grandan
08.01.10, 13:59
Potrzebuję się wygadać, bo mnie z powodu zbliżającego się weekendu
szlag trafia. Jesteśmy ze sobą prawie 8 lat, mamy 10- miesięcznego
syna. 2,5 roku temu moja firma "przerzuciła" mnie w ramach awansu do
centrali oddalonej od wcześniejszego miejsca zamieszkania jakieś 100
km. I mi i mojemu TŻ było to na rękę. Przeprowadziliśmy się,
wzięliśmy kredyt, zaliczyliśmy kontrolowaną wpadkę, szybko wróciłam
do pracy, synkiem zajmuje się niania (co jest solą w oku matki mojego
TŻ, bo kobieta jest już na emeryturze, ja jednak nie wyobrażam sobie
żeby z nami zamieszkała). Ślubu nie mamy na zasadzie "bo nie" do
czego obie rodziny się już (z trudem) przyzwyczaiły. Moim problemem
jest terror niedzielnych obiadów. Na czym to polega? Ano na tym, że
rodzice TŻ wymagają, abyśmy stawiali się co niedzielę u nich na
obiadach. To mili, sympatyczni ludzie, lubię ich towarzystwo,
szanuję. Dobrze gotują, wnuka kochają. Dzieli nas w tym momencie
ponad 130 km. Dla mnie to dużo za dużo żeby tłuc się samochodem,
szczególnie przy tak małym dziecku, pracy, którą wykonuję ja,
zajęciach TŻ. TŻ ma podobne podejście, ale on z tych, którzy dla
spokoju są w stanie ustąpić. Zresztą, z tego, co widzę u jego
rodziców to ja mam większą siłę przebicia. Chciałam pójść z jego
rodzicami na kompromis- my raz w miesiącu u nich, oni raz w miesiącu
nas. Oboje ciężko pracujemy, weekendy to tak naprawdę jedyny czas,
który w pełni możemy poświęcić synkowi. Matka TŻ niby to
zaakceptowała, choć wiem, że oboje mają żal, że jedynego wnuka mało
widzą. Dodam, że TŻ ma jeszcze brata, który na te obiady też średnio
raz w miesiącu zjeżdża. Poza tym przyzwyczailiśmy ich do tych
wspólnych niedziel, kiedy mieszkaliśmy bliżej nich. My się z tej
niedzieli raz w miesiącu wywiązujemy, oni różnie. Już nie wiem jak
rozmawiać. Znów się zbliża weekend znów wiem, że będzie telefon. Jak
rozmawiać? Jak to rozwiązać? Czuję się, jakbym gadała w próżnię.