Dodaj do ulubionych

CAP czyli jak Unia zabije w Polsce ptactwo.

IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 25.12.03, 21:21
He he he. Czytajcie. To jest bardzo przyjemny artykul. Jakze inny od tego
finansowo gospodarczego belkotu. To powinno byc tu a nie w dziale nauka.
Nauka przeciez czemus sluzy, nie? Pozdrawiam.

http://www1.gazeta.pl/nauka/1093892,42547,1599732.html?as=3&ias=3

"Nawet o tym nie wiemy - jesteśmy ptasią potęgą Europy. Ale po wejściu do
Unii możemy szybko stracić nasze skowronki i czajki. A wszystko przez
bezpośrednie dotacje dla rolników
Nie, błagam, nie, tylko nie to! - krzyczał pan Hawkings, wymachując rękami. -
Z tymi pieniędzmi z Unii róbcie, co wam się podoba. Kupcie sobie samochody
albo wydajcie na kulturę, ale na Boga, nie przeznaczajcie ich na bezpośrednie
dotacje do rolnictwa!

Jeszcze chwilę wcześniej pan Hawkings (po polsku Jastrzębski) zachowywał się
jak przykładny Anglik, co to nawet gdy mówi o katastrofie albo o wojnie, minę
ma taką, jakby rozmawiał o popołudniowej herbatce.

Wraz z kolegami, którzy przylecieli na "Ptasi Festiwal" (coroczna wędrówka po
ptasich rajach naszego kraju: Puszczy Białowieskiej i Bagnach Biebrzańskich),
piekł kiełbaski, popijał piwo i opowiadał o spełnionym marzeniu wielu
europejskich obserwatorów ptaków. Tuż przy wejściu do Białowieskiego Parku
Narodowego zobaczył puszczyka mszarnego. Sowę, co ma głowę wielką jak
człowiek, a rozpiętość skrzydeł do niemal dwóch metrów. To wielkie bydlę lata
po lesie bezszelestnie niczym duch i, co ciekawe, siada bardzo nisko i nie
boi się człowieka.

Zwykle, żeby coś takiego zobaczyć, trzeba przedzierać się przez skandynawską
tajgę. Pan Hawkings jednak opowiadał o tym półsłówkami, skupiając się na
swojej kiełbasce. I dopiero moje pytanie o unijną politykę rolną zmieniło
zimnego jak ryba Anglika w gorącokrwistego Włocha z Południa:

- Ratujcie swoje wróble mazurki, ortolany, skowronki, czajki! Bo w
piętnastogwiazdkowej Unii już po ptakach!

Co ma skowronek do wołowiny

Żeby wyjaśnić, co tak wstrząsnęło panem Hawkingsem, trzeba się cofnąć do
okresu zwanego rewolucją neolityczną.

Jakieś 10 tys. lat temu na Bliskim Wschodzie człowiek stwierdził, że znacznie
łatwiej będzie mu się żyło, gdy zamiast uganiać się za zwierzyną i łazić
coraz dalej w poszukiwaniu pożywnych roślin, będzie jedno i drugie hodował na
miejscu.

Bycie rolnikiem bardzo spodobało się człowiekowi i ten sposób na życie bardzo
szybko podbił całą Eurazję. Zagospodarowywano pod uprawy żyzne doliny rzek i
stepy. Żyli tam przodkowie dzisiejszych czajek, ortolanów, derkaczy,
mazurków, skowronków, bocianów i cierniówek. Ptaki nie miały wielkiego
wyboru: albo się przystosują, albo zginą. - No więc dokonały wyboru i
związały się z rolnictwem - wyjaśnia dr Przemysław Chylarecki z Muzeum
Instytutu Zoologii PAN w Warszawie, a po pracy prezes Ogólnopolskiego
Towarzystwa Ochrony Ptaków.

Do połowy XX wieku tereny rolnicze zajmowały połowę powierzchni całej Europy,
a większa część ptaków, o których mówimy, stała się pospolita. Idylla trwała
do 1957 roku. Wtedy to Niemcy, Francja, Włochy i kraje Beneluksu popisały
traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską. Europa pamiętała jeszcze głód
wojenny i z pierwszych lat po wojnie. To się nie powtórzy - postanowiono.
Taniej żywności ma być w bród. Traktat przewiduje dopłaty do produkcji w
ramach tzw. Wspólnej Polityki Rolnej - do każdej tony zboża lub kilograma
wołowiny rolnicy mają dostawać subsydia.

