagających się spalenia wszystkich meczetów, wypędzenia z Europy wszystkich muzułmanów, zamknięcia do ogrodów zoologicznych i obozów wszystkich śniadych i czarnych "brudasów".
Jakoś nie mogę zrozumieć takich ludzi, dla których dowodem miłości do swojego Boga i jego wyznawców jest nienawiść do wyznawców drugiego Boga (a właściwie tego samego).
A takich może nie jest wielu, lecz bywają bardzo głośni, zarówno wśród muzułmanów, polskich katolików, amerykańskich protestantów. Dochodzi do takich absurdów, jak zakładanie grup faszystowskich w Izraelu przez rosyjskich emigrantów...
A czy islam genetycznie jest chory na przemoc? Ktoś niedawno zwrócił uwagę, jak wielki postęp gospodarczy i cywilizacyjny nastąpił w Hiszpanii od czasów wejścia do UE. Mnie to przypomina czasy świetności tego półwyspu, gdy był kalifatem - krajem rządzonym przez muzułmanów właśnie. Prawo stanowiło, iż mieszkańcy mają do wyboru, kto chce świętować w piątek, sobotę, niedzielę, w zależności od wiary. Zachowały się arcydzieła architektury - wręcz koronki wycinane w kamieniu. Działało wiele uczelni, rozwiajała się astronomia i medycyna, poezja i filozofia. Po "wyzwoleniu" spod "terroru półksiężyca" nie tylko wygnano lub wymordowano Arabów i Żydów, ale i prześladowano chrześcijan, próbujących choć trochę inaczej czcić Boga. Na stosy trafiali nie tylko heretycy i czarownice, ale i uczeni. Zniszczono wspaniałe systemy irygacyjne i znaczna część ogrodów, winnic zmieniła się na setki lat w kamienistą pustynię.
Wszystko na odwrót - niż wierzą zwolennicy cywilizacyjnej wyższości Europejczyka - chrześcijanina.
Wyjaśniam - jestem niewierzący, choć z katolickiej rodziny. I wchodząc do kościoła, zdejmuję czapkę, wchodząc do synagogi - wkładam ją a do meczetu zdejmuję buty.
Jestem niewierzący, ale czytałem święte księgi wielu religii, z szacunkiem także dla buddyzmu czy konfucjonizmu, nawet "religii bez Boga", ale z wiarą w ludzi i jakiś sens życia.
I nie wierzę, by świat, ludzie stali się lepsi dzięki stawianiu murów, jak kiedyś w Berlinie a dziś w Izraelu, dzięki bombom, strzałom i podpaleniom świątyń i mieszkań ludzi, zniszczeniom dokonywanym czy to przez "ciemnych" terrorystów, czy armie "światłych" okupantów.
Więc więcej może niech będzie takich spotkań, niech jedna religia odcina się nie od "ciemnoty" innej, ale od ciemnoty części własnych wyznawców. Niech własne "zbłąkane owce" nawraca na wiarę w "Boga miłosiernego"...