Gość: mama
IP: *.chello.pl
30.03.06, 13:17
Wróciłam zbulwersowana z wywiadówki. Nie z powodu postępów w nauce mojego
syna, nie z powodu poziomu nauczania czy nauczycieli, Z POWODU ZACHOWANIA
RODZICÓW.
A było to tak:
Na zebraniu co chwilę dzwonił czyjś telefon komórkowy. Chcąc- niechcąc
byliśmy świadkami służbowych/prywatnych rozmów. Kiedy więc między jednym
telefonem a drugim wychowawczyni zwróciła uwagę rodzicom na chamskie
zachowanie 12 latków (VI klasa) wobec nauczycieli - podnióśł się wrzask.
Rodzice nie pozostawili na kadrze suchej nitki. Impertynencje i inwektywy
były niczym z bazaru. Jaki autorytet może mieć nauczyciel jeśli rodzice
określają go mianem "przygłup", "kurdupel", "idoita"?
Jakie nauczyciel ma sankcje wobec ucznia, który potrafi się odezwać, że jego
marną pensyjkę opłacają rodzice ze swoich dużych podatków, więc niech siedzi
cicho!
W pewnym momencie moja sąsiadka, matka - delikatnie mówiąc nadpobudliwego
dziecięcia- wrzasnęła, że nie pozwoli, aby matematyk zbliżał się do jej
potomka, bo ma.....złe spojrzenie.
Różnie w szkolach bywalo, ale to co mamy dziś prowadzi w ślepy zaułek. I nie
pomoże tu ani matura z religii ani Narodowy Instytut Wychowania. Nie wiem czy
wogóle coś pomoże.