W 1973 roku do Wspólnoty przystąpiła Wielka Brytania, gdzie wielbicieli
ptaków już wtedy było całe mnóstwo. Pan Hawkings dokładnie pamięta początek
lat 70. Wychodził na pola z lornetką i z wielką przyjemnością przyglądał się
skowronkom, czajkom i cierniówkom. Czasami udało mu się usłyszeć derkacza. -
To były piękne czasy - łza kręci się w oku pana Hawkingsa.

- Brytyjczycy zaczęli liczyć ptaki pospolite już od wczesnych lat 70. Oni
pierwsi poczuli, że coś złego się święci, i zaczęli się przyglądać gatunkom
uznawanym za pospolite - mówi dr Chylarecki.

To nie gosposia Beethovena

W 1818 roku mieszkający w Wiedniu Ludwig van Beethoven kompletnie ogłuchł.
Wcześniej jednak ucho genialnego kompozytora łowiło każdy dźwięk. Być może w
czasie wycieczek za miasto Beethoven zapamiętał głos małego ptaszka o szarej
główce i cynamonowym upierzeniu. Raczej go nie widział, bo ptaszek zakłada
gniazdo na ziemi wśród gęstych roślin, a śpiewa tuż pod szczytami wysokich
drzew. Pierwsze nuty śpiewu ptaszka utkwiły Beethovenowi w głowie, bo gdy
ornitolodzy słuchają dziś V Symfonii napisanej w 1802 roku, nie mają
wątpliwości, że rozpoczyna ją pieśń godowa samca ortolana. Teorię mówiącą o
tym, że początek to śmiech gosposi wielkiego kompozytora, ornitolodzy
odrzucają; pieśń ortolana bardziej odpowiada tym nutom niż jakiś tam śmiech.

- Za czasów Beethovena na pewno łatwo było usłyszeć tego ptaka w większości
krajów Europy - mówi dr Chylarecki. - Ale gdyby Beethoven żył w Niemczech w
drugiej połowie XX wieku, V Symfonia zaczynałaby się inaczej.

Ortolan w Niemczech i większości krajów Europy Zachodniej zagrożony jest
wyginięciem. Szansę zapoczątkowania V Symfonii śpiewem ortolana Beethoven
miałby za to w Polsce. Wynika to z monitoringu pospolitych ptaków lęgowych
prowadzonego od 2000 roku przez Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków: co
trzeci europejski ortolan mieszka w Polsce!

Kitu-ciach i po cierniówce

- A tam, na suchym świerku, jest gniazdko dzierzby gąsiorka - wskazuję
Peterowi drzewko za naszą stodołą. Gąsiorki zna chyba każdy Polak, choć może
akurat nie wie, że gąsiorek to właśnie gąsiorek. Najczęściej widzimy samce,
które siedzą na drutach i wpatrują się w dół. Jak gąsiorek zobaczy owada,
atakuje go i niesie samicy lub pisklętom albo nabija na jakiś kolec na
krzewie.

- Żartujesz? - Peter, młody holenderski ornitolog, nie dowierza. Dopiero gdy
pokazuję mu palcem gniazdko, a w nim pięć łysych pisklaków, na jego twarzy
pojawia się zachwyt. Żeby zobaczyć w Holandii dzierzbę gąsiorka, trzeba się
nieźle nabiegać. Mieszka tam nie więcej jak 200 par tych ptaków. - A w
Wielkiej Brytanii już nawet nie ma co szukać gąsiorków. Ostatni raz widziano
ich rodzinę w latach 90. Tymczasem, jak wynika z naszego monitoringu, liczba
par w Polsce oceniana jest na 200- -300 tys. To 1500 razy więcej niż w
Holandii.

To, co u nas pospolite, za naszą zachodnią granicą może być już rzadkie, a
nawet wymierające. Tak jest z kuzynem ortolana - potrzeszczem, który lubi
śpiewać (trzeszcząco), siedząc na drutach telefonicznych. W Niemczech jest go
ośmiokrotnie mniej niż w Polsce, choć powierzchnia tego kraju jest o 14 proc.
większa od naszego. Przy zarośniętych miedzach i rowach, w pobliżu upraw
rzepaku lub zbóż można usłyszeć cierniówkę - maleńką pokrzewkę. Ornitolodzy
mówią, że najlepsza transkrypcja śpiewu tego ptaka to "pic-w-dupę--kitu-
ciach". U nas liczebność cierniówek ocenia się na 1,2 do 2 mln par. W
Niemczech jest ich między 200-500 tys. par, czyli przynajmniej trzy razy
mniej.

ŹRÓDŁO:
- Może trudno w to uwierzyć, ale najnowsze wydanie brytyjskiej Czerwonej
Listy Ginących Gatunków Ptaków z 2002 roku wymienia skowronka i trznadla - ze
smutkiem stwierdza dr Chylarecki. - W ciągu 25 lat ich liczba spadła tam o
połowę. Komu u nas przyjdzie do głowy, że skowronkowi może coś zagrozić?

Ginie mazurek, śmieszny wróbelek, u którego samiec i samica wyglądają tak
samo i mają czarną kropę na policzku. Przez całe życie trzymają się w parach.
Żeby zobaczyć mazurka, muszę wyjrzeć przez okno. Na pewno się jakiś gdzieś
kręci. A pan Hawkings na zobaczenie mazurka nie ma prawie szans, bo populacja
mazurków w Wielkiej Brytanii to zaledwie 5 proc. tego, co żyło tam jeszcze
pod koniec lat 60.

- I to przez Wspólną Politykę Rolną - rzuca z obrzydzeniem pan Hawkings.

Peter, który nie jest żadnym brytyjskim eurosceptykiem, tylko młodym
Holendrem o dość liberalnych poglądach, również nie ma kłopot
Obserwuj wątek
    • Gość: , dokonczenie. IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 25.12.03, 21:23
      wyglądają tak samo i mają czarną kropę na policzku. Przez całe życie trzymają
      się w parach. Żeby zobaczyć mazurka, muszę wyjrzeć przez okno. Na pewno się
      jakiś gdzieś kręci. A pan Hawkings na zobaczenie mazurka nie ma prawie szans,
      bo populacja mazurków w Wielkiej Brytanii to zaledwie 5 proc. tego, co żyło tam
      jeszcze pod koniec lat 60.

      - I to przez Wspólną Politykę Rolną - rzuca z obrzydzeniem pan Hawkings.

      Peter, który nie jest żadnym brytyjskim eurosceptykiem, tylko młodym Holendrem
      o dość liberalnych poglądach, również nie ma kłopotów ze wskazaniem potwora
      odpowiedzial-nego za zagładę europejskich ptaków. - Wspólna Polityka Rolna -
      mówi bez zastanowienia.

      Brudna szyba, czyli raj

      Sasza Rosner, zapalony ornitolog i fotograf ptaków z Niemiec, stara mi się
      obrazowo wytłumaczyć, dlaczego ptaki i Wspólna Polityka Rolna w obecnym
      kształcie to ogień i woda. - Wiesz, jak poznaję, że wjeżdżam do Polski?

      - Po stanie dróg?

      - To też. Ale głównie po tym, że jak jadę przez Niemcy, szyba mojego samochodu
      jest czysta. A w Polsce mam na niej setki rozmazanych much, komarów, chrząszczy
      i czego tam sobie zażyczysz.

      - No i co z tego?

      - Jak to co? Nasze pola są sterylne. Co te ptaki mają jeść. Nie ma tam miejsca
      na nic, co jest zbędne. Chodzi tylko o produkcję, produkcję i jeszcze raz
      produkcję.

      Rzeczywiście, gdyby przyjrzeć się budżetowi Wspólnoty, zarządzanemu przez
      Komisję Europejską, połowa wydatków idzie na rolnictwo. W zeszłym roku było to
      prawie 44,5 mld euro, z czego aż 27 mld trafiło jako dopłaty do produkcji
      roślinnej, a 10 mld jako dopłaty do produkcji zwierzęcej. Potężne pieniądze,
      jeżeli się doda, że np. edukacja to zaledwie 888 mln euro, czyli niecały 1
      proc. Nawet na rozbudowę infrastruktury (głównie drogi) Komisja wydaje o 12 mld
      mniej. Nic więc dziwnego, że wszystko, co nie służy produkcji, zniknęło z pól. -
      Szlag trafił miedze, krzaki, nieużytki, małe śródpolne laski, bagienka i oczka
      wodne. Większość łąk albo zamieniono na pastwiska, na których tłoczy się tyle
      krów, że żaden ptak tego nie wytrzyma, albo na grunty orne. Na chwasty nie ma
      miejsca - mówi Sasza.

      Pola na Zachodzie wyglądają podobnie. Setki albo tysiące hektarów, np.
      kukurydzy. U nas inaczej. Polskie pola i łąki są kolorowe i różnorodne. Tu
      kawałek owsa, obok skoszona łąka, a dalej kawałeczek nieskoszony pełen
      mieniących się kwiatów. Potem jakiś zagonek ziemniaków, za chwilę rzeczka albo
      bajorko otoczone trzcinami. Miedze, krzewy, samotne grusze, pasy starych
      wierzb. Ten krajobraz ocalał właściwie tylko w Polsce. Na Zachodzie zniknął, bo
      powstały tam wielkie farmy, a w innych krajach byłego bloku wschodniego - bo
      rozpanoszyły się tam kołchozy.

      - Krajobraz rolniczy po wojnie w Niemczech musiał być podobny do polskiego.
      Wtedy było tam około 2 mln gospodarstw, czyli mniej więcej tyle co obecnie w u
      nas. Zostało 400 tys. - mówi Dorota Metera zajmująca się w IUCN-Polska
      (Światowej Unii Ochrony Przyrody) problemami ochrony przyrody i rolnictwa.
      Wspólna Polityka Rolna działa tak, że tylko dużym opłaca się produkować, a mali
      padają i odsprzedają swoje grunty. Padają też gospodarstwa o produkcji
      mieszanej, gdyż przegrywają z tymi wyspecjalizowanymi w jednym typie produkcji.
      W ciągu dziesięciu lat, od 1987 do 1997 roku, udział gospodarstw wielokierun-
      kowych w całym rolnictwie unijnym zmniejszył się z 27 do 18 proc., czyli niemal
      o jedną trzecią. Dlaczego? Bo dopłaty trafiają do dużych. Oni mają potencjał,
      aby wypełniać skomplikowane wnioski i obniżać ceny żywności. Z noty
      informacyjnej Komisji Europejskiej z października zeszłego roku wynika, że
      mniej niż 2000 producentów w całej Wspólnocie otrzymuje więcej niż 300 tys.
      euro rocznie.

      - Przyjrzeliśmy się polskim łąkom tradycyjnie użytkowanym. Naliczyliśmy na
      jednym arze aż 60 gatunków roślin. Na łąkach intensywnie użytkowanych na ar
      przypadało 30 gatunków - opowiada Iwona Wróbel z Pienińskiego Parku
      Narodowego. - Na nizinach jest jeszcze gorzej, bo na intensywnie użytkowanej
      łące jest 10-20 gatunków - dodaje Paweł Pawlaczyk z Klubu Przyrodników. Paweł
      Pawlaczyk nie ma wątpliwości, że umiarkowanie użytkowana, nienawożona,
      niepodsiewana, ale i nieporzucona łąka to jedno z najbogatszych w gatunki
      miejsc w Polsce.

      Tak zwane łąki trzęślicowe, czyli wilgotne łąki, sporadycznie i zwykle bardzo
      późno koszone na ściółkę, zagrożone są w Europie zupełnym zanikiem. A są one
      miejscem życia wielu unikatowych gatunków roślin, jak np. mieczyki, liczne
      gatunki storczyków, różowy goździk pyszny czy drobna paproć - nasiężrzał
      pospolity, dawniej na całej Słowiańszczyźnie uważany za roślinę magiczną,
      służącą wywoływaniu miłości.

