1tomasz1
16.12.04, 13:50
hmmmm....
"Amerykański dolar kiedyś był zielony, a dzisiaj choruje na białaczkę. W
ciągu ostatnich trzech lat w stosunku do euro stracił 35 proc., wobec jena
jedną czwartą. Nieco mniej, ale znacznie szybciej, dolar słabł wobec złotego.
Dzisiaj wszyscy zastanawiają się, kiedy skończy się ten zjazd i jakie będą
jego konsekwencje. Czy nie jesteśmy na progu wielkiego finansowego kryzysu.
Rosnącą nieufność do dolara wywołali sami Amerykanie. Przez minione cztery
lata George Bush robił rzeczy, które w innych krajach są niewyobrażalne.
Dopuścił do ogromnego wzrostu długu publicznego i wszystkich możliwych
deficytów. Amerykański import jest teraz o połowę wyższy od eksportu, bieżący
deficyt w bilansie płatniczym zbliża się już do 6 proc. PKB, a tegoroczny
deficyt budżetowy sięgnie 4,4 proc. W przeliczeniu z procentów na żywą
gotówkę są to gigantyczne sumy. Roczny deficyt w handlu USA przekracza
obecnie 620 mld dol. i z miesiąca na miesiąc rośnie. Ostatni deficyt
budżetowy to z kolei ponad 410 mld dol. Jeszcze gorzej wyglądają skumulowane
rachunki. I to one najbardziej niepokoją. Dług publiczny USA wynosi obecnie
62,4 proc. PKB. Zagraniczne zobowiązania USA sięgnęły już łącznie 11 bln dol.
i znacznie przekraczają amerykańskie inwestycje w innych krajach. Dlaczego
Amerykanie za taką rozrzutność i nieustanne życie na kredyt nie zostali do
tej pory ukarani, a wartość zielonych nie poleciała na łeb na szyję?
Czarny scenariusz
Wszystko z powodu rozmiarów amerykańskiej gospodarki i roli waluty rezerwowej
dla świata, jaką od 60 lat pełni dolar. Po wojnie niemal wszyscy chcieli go
mieć, bo to była po prostu najlepsza i najbezpieczniejsza lokata kapitału.
Właściwie bez alternatywy. Jeszcze w połowie lat 70. banki centralne trzymały
w dolarach 80 proc. swoich rezerw. Zdecydowana większość handlu też odbywała
się w tej walucie. Dzisiaj udział zielonych stopniał do 65 proc. i pewnie
jeszcze by spadł, gdyby nie chęć podtrzymania kursu dolara przez największe
państwa Azji. Chiny, Japonia, Indonezja i kilka innych krajów nadal
regularnie kupują ogromne ilości amerykańskich papierów wartościowych, bo nie
chcą dopuścić, by nieoczekiwane i niekontrolowane wzmocnienie własnych walut
wobec dolara utrudniało im eksport do USA. A to dla nich największy i
najważniejszy rynek. Chińczycy wręcz powiązali na stałe kurs juana z dolarem
i jak długo się da, nie zamierzają odstępować od tego pomysłu. Japończycy też
gotowi są zrobić wiele, by dolar przestał się osłabiać. Z obecnego rozwoju
wydarzeń na rynku walutowym z tych samych powodów nie cieszy się też wcale
Unia Europejska. Wydaje się, że słaby dolar jest dzisiaj problemem dla
wszystkich, prócz samych Amerykanów. I to też jest łatwo wytłumaczalne.
W ostatnich latach Stany Zjednoczone nie potrafiły skutecznie bronić swojego
rynku. Płynące głównie z Azji tanie towary zalewały tutejsze sklepy i
wykolejały amerykańskich producentów. Protestowali związkowcy i opozycyjni
politycy, ale dla kraju należącego do Światowej Organizacji Handlu (WTO) i
zawsze broniącego (przynajmniej oficjalnie) zasad wolnego handlu pole manewru
jest niewielkie. Dzisiaj słaby dolar jest potrzebny USA właśnie po to, żeby
przynajmniej ograniczyć rozmiary deficytu handlowego i pobudzić amerykański
eksport. A to jest teraz bodaj jedyna skuteczna droga do tego celu. Nic więc
dziwnego, że John Snow, amerykański sekretarz skarbu, nie wyobraża sobie
interwencji w obronie kursu i zimno reaguje na sugestie wspólnej akcji,
jakiej chcieliby Japończycy, a także rządy kilku największych krajów Unii
Europejskiej. Świat, jak w tym starym dowcipie, znalazł się w roli
niefrasobliwego bankiera: zamiast tysiąca dolarów pożyczył Amerykanom milion
i teraz jest to przede wszystkim jego problem, jak na tym interesie nie
stracić."