bebokk
24.10.03, 14:31
25-35 mld zł musi wydać polska energetyka na wdrożenie unijnych norm ochrony
środowiska. Co gorsza, ostre limity emisji zaczną obowiązywać dużo wcześniej,
niż obiecywano.
"Sukces" polskich negocjatorów, którzy uzgodnili z Unią Europejską odroczenie
o 7 lat terminu wdrożenia tzw. dyrektywy LCP, okazał się nic nie warty.
Dyrektywa nakładająca na duże źródła energii ostre normy w zakresie emisji
zanieczyszczeń (SO2 i NOx) ma zacząć obowiązywać w UE w 2008 r. Polskie
elektrownie miały dostać więcej czasu, bo żeby wywiązać się z unijnych
limitów, muszą zainwestować aż 25-35 mld zł. Dostały, ale... tylko na
papierze.
- W traktacie akcesyjnym znalazł się zapis o harmonogramie ograniczania
emisji zanieczyszczeń w skali kraju. Zgodnie z nim już w 2008 r. Polska musi
zmniejszyć emisję dwutlenku siarki niemal o połowę w stosunku do aktualnego
poziomu. Cztery lata później redukcja powinna wynosić już 60 proc. Te normy
są co najmniej równie ostre, jak ograniczenia wynikające z dyrektywy LCP. A
to oznacza, że de facto Unia wcale nam nie popuściła - mówi Robert Adamczyk,
szef zespołu ochrony środowiska w firmie doradczej WS Atkins-Polska.
Zrobili nas w balona
Zdaniem eksperta, to fatalny błąd naszych negocjatorów.
- Trudno powiedzieć, czy Unia zrobiła to z premedytacją, czy też zapis w
traktacie powstał w wyniku przeoczenia. Jednak niezależnie od tego, skutki
dla branży energetycznej będą bardzo poważne - mówi Robert Adamczyk.
Sławomir Krystek, dyrektor Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska
(IGEiOŚ), nie ma takich wątpliwości.
- Jestem przekonany, że UE świadomie nas oszukała. Najpierw wynegocjowała z
nami szczegółowe derogacje dotyczące pojedynczych bloków energetycznych, a
później wprowadziła limity krajowe, które uniemożliwiają wykorzystanie tych
derogacji - mówi dyrektor.
Szef IGEiOŚ podkreśla, że spośród kandydatów do Unii, oprócz Polski, okresy
przejściowe wynegocjowały Czechy i Estonia, ale żadnemu z tych krajów nie
narzucono krajowych limitów emisji dla energetyki.
Chodzi o parę lat
Jeśli chodzi o skutki zapisów traktatu dla polskich producentów energii, obaj
eksperci są zgodni.
- Żeby spełnić unijne normy musielibyśmy wyciąć około połowy dzisiejszych
mocy produkcyjnych i importować prąd z Francji lub Niemiec - twierdzi Robert
Adamczyk.
Sławomir Krystek jest zdania, że gdyby nie limity, te bloki mogłyby jeszcze
spokojnie pracować przez co najmniej kilka lat.
- Nie opłaca się budować na nich kosztownych instalacji odsiarczania spalin,
bo nie zdążą się zwrócić. I tak już w 2017 r. większość bloków będzie trzeba
wyciąć i wybudować od nowa ze względu na zaostrzające się, w myśl dyrektywy
LCP, normy emisji tlenków azotu - dodaje dyrektor IGEiOŚ.
gielda.wp.pl/index.html?a=1&b=1&c=10&POD=3&P[numer]=1622718&P[obr]=pb&P[godzina]=0915&P[dzien]=24102003&ticket=1543003053889960bgkf5g1brTv5042g82C%
2Fa5Phi4MJR2mFZy7QPWp2Mpz9qAnIZ%2FJoLcjUv2QqNeivL3wCOraQ3WE3qYkav2rpia%
2FtMlJlqmiptgstda3vzX7YjkUNaEB%2F5ljF0mgbR2dl