      Szacuje się, że w latach 30. w przeciętnym łanie zboża w Europie Zachodniej
      rosło 20-30 gatunków chwastów polnych. Dziś spotyka się zwykle zaledwie dwa-
      trzy gatunki. Na polskich polach w przeciętnym łanie zboża można znaleźć
      jeszcze 10-15 wyspecjalizowanych gatunków chwastów polnych. Choć i u nas nie-
      które rośliny uważane za chwasty wyginęły z powodu intensyfikacji rolnictwa.
      Nie ma już chociażby związanych z uprawami lnu lnicznika właściwego oraz
      kanianki lnowej. Niekoniecznie musi być to wina (czy zasługa) zwalczających
      chwasty herbicydów. Głęboka orka i nawożenie na pewno zmniejszają bogactwo
      świata roślin - wynika z niedawno opublikowanych badań austriackich naukowców z
      Wiednia.

      Ale co to ma do owadów rozbijających się na szybie samochodu Saszy? Odpowiedź
      jest bardzo prosta. Im więcej gatunków roślin, tym więcej gatunków owadów.
      Przecież wiele z nich potrzebuje do rozwoju całej masy różnych gatunków roślin.
      51 proc. europejskich gatunków motyli zagrożonych wymarciem zamieszkuje właśnie
      łąki i pastwiska. A ptaki potrzebują owadów. Niektóre gatunki co prawda żywią
      się nasionami, ale owady to podstawowy pokarm piskląt. Nie ma roślin, nie ma
      owadów, nie ma ptaków. Kółko się zamyka.

      A co? Będę kosić kosą!

      - No, jak pan kosi! - Jan Dyda, góral z dziada pradziada, koszący łąki w
      Pienińskim Parku Narodowym, ma mnie serdecznie dość. - Kosę trzeba trzymać tak,
      żeby można było sobie pod pachę czapkę włożyć i ona nie ma prawa wypaść. -
      Kosiarz to z pana nie będzie - oświadcza Dyda. - Nie będzie? Zobaczymy.

      Idzie mi ciężko i trawiaste części ogrodu wyglądają jak ofiara zwariowanego
      fryzjera. Męczę się jak nie wiem co, ale kosić muszę się na- uczyć. Głównie dla
      derkacza.

      ŹRÓDŁO:
      "Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie, Bo on szybuje w trawie jako
      szczupak w Niemnie", napisał Mickiewicz w II księdze "Pana Tadeusza". Nic
      dodać, nic ująć. Normalnie derkacza zobaczyć nie sposób. - W przedwojennych
      myśliwskich książkach piszą, że derkacz wyprowadza w pole nawet najlepsze
      tropiące psy. Ucieka przed nimi na piechotę, klucząc w gąszczu traw - opowiadał
      mi wiele lat temu, przed naszą pierwszą wycieczką na derkacze, Karol Zub z
      Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży, który ma bzika na punkcie tych
      niewielkich chruścieli. Samce derkacza przylatują do Polski z Afryki
      Południowej w pierwszych dniach maja. Zaraz po nich samice. Zapadają sobie w
      trawy i już prawie przestają używać skrzydeł. Jedyne, co świadczy o obecności
      samców, to głos. Jakby ktoś jeździł paznokciami po tarce do prania. - Ten głos
      ma niezwykłą siłę. Mierzona o 30 cm od tego małego ptaka miała 120 decybeli. To
      silnik ciężarówki! Na dodatek taki samiec potrafi derknąć w ciągu czterech
      godzin 24 tysiące razy - opowiadał mi Karol.

      W przeciwieństwie do Mickiewicza my mieliśmy szansę, że tajemniczy ptak
      przyjdzie nam pod nogi. Dlaczego? Otóż Wieszcz nie dysponował latarką ani
      magnetofonem z nagranym głosem samca. A my to mamy. Zamiast magnetofonu co
      sprytniejsi ornitolodzy używają czasami do naśladowania głosu tego ptaka
      plastikowego grzebienia, po którym jeżdżą plastikową kartą (jeżeli ktoś jest
      bardzo bogaty - kredytową).

      Sa
      • Gość: , dokonczenie1. IP: *.dsl.pltn13.pacbell.net 25.12.03, 21:27
        - Ten głos ma niezwykłą siłę. Mierzona o 30 cm od tego małego ptaka miała 120
        decybeli. To silnik ciężarówki! Na dodatek taki samiec potrafi derknąć w ciągu
        czterech godzin 24 tysiące razy - opowiadał mi Karol.

        W przeciwieństwie do Mickiewicza my mieliśmy szansę, że tajemniczy ptak
        przyjdzie nam pod nogi. Dlaczego? Otóż Wieszcz nie dysponował latarką ani
        magnetofonem z nagranym głosem samca. A my to mamy. Zamiast magnetofonu co
        sprytniejsi ornitolodzy używają czasami do naśladowania głosu tego ptaka
        plastikowego grzebienia, po którym jeżdżą plastikową kartą (jeżeli ktoś jest
        bardzo bogaty - kredytową).

        Samce pod wieczór rozpoczynają swoje zwariowane koncerty. Szczyt ich aktywności
        to godziny od 22 do 3 nad ranem. Karol wybrał najbliższego samca, a raczej
        najbliższy głos, i włączył magnetofon. Świecąc latarką, podchodziliśmy powoli.
        Nagle Karol dał znak ręką, by się zatrzymać. Snop światła padł na ruszające się
        delikatnie trawy. Nasz derkacz maszerował ku nam, a raczej ku derkającemu
        magnetofonowi. Samce po prostu nie tolerują konkurenta bliżej niż o sto metrów.
        Starają się go odstraszyć głosowo, a gdy to nie pomaga, idą mu sprawić manto.
        Karol jeszcze szybko wygniótł przed nami trawę. Z gęstwiny wyjrzał różowy dziób
        i podłużna głowa, a za nią reszta pięknie ubarwionego ptaka. Miał jasne
        upierzenie pokryte czymś, co przypominało ciemne łuski. Wskoczył na but Karola
        i rozejrzał się za przeciwnikiem. Gdy go nie znalazł, nadął się i cichutko
        zarżał niczym koń. Później Karol wytłumaczył mi, że ten głos świadczył o jego
        wielkim zdenerwowaniu. Tak oto poznałem ptaka, któ

        ry w Europie Zachodniej jest uważany za najbardziej znaną ofiarę intensywnego
        rolnictwa.

        Minęło parę lat, ale wciąż pamiętam tego zdenerwowanego samca.

        - Derkacze lubią łąki koszone. Na niekoszonych brak dużych owadów, ich głównego
        pokarmu - mówi Karol Zub. Ale dla derkacza trzeba kosić staromodnie. Przed moją
        kosą derkacze będą mogły spokojnie uciekać. Niestety, najłatwiej i najszybciej
        jest kosić kosiarką rotacyjną, zaopatrzoną w dwa ostre talerze. Takich używa
        się na terenach byłego kombinatu łąkarskiego Wizna. Nie ma tam oczek wodnych
        otoczonych trzciną, zarośli, gdzie ptaki mogłyby się ukryć. Jest tylko trawa.
        Ta koszona trawa wabi samce, a potem samice derkaczy. W sumie derkać tam może
        aż 900 samców. - Żaden z nich jednak nie dochowa się potomstwa, bo ten olbrzymi
        kompleks jest wykaszany w ciągu dwóch tygodni - wyjaśnia Karol. Przy tym giną
        nie tylko derkacze. Taka rotacyjna kosiarka kosi bardzo nisko. Niemieccy
        badacze obliczyli, że może zabić lub okaleczyć 34 proc. żab i ropuch
        znajdujących się na danym terenie. Ale wróćmy do derkacza. W Niemczech odzywa
        się 2500 samców (to niemal dwa razy mniej niż par orła bielika żyjących w
        Polsce), w Wielkiej Brytanii mniej niż 600 (czyli prawie tyle co u nas par orła
        bielika), we Francji do 1200. A w Polsce wciąż mamy około 40 tys. derkających
        derkaczy.

        - A jednak przyszłość derkacza widzę w czarnych barwach - mówi Karol Zub. Jest
        przekonany, że polski derkacz podzieli los swego brata z Europy Zachodniej.

        Co ma skowronek do bezrobocia

        Pan Hawkings złapał się za głowę, gdy mu powiedziałem, że pewien derkacz odzywa
        się nawet w centrum Warszawy, a dokładnie w stołecznych Filtrach. Zawołał
        żonę. - Wyobrażasz sobie, kochanie, derkacza w centrum Londynu? - zapytał
        połowicę. - Nie wyobrażam sobie, bo w Londynie prawie nie ma już nawet wróbli -
        odpowiedziała trzeźwo żona. - Szpaków jest też coraz mniej.

        Rzeczywiście, szpaki również znalazły się na brytyjskiej Czerwonej Liście.
        Byłem zszokowany, bo szpak to ptak najpospolitszy z pospolitych. Tylko w moim
        ogrodzie w budkach lęgowych mieszkało w tym roku sześć par tych ptaków. Co, u
        diabła, przeszkadza żyć szpakom, przecież wieszanie budek nie ma nic wspólnego
        z rolnictwem. Nie potrafiłem sobie tego wytłumaczyć, dopóki nie trafiłem na
        badania naukowców ze szwedzkiego uniwersytetu w Lund. Przeprowadzili oni
        eksperymenty na szpakach żywiących się w różnych typach upraw. I co się
        okazało. Para, która szuka pokarmu dla jednego pisklaka na polach oranych i
        obsiewanych zbożem, musi spędzić na łowach dokładnie tyle samo czasu, co para
        polująca dla szóstki pociech na łąkach i pastwiskach. - Pastwiska i łąki albo
        zarastają, albo są zamieniane w uprawy zbożowe - konkludują naukowcy z Lund.

        Takich badań w Europie jest coraz więcej. Grupa naukowców z uniwersytetu w
        Essex postanowiła nawet policzyć, ile tak naprawdę kosztuje intensyfikacja
        rolnictwa. Okazało się, że w 1996 roku koszty związane z chorobami bydła w
        Zjednoczonym Królestwie wynosiły 607 mln funtów, a oczyszczanie skażonej
        pestycydami wody pitnej 120 mln. Koszty związane z zatruciami żywnością niezbyt
        wysokiej jakości to 169 mln. Naukowcy ocenili też, że na 105 tys. farmerów
        używających pestycydów rocznie około 5 tys. ma kłopoty zdrowotne z tym
        związane, a dalszych 10 tys. zatruwa się chemią w mniejszym stopniu. To
        kosztuje podatników około miliona funtów.

        - Na pewno czytelnicy myślą, że zwariowaliśmy - mówi dr Chylarecki. - Wybór
        między ptaszkiem a tanią żywnością jest prosty. Każdy wybierze tanią żywność.
        Tylko że te ptaszki, a raczej ich brak, to sygnał, że coś złego dzieje się w
        całym ekosystemie. Że żywność nie będzie zbyt zdrowa, że ziemia jest
        wyjałowiona, że jest większe zatrucie środowiska, że gleba jest w stanie
        zatrzymać znacznie mniej wody deszczowej, co ogromnie zwiększa ryzyko powodzi.

        Dr Chylarecki chyba ma rację, bo od jakiegoś czasu rząd brytyjski ustala poziom
        życia społeczeństwa na danym terenie na podstawie takich wskaźników, jak
        wysokość przestępczości, poziom bezrobocia, dochody oraz liczebność pospolitych
        ptaków krajobrazu rolniczego.

        Tylko po zachodzie słońca

        Jan Sakowicz, młody rolnik z Rogowa nad Narwią, gospodarzy na 20 ha; 13
        dzierżawi od Narwiańskiego Parku Narodowego. Kosi łąki po 15 czerwca i stara
        się to robić tak, by nie zaszkodzić ptakom. Ma też kilka krów wymierającej rasy
        czerwona polska, które zjadają trawę z zarastających łąk. Z ich mleka robi sery
        (na razie dla znajomych). Nawozi obornikiem albo sadzi rośliny motylkowe, żeby
        wydobyć azot z gleby. Chwasty zwalcza, bronując.

        - Tylko że bronowanie musi odbyć się po zachodzie słońca, bo chwasty nie zginą -
        wyjaśnia.

        Ludzie we wsi jeszcze niedawno podśmiewali się z niego. Teraz przypatrują się,
        czy mu wyjdzie. A pan Jan jest przekonany, że innego wyjścia nie ma. - Tylko
        zdrowa żywność ma szansę w Unii. A ptaki przy okazji skorzystają - mówi.

        Takie samo zdanie ma Marzena Kierus z Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony
        Ptaków. Opiekuje się Sakowiczem i innymi rolnikami, którzy zdecydowali się na
        gospodarowanie przyjazne przyrodzie.

        - Liczę na to, że tacy rolnicy będą głównymi odbiorcami dotacji z programów
        rolno-środowiskowych - marzy. Ja też marzę, bo programy rolno-środowiskowe to
        jedyna szansa na to, aby za moim oknem chodziły bociany, żeby nocą było słychać
        derkacze i przepiórki. Zresztą w Teremiskach, gdzie mieszkam, nawet nie boję
        się tego, że rolnicy dostaną dopłaty bezpośrednie. Chodzi mi o to, by ci
        rolnicy nie wyginęli, a wraz z nimi ptaki. W ciągu ostatnich 20 lat z polany,
        na której leżą Teremiski, zniknęły dudki. Powód: brak pastwisk, a przede
        wszystkim brak krów. Nie ma już sowy płomykówki, którą nie bez powodu Anglicy
        nazywają barn owl, czyli sową stodołową. Ale tu przecież stodół nie brakuje.
        Dlaczego sowa się wyprowadziła? Prosta odpowiedź: w tych stodołach nikt już nie
        trzyma ziarna. A jak nie ma ziarna, to nie ma gryzoni. Gdy zima jest sroga,
        płomykówki polują nie na polach, ale właśnie we wnętrzach stodół.

        W Unii wymyślono więc programy rolno-środowiskowe. Dzięki nim rolnik dostaje
        np. dotacje za koszenie po wylocie ptaków z gniazd. A jak kosi kosą, to dostaje
        więcej, niż gdyby to robił kosiarką. W Nie
        • Gość: , dokonczenie2. IP: *.dsl.pltn13.pacbell.net 25.12.03, 21:29
          W Niemczech za wykoszenie ręcznie 1 ha można dostać 380 euro.

          W Finlandii przed wejściem do Wspólnoty łąki i pastwiska kurczyły się w
          zastraszającym tempie, głównie dlatego, że sadzono na nich las potrzebny
          przemysłowi papierniczemu. Proces ten został zatrzymany po wejściu do Unii
          właśnie dzięki programom rolno-środowiskowym. Ale w Polsce raczej tego nie
          będzie i rolnik z Teremisek tych funduszy nie zobaczy. Dlaczego? Bo
          Ministerstwo Rolnictwa strasznie wyśrubowało kryteria ich przyznawania. Nie ma
          specjalnej płyty zabezpieczającej przed przesiąkaniem obornika do gleby - nie
          ma pieniędzy. A jaka staruszka znad Biebrzy, co ma jedną albo dwie krowy, zrobi
          sobie taką płytę? - pytają ekolodzy. - Program rolno-środowiskowy tylko
          teoretycznie obejmie cały kraj. Działania najbardziej potrzebne przyrodzie -
          wsparcie koszenia łąk bagiennych, wsparcie wypasu błoni nadrzecznych, solnisk i
          muraw kserotermicznych, wsparcie opóźnionego koszenia łąk trzęślicowych - będą
          realizowane wyłącznie na małych, niewielkich w skali kraju obszarach. Na
          początek tylko w dolinie Biebrzy i Narwi, dolinie Baryczy i w ujściu Warty oraz
          we wschodnich Karpatach.

          - Przed 2007 rokiem nie planuje się wyznaczania kolejnych obszarów na te
          działania - mówi Paweł Pawlaczyk. - Nie ma także możliwości wsparcia programami
          zachowania ani odtwarzania drobnych oczek wodnych. Wymyślono systemy dotacji
          wspierające utrzymanie i tworzenie nowych zadrzewień, ale niezbyt jasne jest,
          czy będą one dotyczyły również zakrzewień. A np. dzierzby potrzebują niskich,
          najlepiej ciernistych krzewów. Szansa na to, że uratujemy nasze bogactwo, jest
          naprawdę mała. Zostaną tylko niewielkie enklawy, które też się długo nie
          utrzymają. Szkoda tych zwykłych pól i łąk z pospolitymi ptakami, które stały
          się w Europie tak niepospolite.

          *PS Kiedy kończyłem pisać ten tekst, Ministerstwo Rolnictwa przymierzało się do
          zredukowania funduszy na programy rolno-środowiskowe. Gdyby tak się stało,
          niewielka szansa na przetrwanie pospolitych ptaków byłaby jeszcze mniejsza

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka