Dodaj do ulubionych

Teza pierwsza

IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 06.09.02, 03:35
Czy prawdą jest, że w ciągu kilkunastu lat po 1989 roku biedna Polska
faktycznie "obdarowała" kraje Unii Europejskiej jednostronnymi korzyściami w
sferze gospodarczej?

Zrobiliśmy to na wiele sposobów. Przede wszystkim poprzez
oszukańczą "prywatyzację" ze szkodą dla Polski, tj. sprzedaż za bezcen
zagranicznym biznesmenom jakże wielu cennych polskich przedsiębiorstw. Nie
słuchano ostrzeżeń wybitnych zagranicznych ekonomistów, wypowiadanych już na
początku tego tak fatalnego dla Polski procederu. Przypomnę, że jeden z
najwybitniejszych ekonomistów amerykańskich John Kenneth Galbraith już w 1991
r. ostrzegał na łamach wrocławskiej "Odry" (nr 2 z 1991 r.) przed wyprzedażą
przemysłu w ręce zagraniczne, mówiąc: "Jestem za inwestycjami zagranicznymi.
Ale niedawno spotkałem kogoś, kto właśnie wrócił z Polski i kto ma nadzieję,
że w ciągu 4-5 lat znaczna część przemysłu polskiego zostanie przejęta przez
Niemców i Amerykanów. Uważam to za nadzwyczaj głupie. Polski przemysł musi
być własnością Polaków i być zarządzany przez Polaków". Galbraith krytycznie
oceniał również naiwną wiarę w Polsce w różnych, masowo odwiedzających nasz
kraj, doradców z Zachodu, twierdząc, że "tacy doradcy potrafiliby doprowadzić
do bankructwa nawet Stany Zjednoczone".
Podobne ostrzeżenia przed wyprzedażą przedsiębiorstw polskich w ręce
zagraniczne wypowiadał laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii prof.
Milton Friedman w wywiadzie dla miesięcznika "Res Publica" (nr 10 z 1990 r.).
Friedman powiedział tam m.in.:
"Kolejna sprawa dotyczy wysuwanych często sugestii, aby sprzedać
przedsiębiorstwa cudzoziemcom. Ponieważ nie wydaje się, by rząd polski
sprzedać mógł Polakom Stocznię Gdańską, huty i inne wielkie przedsiębiorstwa
po realnych cenach, ludzie powiadają, żeby sprzedać je cudzoziemcom. Uważam,
że byłby to błąd. Po pierwsze, moglibyście je sprzedać tylko po bardzo
niskich cenach, niemal za nic. Kto by na tym skorzystał? Głównie cudzoziemcy,
nie Polacy. Po drugie, sytuacja, w której duża część podstawowych środków
produkcji danego kraju znajduje się w rękach cudzoziemców, jest na dłuższą
metę politycznie nie do zaakceptowania.
Pamiętajcie jedno: cudzoziemcy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc
Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Cudzoziemcy powinni mieć pełną swobodę
inwestowania w Polsce, ale tylko wtedy, gdy będzie to w interesie Polski
(...)".
Już w 1992 roku były dyrektor PWN Adam Bromberg, emigrant z 1968 r., od
dziesięcioleci przebywający na Zachodzie, ostrzegał: "Aniśmy się nie
spostrzegli i któryś tam rok z kolei POMAGAMY Zachodowi".
Nader wymowne w tym kontekście były oceny wypowiadane ku zaskoczeniu
publicysty z "Gazety Wyborczej" (nr z 4 stycznia 2000 r.) przez udzielającego
mu wywiadu Macieja Olexa-Szczytowskiego wchodzącego w skład grupy Dresdner
Bank, drugiej co do wielkości kapitału niemieckiej instytucji finansowej,
odpowiedzialnej za współpracę z największymi klientami na terenie Europy
Środkowej i Wschodniej.
Stwierdził on wprost, że przez nazbyt pochopnie prowadzone prywatyzacje
podarowaliśmy zagranicznym inwestorom "od pięciu do siedmiu miliardów
dolarów". (Liczni ekonomiści, w tym profesor Kazimierz Poznański, oceniają,
że podarowaliśmy Zachodowi wielokrotnie większą sumę). Na próżno główny
ekspert ekonomiczny "Gazety Wyborczej" Witold Gadomski próbował przekonać
rozmówcę z Dresdner Bank, że w ogóle nie istnieje coś takiego jak "kapitał
narodowy", tożsamość narodowa, etc. Olex-Szczytowski z Dresdner Bank, a
więc "Europejczyk", cierpliwie tłumaczył ekspertowi "Wyborczej" jak dziecku,
że trzeba stawiać przede wszystkim na polskie, dobrze prosperujące firmy, że
nie każda sprzedaż polskich firm inwestorom zagranicznym się opłaca, choćby
nawet czasowo łatała luki w budżecie. Według Olexa-Szczytowskiego, "Nie
wszyscy inwestorzy są zainteresowani rozwojem w Polsce technologii i
nowoczesnej produkcji. Wielu z nich kupuje polskie przedsiębiorstwa tylko po
to, by uzyskać dostęp do rynku. Na dłuższą metę działa to niekorzystnie na
strukturę polskiej gospodarki, choćby przyczyniając się do powstawania
deficytowego bilansu handlowego (...) nie jest także prawdą, że nie mamy
innego wyjścia, jak tylko sprzedawać kluczowe firmy inwestorom zagranicznym,
którzy przejmą nad nimi całkowitą kontrolę (...). W kraju o rozmiarach Polski
znacząca część dużych, prężnych firm powinna mieć narodową tożsamość. Te
firmy powinny mieć tu swoją centralę i polski zarząd. Prawie wszystkie firmy
inwestujące globalnie mają narodową tożsamość.
Blisko centrali, w rodzinnym kraju wydaje się więcej na rozwój produkcji,
inwestuje w najnowsze technologie, stwarza się więcej miejsc pracy, tworzy
się większą wartość dodatkową, płaci się więcej podatków niż na peryferiach
(...). Inwestor zagraniczny często, wbrew pozorom, nie udoskonala polskiej
firmy, podnosząc ją do najwyższego poziomu światowego. Polska firma po
przejęciu przez takiego inwestora traci wpływ na swój rozwój. Nigdy też nie
będzie mogła inwestować za granicą i eksportować z Polski do własnych spółek
zależnych. Ze stu największych polskich firm przeszło 40 procent zysku netto
jest własnością zagranicznych inwestorów strategicznych. Jeśli uwzględnić
wielkie firmy przeznaczone na sprzedaż takim inwestorom (np. Telekomunikację
Polską), to szybko proporcje te osiągną 75 proc. W ten sposób stajemy się
gospodarką peryferyjną.
Znaczący wpływ na wzrost gospodarczy ma narodowe morale gospodarcze (...).
Dobrze prosperujące firmy dadzą Polakom zaufanie we własne siły, zachęcą
największe talenty do pozostania w kraju. Historia gospodarcza nie zna kraju
o średnich rozmiarach i 40-milionowej ludności, tak szybko zdominowanego
przez strategicznych inwestorów zagranicznych. Owszem, kraje małe, jak
Estonia czy nawet Węgry lub Czechy, mogą sobie na to pozwolić. Te kraje
świadomie - jak Węgry - wybrały rolę podwykonawców. Ale Polska jest na to
zbyt dużym krajem. Możemy podjąć z zagranicznymi koncernami skuteczną
konkurencję (...). Firmy były sprzedawane głównie inwestorom zagranicznym po
to, by zasilić budżet. Nie brano w wielu wypadkach pod uwagę miejsca firmy
czy całej branży w gospodarce, w międzynarodowym podziale pracy (...). Czy
należało sprzedać inwestorom zagranicznym wszystkie cementownie i znaczące
firmy z branży spożywczej? (...)
Dominacja kapitału zagranicznego branżowego w bankach kraju wielkości Polski
budzi niepokój (...). Niektóre polskie firmy, a nawet całe branże, mogą mieć
problemy z uzyskaniem kredytu. Na przykład przemysł rolno-spożywczy,
samorządy, małe firmy, sektor tzw. high-tech, firmy dokonujące
restrukturyzacji, wielkie projekty inwestycyjne, np. autostrady. Problem
polega na tym, że w banku, który jest w gruncie rzeczy tylko oddziałem banku
zagranicznego, decyzje dotyczące większych projektów podejmowane są poza
granicami, często bez właściwego rozeznania sytuacji".
Prawdziwie druzgocący dla Polski okazał się ujemny bilans w wymianie
handlowej z UE, szczególnie fatalny w sferze wymiany produktów rolnych.
Pomimo że szumnie zapowiadano, iż porozumienie z UE dotyczące okresu
poprzedzającego wejście do Unii miało faworyzować Polskę, to faktycznie, jak
akcentował wiceminister rolnictwa Jerzy Plewa, eksport polskich produktów
rolnych w latach 1990-99 wzrósł tylko o 1/5, podczas gdy eksport UE do Polski
zwiększył się o ok. 600 procent. Stało się tak dzięki ciągłemu subsydiowaniu
eksportu unijnych produktów do Polski w warunkach, gdy polskie rolnictwo
zostało bez pomocy i ochrony. Znamienna w tym kontekście była wypowiedź
Mariana Brzóski, wicedyrektora biura europejskiego FAO (Światowej Organizacji
Żywności) i sekretarza Europejskiej Komisji Rolnej, a w latach 1993-97
dyrektora departamentu integracji europejskiej w Ministerstwie Rolnictwa. W
wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" z 7 lutego 2002 Brzóska powiedział:
"Myśmy już Un
Obserwuj wątek
    • Gość: +++IGNOR Re: Teza pierwsza IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 06.09.02, 03:40
      Znamienna w tym kontekście była wypowiedź Mariana Brzóski, wicedyrektora biura
      europejskiego FAO (Światowej Organizacji Żywności) i sekretarza Europejskiej
      Komisji Rolnej, a w latach 1993-97 dyrektora departamentu integracji
      europejskiej w Ministerstwie Rolnictwa. W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" z 7
      lutego 2002 Brzóska powiedział:
      "Myśmy już Unii dali prezent, degradując rolnictwo przez ostatnich 12 lat - 2
      mln ha wypadło z uprawy, mamy o 3 mln krów mniej, 3 razy mniej bydła opasowego,
      12 razy mniej owiec (...). W tej chwili kraje Unii transferują z Polski około 4
      mld euro zysków rocznie od kilku lat. Coroczna pomoc Unii to kilkaset milionów
      euro".
      Największym prezentem danym przez Polskę Unii Europejskiej jest to, że poprzez
      skrajne otwarcie się na eksport z UE doprowadziliśmy do ogromnej nadwyżki
      eksportu do Polski nad importem. W efekcie w Unii Europejskiej powstało około
      1,5 miliona dodatkowych miejsc pracy, a Polska straciła ich tyle samo.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka