moni-qa
23.07.09, 20:57
Tak, to nie zart.Miałam kota- dachowiec , podrzutek, ale kochany jak nikt inny
w domu. miał 4,5 roku.Poniewaz mieszkam w domku- na dzien wychodził na dwor (
z wyjatkiem mrozów) na noc wracał do domu.
Po sasiedzku mieszka babsztyl- skłocony z cała dzielnica. Nic jej nie
odpowiada, przeszkadzaja jej np spadajace igły z drzew rosnacych na granicy
posesji.Nie rozmawiamy z nia od 3 pokolen. Kilkakrotnie przy okazji jakis
kłotni groziła, ze pozabija mi zwierzeta ( mam jeszcze psa). Nigdy nie brałam
tych gróźb na serio- ot gadanie starej baby...........Jednak wczoraj wydała
wyrok na mego kota. Zwierze zostało zmasakrowane, lek.wet. wykluczył wypadek,
kot został dotkliwie pobity- efekt, zmarł na stole podczas operacji.
Bylam dzis zgłosic fakt dzielnicowemu- posłuchał, pokiwał głową i obiecał, że
do niej pojdzie pogadac, ale zasadniczo to tylko na gadaniu sie skonczy, bo
nie mam swiadkow.A wczesniejsze skargi na policje na naia nie były pisemne i
dlatego- on nic nie moze zrobic.......Babsztyl smieje mi sie w twarz, ze nic
jej nie udowodnie, bo nie mam swiadkow.Co moge zrobic, z pewnoscia zloze
pisemna skarge, aby na policji był slad, ale to mnie nie satysfakcjonuje. Moze
ktos mi cos podpowie, aby baba poniosła zasłuzona kare.....Ja jej tego nie
daruje..............