Dodaj do ulubionych

Mamy z doktoratem

01.03.04, 10:55
Zorientowalam sie, ze calkiem spora grupa mam obronila doktorat lub jest w
trakcie jego pisania. Chcialam sie zapytac, czy byl (jest) to dla Was bardzo
stresujacy okres? Czy czulyscie, ze jest to ponad Wasze sily, ze macie dosc
nauki? W jakim stopniu pomagali Wam promotorzy? Ile lat sie "meczylyscie"?
Ja otworzylam przewod w 2000 roku, troche popisalam, urodzilam synka, dwa
miesiace temu oddalam wersje wstepna promotorowi. Przez trzy lata slyszalam
od promotora, ze pisze "wielka prace", ze jest to bardzo dobry material, ze
nie byle jaki doktorat. Po oddaniu calosci, okazalo sie, ze sa niejasnosci,
niedomowienia, trzeba zmienic uklad, a na pytanie czy cos z tego bedzie,
uslyszalam od promotora, ze moze, ze mam nadzieje. Poczulam sie strasznie.
Nie jestem typem naukowca, nie jestem typem nauczyciela, a pracuje na uczelni
(7 lat) i robie ten doktorat glownie dla rodzicow. Mialam nie raz zalamania,
ale wszyscy wmawiali mi, ze jestem madra dziewczynka i ta praca jest dla mnie
szansa zyciowa. Teraz czuje, ze zmarnowalam czas, mam do wszystkich pretensje
(najwieksze do siebie, ze nie mialam odwagi postawic na swoim), wsciekam sie,
krzycze. Zle mi z tym, bo wiem, ze rodzina chciala dla mnie dobrze, ale nie
moge wyzbyc sie uczucia zlosci. Macie sposob na zdystansowanie sie do sprawy,
na przeczekanie w spokoju?
Pozdrawiam, kaska
Obserwuj wątek
    • jasma76 Re: Mamy z doktoratem 01.03.04, 11:45
      Nie przejmuj się tak, bo nie ma czym!!! Doktorat nie jest nakważniejszy w życiu
      i na pewno nie warto psuć sobie z tego powodu humoru, ale wiem coś o tym. Jak
      sie już tyle lat poświęciło to szkoda, ale na pewno ci się uda, nie w tym roku,
      to w przyszłym. Przecież to i tak niewiele zmieni w twoim życiu, nawet
      finansowo. Przynajmniej u nas W PANie w W-wie za doktorat dostaje się chyba 50
      zł Podwyżki!!!! to jest chore!!!
      Ja pracuję w PANowskim Instytucie od 1999 roku. Zaraz po studiach. Plan był
      prosty, 2-3 lata doktorat, potem dzidziuś i albo zmiana pracy po urlopie albo
      siedzę dalej w nauce, jak do tej pory nie umrę z głodu!
      No i dzidziuś jest od 8 miesięcy a doktoratu jak nie było tak nie ma. Co gorsze
      przez 4 lata starałam się o pieniądze z KBNu, bo Instytutu, który mnie
      zatrudnił nie stać na to, żebym mogła zrobić doktorat, sic! a w naukach
      biologicznych jest to dosyć kosztowne (ja Immunologia a drożej to być już nie
      może, chyba że genetyka). No więc zaczęliśmy się starać o dzidziusia, bo co pół
      roku dostawałam super recenzje za składany grant promotorski ale pieniędzy
      niestety nie mieli, więc ja kolejną wersję, praktycznie taką samą do KBNu i
      czekałam. A 30stka coraz bliżej, no i tęskno za maluszkiem. Jak byłam w 2gim
      miesiącu ciąży to przyznali mi pieniądze na doktorat!!! Minęło 1,5 roku,
      pieniądze leżą, bo ciąża była zagrożona, musiałam leżeć, a poza tym pracuję z
      materiałem zakaźnym, zwierzętami laboratoryjnymi, chemikaliami itp.więc strach
      było pracować w ciąży. Na skończenie doktoratu mam jeszcze 1,5 roku, bo muszę
      się z tych pieniędzy rozliczyć, a doktorat "w lesie", szefowa wściekła. Pewnie
      coś wiesz o 70letnich profesorach, którzy nie chcą dać sobie spokoju z nauką,
      choć już niewiele kojarzą! I nic. Mi humor dopisuje, cieszę sie ze ślicznego,
      kochanego synka, po macierzyńskim wzięłam 6 miesięcy wychowawczego, potem
      jeszcze biorę 40 dni wypoczynkowego i na jesieni zacznę się martwić, jak synek
      będzie miał już ponad roczek. On jest teraz najważniejszy. A grant mogę
      przedłużyć, mogę mieć nieprzyjemności, ale nic mi nie wróci chwil bez synka,
      karmienia piersią itp.
      Więc więcej dystansu, ciesz się dzieciątkiem a doktorat jak będzie to dobrze a
      jak nie to też dobrze.
      pozdrawiam
      Jasma i Jaś (29.06.2003)
      PS. ja też otworzyłam przewód w 2000 roku.
    • netka12 Re: Mamy z doktoratem 01.03.04, 11:45
      Czesc Suffo, rzeczywiscie nader inteligencka grupka nam sie tu uzbierala
      sadazac po watku o zawodziewink
      Ja obronilam doktorat w grudniu 2002, zatem ponad rok temu. Co prawda nie
      mialam wtedy jeszcze dziecka. Wierz mi pod koniec nie moglam patrzec na
      komputer, zresztajeszcez pol roku mialam wstret do pisania czegokolwiek... co
      stawialo pod znakiem zapytania moj sens trwania na uczelniwink
      Mialam przesympatyczna promotorke, aczkolwiek merytorycznie musialam sobie
      radzic sama - zeby sie zmobilizowac narzucalam sma termin spotkania - "no to
      pani profesor, ja przyniose drugi rozdzial w lutym..'.
      Zajelo mi to 4,5 roku - ale bylam na studiachdoktoranckch wiec musialam sie
      wyrobic, zreszta chcialam prowadzic w koncu wtklady a nie cwiczenia.
      Co do zmian - zmienialam i wywracalam plan i ustawienia tresci w rozdzialach
      wiele razy - co prawda z wlasnej inicjatywy, ale tak mam ze dopiero po pewnym
      czasie od napisania moge spojrzec z dystansem (zreszta jak wiekszosc pewnie) na
      moja "tworczosc". Fakt, ze promotorka raczej byla zdeterminowana na zakonczenie
      doktoratu niz dopieszczanie w nieskonczonosc - pod koniec mowila mi juz ze
      trzeba to juz wreszcie skonczyc - co, niezaleznie od moich dylematow co do
      jakosci, dodawalo mi otuchy.
      I wiesz co, jak juz sie obronisz to radosc, ulga i satysfakcja beda ogromne,
      naprawde. Nie martwsie uwagai promotora - raczej potraktuj zyczliwie - znam
      takich co marza o tymzeby im promotor cos pokreslil (a nie dopiero recenzentwink

      I wiesz co, ja tez nie jestem typem naukowca, moze bardziej dydaktyka - nie raz
      mam dolki na temat czy to jest to co lubie i czy mam to robic cale zycie, - ale
      sa chwile kiedy naprawde sprawia mi ta praca frajde (mam swietna katedre) -
      poza tym staram sie robic w zyciu inne rzeczy - takze zawodowo.
      Nie traktuj moze tego zbyt ostatecznie - obronisz sie - popracujesz, a jak
      uznasz za stosowne to porzucisz. Albo zostaniesz. Albo potraktujesz to jako
      odskocznie od innych spraw. Daj sobie czas, a na razie skup sie na skonczeniu
      pracy by "odhaczyc" jeden problem.
      Pozdrawiam
      i milego pisania
      Netka(i dwumiesieczna Patka)
    • dosiamamafilipa Re: Mamy z doktoratem 01.03.04, 12:40
      hej
      ja tez otworzylam przewod doktorski w 2000 roku przed wyjazdem na staz potem 2
      lata pozniej urodzil sie Filip i wszystko nabralo dla mnie innych wartosci. W
      instytucie w ktorym pracowalam (obecnie jestm na wychowawczym)powiedzieli ze
      jak wroce to mnie zwolnia bo potrzebuja naukowcow nie mlodych matek wiec
      rzucilam moj caly doktorat w cholere i ciesze sie macierzynstwem.
      Jak wroce do pracy sama ja zmienie a w nowej nie bedzie mi potrzebny doktorat a
      i pieniadze beda o niebo lepsze, tylko czasem mi szkoda ze juz nie bede
      pracowac z pacjentami bo to uwielbialam.
      Zaluje jeszcze tylko tych nerwow wcizy, badan pacjentow i stret materialu jaki
      mi zalega w kacie. Moj maz sie smiej ze Fili bedzie mial przynajmniej po czym
      malowac.
      pzdr.
      dorota
    • malwina18 Re: Mamy z doktoratem 01.03.04, 12:46
      Nie martw sie załamania pewnie ma każdy i okres wstrętu do komputera też. Mój
      koniec pisania wspominam jako lekki horror (po 18 godź przy komputerze
      (przerwa na prysznic, 1/2 h drzemki i co drugi dzieć spacer). Ale było minęło,
      obroniłam się 2 lata temu. Zdaniem niektórych (w tym mojego promotora)
      doktorat "to kotlet raz, trzeba to po prostu zrobić" i to pewnie prawda, ale
      widzę to dopiero teraz, bo z czasem nabiera się dystansu.
      Pozdrawiam
      • utalia Re: Mamy z doktoratem 01.03.04, 23:36
        No haj ki Doktorantko. Ja otworzylam przewod jak wiekszosc w magicznym roku
        2000.
        A obronilam jesienia zeszlego roku, bedac juz w 7-miesiacu ciazy. Mysle, ze
        gdyby Malwina urodzila sie wczesniej trudno byloby mi sie teraz za to zabarac.
        Czas mnie troche gonil poniewaz mialam grant promotorski, poza tym chcialam
        miec to jak najszybciej z glowy. W zwiazku z tym, ze nie mialam dziecka,
        wiekszych obowiazkow to nie bylo to jakims horrorem. Jednak wysilek trzeba w to
        wlozyc. Najgorzej wspominam egzaminy, przygotowania do nich. Bylo to chyba
        najbardziej stresujace. Promotora musialam sie prosic zeby sie ze mna spotkal i
        sprawdzil co nieco bo jemu specjalnie sie nie spieszylo. Ale jak w koncu sie
        obronilam a zostalo mi pare miesiecy a dokladnie 3 miesiace do porodu to nie
        wiedzialam co mam zrobic ze soba z radosci. A Ty musisz sie po prostu
        zastanowic, odpowiedziec sobie na jedno proste pytanie -CZY TY chcesz zrobic
        ten doktorat? Dla siebie? Nie dla mamy taty, meza, ..Jezeli odpowiesz sobie, ze
        TAK. tO ZABIERAJ SIE DO ROBOTY, bo nie ma sensu roztrzasac kto zawinil tylko
        zrobic lepiej co do tej pory nie wyszlo. Jesli natomiast nie robisz tego bo TY
        tego chcesz, bo Cie to interesuje, to rzuc to w cholere i zajmij sie czym
        uwazasz za stosowne bo to nie ma sensu. Nawet jesli obronisz sie dla rodzicow
        to potem i tak mozesz sobie wyrzucac, ze obrona nie poszla tak swietnie jakby
        sobie tego oni zyczyli albo cos podobnego i tak bedzie sfrustrowana. Utalia
    • mama_lukaszka Re: Mamy z doktoratem 02.03.04, 01:18
      Pozdrawiam mamy doktorantki i doktorów.
      Obroniłam się w listopadzie ubiegłego roku. Kończyłam wtedy 8 miesiąc ciąży.
      Wszyscy byli dla mnie baaardzo mili i delikatni - dostałam przepustkę ze
      szpitala na obronę bo od 7 miesiąca mojemu synkowi zaczęło się śpieszyć na
      świat.
      Pracę złożyłam zanim zaszłam w ciążę więc na szczęście nieprzespane noce i
      hektolitry kawy i mocnej herbaty mojemu maleństwu nie zaszkodziły.
      Teraz pracuję na uczelni ale zatrudnili mnie dopiero jak mały miał 10 miesięcy -
      musiałam się "sprawdzić" i wykazać że będę pracować naukowo.
      Pojechałam na konferencję z maluszkiem przy piersi i moim mężem w charakterze
      niani - było fajnie. Mały miał wtedy 8 miesięcy.
      Nie przejmuj się tak doktoratem, egzaminami i obroną. Mój kolega mówi
      tak: "wstyd masz raz i stopień naukowy już na całe życie".
      Jeśli masz już wstępną wersję to chyba warto skończyć. Bardzo często w tym
      momencie pisania doktoratu przeżywa się załamanie. To podobno typowe.
      A praca na uczelni sprzyja życiu rodzinnemu: długie wakacje, możliwość pracy w
      domu o dowolnej porze. O ile oczywiście taka praca sprawia Ci choć trochę
      przyjemnosci.
      Trzymam kciuki za Ciebie i Twój doktorat,
      Agnieszka
      • kerstink Re: Mamy z doktoratem 02.03.04, 08:20
        Hej Mama_lukasza ! To ty tez doktorat z matematyki ? A czy moge sie zapytac, z
        czego ? Bo ja z matematyki stosowanej, obliczenia numeryczne.
        Pozdrawiam, Kerstin
    • kerstink Re: Mamy z doktoratem 02.03.04, 08:16
      A ja wiem, czy doktorat jest szansa zyciowa ? Zrobilam doktorat jeszcze bez
      dzieci. Gdybym wiedziala, co to znaczy miec dzieci, to byc moze bym sie nie
      zdecydowala na doktorat. Przez doktorat to przed urodzeniem dzieci nie nabylam
      tzw. doswiadczenia zawodowego, nabylam inne doswiadczenia piszac ten doktorat.
      Na szczescie pracuje tez w swoim zawodzie, wiec akurat nie marnowalam czas i sie
      przyda (choc wcale nie czuje sie madrzejsza, tak jak pewien kolega mi wrozyl). I
      wszystko byloby dobrze, gdyby pensje na uczelniach byly sensowniejsze, a tak maz
      mi finansuje moje drogie hobby. I dopoki mam male dzieci, to pewnie tak bedzie.
      Bo rzeczywiscie zaleta pracy na uczelni jest pewien luz, choc akurat u mnie w
      pracy czas wakacji nie oznacza, ze sie nie przychodzi do pracy.
      Gdybys stala na samym poczatku, to radzilabym ci, zebys sama dla siebie
      zdecydowala, czy doktorat chcesz robic, i czy tobie to sie przyda. Bo jesli nie,
      to lepiej szukaj sobie prace, by zdobyc doswiadczenie zawodowe. Ale masz juz
      wstepna wersje pracy, i tu rzeczywiscie ciezko tak nagle zrezygnowac. Chyba w
      twoim przypadku lepiej to juz skonczyc (ja pisalam 6 lat), no chyba ze masz
      super okacje bardzo ciekawej pracy w innym miejscu. Ale mysle, ze raczej jej nie
      masz.
      K.
    • suffo Re: Mamy z doktoratem 02.03.04, 17:33
      Dzieki dziewczyny za odzew, slowa otuchy i porady. Ja oczywiście w teorii
      wiekszosc rzeczy wiem (ze promotor, który interesuje się praca, to skarb, ze
      trzeba się zmobilizowac, zrobic to raz i mieć spokoj, ze należy cieszyc się
      maciezynstwem), ale w praktyce nieraz ciezko. Nic nie jest proste, gdy jest się
      osoba zainteresowana. Dla mnie najwazniejsze jest dziecko i to jest sens
      mojego zycia. Zmienic prace? Po tylu latach siedzenia na uczelni jestem troche
      rozleniwiona, zamknieta w waskiej specjalizacji i raczej malo atrakcyjna dla
      pracodawcow. Poza tym jestem glownym zywicielem rodziny, maz od roku szuka
      pracy, oszczednosci topnieja. U nas na uczelni po obronie doktoratu dostalabym
      wiecej o 300-500 zl, wiec chyba niezle. I chociaz tak jak napisalam nie lubie
      tej roboty, to doceniam jej walory jako matka – spedzam mnostwo czasu z moim
      2letnim synkiem. Mój problem polega na tym, ze jestem leniwa i tchorzliwa -
      boje się nowych wyzwan, „slucham sie” rodzicow, publiczne wystapienia
      (konferencje, zajecia ze studentami) mnie pesza, nie jestem kreatywna, a poza
      tym jestem glupkowata. No nie nadaje się do tej roboty! Dobrze, ze nie
      uwiazalam się w żadne stypendia (robilam studia doktoranckie pracujac na pelnym
      etacie na uczelni) i granty promotorskie, bo moja slaba psycha, by tego nie
      wytrzymala. Jeszcze raz Wam dziekuje, dzieki wam wracam do rownowagi i do
      nastepnego dolka, będę ciezko pracowac. Może ten dolek nie dopadnie mnie
      wczesniej niż obrona?
      Kaska

      P.S. Milam ochote napisac wiecej, tyle tematow klebi mi się pod czaszka, ale
      jeszcze jeden mój problem – ciezko z komunikacja mowiona i pisana.
      • utalia Re: Mamy z doktoratem 02.03.04, 19:09
        Ej ale dlaczego uwazasz, ze jestes glupkowata? to dosc ciekawe stwierdzenie. A
        tak wogole to mysle, ze tylko inteligentni ludzie zdaja sobie sprawe ze swoich
        brakow-tchorzliwosci, tego ze cos cie peszy itp. To forum jest tez po to aby
        sie wygadac, pozalic. I wlasnie to zrobilas, wygadalas sie pokazujac ze wiesz
        czego Ci brakuje, wiesz o swoich lekach. Mysle, ze kazdy ma takie leki,
        niepewnosci. Ale nieliczni sie do tego przyznaja. Mnie rowniez przed kazda
        konferencja sie sciemnialo w oczach ze strachu i wydawalo sie, ze zrobie z
        siebie idiotke. Ale trzeba sobie powiedziec BASTA . W koncu nie Swieci garnki
        lepia. Nie uwierzysz ale przed obrona najbardziej sie balam, ze strace glos ze
        strachu, a jesli juz nie, to ze zapomne slow powitania w stylu, Panie
        Dziekanie, Szanowna Rado itd... Wiec wypislam sobie ogromniastymi literami to
        powitanie na kartce i tlumaczylam sobie, ze jakbym juz calkiem zglupiala to
        przeciez czytac chyba nie zapomne. Utalia
    • ikrasiejko1 Re: Mamy z doktoratem 02.03.04, 23:14
      Suffo i inne Mamy przed doktoratem! Obserwując siebie samą i moje koleżanki (a
      jest ich sporo) przed samą obroną i w czasie pisania, to można zauważyć brak
      wiary w siebie i chęć rzucenia tego wszystkiego! Pewnie dlatego te Twoje słowa
      samokrytyki. Ja też różnie o sobie wtedy myślałam. Też wolę dydaktyke i pracę
      ze studentami. I też nie lubię wystąpień na konferencjach. Bałam się
      prowadzenia wykładów, bo wolę metody aktywizujace. Ale nie taki diabeł straszny.
      Pamiętam, że przed pierwszym egzaminem bardzo panikowałam. Ale wtedy
      przypominały mi się niektóre osoby, które mają doktorat, a które wcale takie
      mądre nie są i myślałam, to czemu ja nie... podobnie będzie z habilitacją smile.
      Pamiętam też, że jak po kilkanaście godzin uczyłam się to z zazdrością
      patrzyłam na sprzątaczki, myśląc jaką one mają przyjemną pracę ... ale było
      minęło i jest po bólu.
      Nie przeczę, że w czasie pisania i obrony potrzebne są stalowe nerwy i parcie
      naprzód, nawet mój Promotor (b. dobry) nastawiał mnie, że na obronie mam
      przyjąc bojową postawę.
      Promotora miałam wymagającego, pracę w zasadzie napisałam samodzielnie, ale i
      bardzo troskliwego. Wszystko poszło sprawnie, bo nie będąc na studiach
      doktoranckich zmieściłąm sie w 4 latach i obroniłam dużo przed czasem.
      Obroniłam się w czerwcu 2003, dziecko urodziłam w trakcie, zaplanowane, po
      jednym etapie badań a przed drugim. I nawet planów nie popsuła mi poważna
      choroba synka (a wręcz przeciwnie praca utrzymała mnie przy zdrowiu psychicznym
      i oderwała od stresu zwiazanego z jego chorobą). Prowadząc eksperyment w szkole
      (doktorat jest z dydaktyki) na przerwach wychodziłam, by karmić Łukasia
      piersią. No a teraz mam zdrowe dziecko i doktorat i zarabiam dwa razy tyle co
      wcześniej. Iza P.S. i piszę artykuł o forum smile
      • javert Re: Mamy z doktoratem 03.03.04, 11:24
        Witajcie! Ogromnie się cieszę, że mogłam przeczytać wasze posty - lżej mi na
        duszy! Ja pracuję na uczelni od 1997 (od 1998 na 'stale')i mimo, ze mam juz
        temat, wstepnie skonsultowany z promotorem, omowiony i nawet zgode jednego
        profesora na recenzjonowanie, jeszcze nie otworzylam przewodu. Podobnie jak
        jedna z was do pracy na uczelni i pisania doktoratu mocno zachecal mnie moj
        tato, ktory sam niestety swojego nie skonczyl. Jednak mnie samej praca ze
        studentami bardzo sie podoba i czuje, ze sama sie doskonalę. Oprocz tego, ucze
        jeszcze od 1995 w szkole. Podoba mi sie i tu i tu. A wracajac do doktoratu....
        od wrzesnia 2003 jestem na urlopie wychowawczym, coreczka ma teraz niecale 6
        miesiecy i jestem bardzo szczesliwa. Chociaz stale czynilam notatki przydatne
        do doktoratu, nie udawalo mi sie zlozyc ich w sensowna calosc.Potem przyszla
        pozna milosc, slub, wspolna decyzja o dzidzi - ktora urodzilam na 4 dni przed
        30tka! smilePisanie doktoratu to naprawde ciezka praca. Musze sie pochwalic, ze w
        przeciagu ostatnich 2 miesiecy za to napisalam 4 artykuly, w tym jeden naukowy -
        i to podczas karmienia - he he, mimo ze nikt mi z dzieckiem nie pomogl (maz w
        pracy).Wydaje mi sie, ze pisanie artykulow, a nawet ksiazki jest jednak
        latwiejsze od napisania dysertacji... Jakies dwa miesiace temu poczulam po raz
        pierwszy od kilku lat (!!!), ze chce skonczyc ten doktorat, ze sie zmobilizuje
        i dopne swego przed planowanym drugim dzidziusiem - (w 2006). Przejrzalam
        wszystkie swoje notatki, posegregowalam je, zadzwonilam do mojego promotora
        (ktory niestety przeszedl juz na emeryture) i upewnilam go, ze chce sie zajac
        tym moim 'doktusiemwink' Minely dwa miesiace, a teraz...mimo sukcesow zwiazanych
        z artykulami, ochota na pisanie znow minela... Caly czas sie waham i dobrze
        rozumiem te z was, ktore tez maja ten dylemat. Poza tym, wkrotce bede musiala
        podjac decyzje czy wrocic na uczelnie od pazdziernika 2004 - pewnie byloby to
        wskazane, bo dalabym innym naukowcom - wspolpracownikom odczuc, ze nadal zalezy
        mi na pracy naukowej.... Gdybym przedluzyla urlop jeszcze o rok..... z jednej
        strony zyskalabym rok 'wolnego czasu', ktory moglabym wykorzystac na pisanie
        pracy, ale z drugiej strony boje sie, ze moj Instytut poczulby
        sie 'rozczarowany' i moze w koncu by mi podziekowali za wspolprace... sad Co
        radzicie, madre mamy?
        Mam jeszcze prosbe do ikrasiejko1 - bronilas sie z dydaktyki - moj doktorat tez
        jest z nia zwiazany - czy moglabys sie ze mna skontaktowac na priva - moj mail:
        sulola@poczta.onet.pl
        • betty_julcia Re: Mamy z doktoratem 03.03.04, 11:44
          Witajcie dziewczyny. JA jestem na studiach doktoranckich i na dodatek bez prawa do stypendium. Zgodziłam się na to bo miałam fajną pracę a nie chcąc z niej rezygnować stwierdziłam że jak nie daja stypendium to nie będzie problemów z pracą bo przecież człowiek musi z czegoś żyć.
          Od razu jak dostałam się na studia okazało się że jestem w ciąży do tego zagrożonej. Trochę jeszcze popracowałąm, poszłam na zwolnienie i leżałam w szpitalu, później w domu, w pracy nie przedłużyli ze mną umowy o pracę, doktorat leżał, moje praktyki zawodowe na rzeczoznawcę też leżały.
          Tak więc wszystkie moje plany zawodowe a było ich wiele runęły. Ale ja i tak byłam szczęśliwa bo nosiłam w brzuszku Małą Dziewczynkę i tylko to się liczyło.
          Urodziła się zdrowa. Próbowano mnie wyrzucić ze studiów mówiąc że ja mam jeszcze czas na karierę (!!!) a teraz jest kolej na mojego męża, że ja mam w domu siedzieć z dzieckiem a uczelnia to nie jest stypendium socjalne (to są słowa dziekana).
          Prawdę mówiąc przed tym incydentem moim jedynym marzeniem było skończyć praktyki, zdać egzamin zawodowy i rozpocząć własną działalność i być w domu z Małą, olać ten doktorat nikomu do niczego nie potzrebny. Także nie jestem typem naukowca, po prostu nadarzyła się okazja i dla własnej satysfakcji i mojej rodziny zostałam na uczelni.
          Ale jak usłyszałam takie słowa to stwierdziłam że żaden szowinista nie wywali mnie ze studiów mówiąc że mam w domu siedzieć a teraz mój mąż będzie robił karierę. Też mi kariera. Skąd w ogóle to słowo !!!
          No i zostałam. Jestem na drugim roku. Muszę do czerwca otworzyć przewód, w domu ośmiomiesięczna Dziewczynka a mi się nic nie chce. Zajęcia prowadzę dwa razy w tygodniu i w weekendy i to bez żadnych pieniędzy. Nie mogę się zebrać do pracy a czas leci. Ale nie popuszczę. Nie dam satysfakcji szowiniście.
    • anetadr Re: Mamy z doktoratem 03.03.04, 13:02
      Kasiu!

      Powiem Ci, że trudny to był czas dla mnie, ale z perspektywy czasu nie żałuję.
      Zaszłam w ciążę tuż po rozpoczęciu studiów doktoranckich. Świadomie
      zrezygnowałam ze studiów dziennych i ze stypendium na rzecz "normalnej" pracy w
      wymiarze 40 godzin tygodniowo i pensji mniejszej niż to stypendium. Nigdy nie
      żałowałam tej decyzji. Przez te kilka lat zdobyłam ogromne doświadczenie, mam
      stały etat i po zdobyciu odpowiednich uprawnień w miare przyzwoitą (jak na moją
      grupę zawodową i na tle moich koleżanek z pracy) płacę. Gdybym poszła na studia
      dzienne, to po 4 latach miałbym doktorat, ale prawdopodobnie nie byłoby dla
      mnie etatu w Instytucie. Zresztą i tak nie chciałam tam pracować. Jakie to były
      lata? Nie powiem, że łatwe. Na szczęście wiele osób mi pomagało: mama zajmowała
      się moim dzieckiem, w pracy prowadziłam wszystkie badania, w odpowiednim czasie
      znalazł się ktoś, kto mi pożyczył komputer, żebym mogła spokojnie w nocy pisać.
      W dodatku w chwilach zwątpienia (licznych, licznych...) mogłam liczyć na
      życzliwy kopniak. Gdyby nie te wszystkie osoby, na pewno by mi się to nie
      udało. W trakcie studiów moja promotorka przeniosła się 300 km od mojej
      macierzystej uczelni, więc spotykałysmy się co kilka miesięcy. Jak teraz o tym
      wszystkim myślę, to stwierdzam, że nie było łatwo, ale było warto. Było warto
      udowodnić sobie, że można się zmobilizować, że można wykrzesać z siebie tyle
      dobrego, żeby to zaowocowało np. doktoratem. Dlatego też wszstkim piszącym
      życzę powodzenia, zaciśnięcia zębów i pisania. Sama końcówka jest najgorsza.
      Człowiek już przemęczony, sił brakuje, koniec wydaje się odległy, ale warto.
      Satysfakcja z osiągniętego celu rekompensuje wszystkie trudy.

      Pozdrawiam

      Aneta
      • suffo Re: Mamy z doktoratem 03.03.04, 13:44
        Glupkowata, to okreslenie mojego taty, który sam nie zrobil doktoratu,
        przeszedl z asystenta AGH, na technicznego na UJ i jest najmadrzejszy, co
        niestety zazwyczaj musze szczerze mu przyznac. Mnie i mojej przyjaciolce tak
        się spodobala nazwa, ze już minimum 15 lat się tak nazywamy. Glupkowata wpada w
        spazmy smiechu bez wiekszego powodu, wychodzi na ulice w rogach na glowie,
        zostawia w kawiarnianym menu zdjecie Michaela Jacksona, zapomina i przekreca
        podstawowe slowa, itp. Poza tym glupkowata/y w moim przekonaniu nie jest
        obrazliwe.
        Moim marzeniem jest bycie może nie sprzataczka, ale pania na poczcie, w banku.
        W ostatnim poscie duzo pisalam o swoich wadach, teraz powiem cos o zaletach –
        wydaje mi się, ze jestem sumienna, obowiazkowa, staram się zrealizowac polecone
        mi zadania jak najlepiej i bylabym swietnym wyrobnikiem – trybkiem w
        mechanizmie, który wykonuje rozkazy. Ale to już material na inny post.
        Pozdrawiam wszystkie mamy – slabe i silne, madre i glupkowate, odwazne i
        tchorzliwe.

    • asia9915 Re: Mamy z doktoratem 14.03.04, 12:06
      czesc wszystkim!
      wyglada na to ze faktycznie wiele mam robi doktoraty. Ja pracuje na jednej z
      uczelni i wiele moich kolezanek wlasnie zaraz po urodzeniu dzieci zrobilo
      doktorat.
      Ja mam 1,5 letniego dzieciaka i finalizuje doktorat. Zaczelam pisac przed
      ciaza, w trakcie ciazy odrzucalo mnie od komputera i nie zrobilam nic - co bylo
      duzym bledem. Oprocz pisania czekaly mnie dodatkowe egzaminy uzupelniajce,
      poniewaz pisze w nieco innym zakresie niz magisterka. I to bylo najgorsze.
      Kilkutygodniowe dziecko wisi non stop u piersi a ja mam sie uczyc. Straszny
      stres dla mnie i dziecka. Po 3 miesiacach zdalam i wlasciwie od tej pory poszlo
      z gorki. W styczniu 2003 otworzylam przewod co juz bylo bardzo przyjemnym
      doswiadzceniem i zaczeam dalej pisac. Alw tym razem postanowilam ze to pisanie
      nie odbedzie sie kosztem dziecka. Otwarcie powiedzialam promotorowi (ktory mnie
      bardzo mobilizowal i zalezalo Mu zeby szybko skonczyc) ile jestem w stanie
      dziennie pisac. Czyli 2-3 godzin jak maly w nocy usnie (miedzy 20 -23). I tak
      robilam. Codziennie. I bardzo szybko napisalam. Codziennie cos, nie zawsze
      tyle, czasem godzine, ale kazdego dnia. I ta systematycznosc mi pomogla. Teraz
      praca jest juz prawie gotowa, zostaly mi drobne poprawki. No i musze jeszcze
      zdac egzaminy doktorskie, ale tym sie poki co nie martwie - jak juz tak dalek
      zaszlam to jakos je musze przeciez zdac! Ale okresy totalnych dolow mialam! Nie
      przejmuj sie wiec i skoncz to. warto dla samej siebie. tylko dzialaj
      systematycznie a bedzie dobrze! Pozdrawiam wszystkie emamy doktorki (obecne i
      przyszle)
      • ulala72 Re: Mamy z doktoratem 14.03.04, 14:28
        Witam panie doktor i panie doktorantki.
        Ja już na szczęście po.
        Urodziłam dziecko na drugim roku studiów doktoranckich i musiałam zrobić sobie
        roczną (!) przerwę, bo synek był chory i wymagał intensywnej opieki. Mimo
        wszystko starałam się działać naukowo, bo sporo materiałów zdążyłam wcześciej
        uzbierać. Co ciekawe, pisałam ten doktorat częściowo w kuchni (mieszkaliśmy w
        jednopokojowym mieszkaniu), a częściowo u koleżanki, gdzie wychodziłam, kiedy
        do małego przychodziła niania (4 godz. co drugi dzień). Jak synek skończył dwa
        lata, dwa razy w tygodniu jeździłam do Ostrołęki na wykłady i ćwiczenia (jestem
        z Wawy, więc miałam kawałek). Obroniłam się w terminie i z wyróżnieniem.
        Ale nie powiem, patrzyli na mnie jak na ciekawostkę przyrodniczą, bo w moim
        zakładzie dzieciaci są tylko faceci (tzn. ich żony, wiadomo jak jest).
        Żeby było śmieszniej, kiedy szykowałam się do obrony, zapowiadano konkurs na
        adiunkta, w którym miałam sporo szans. Ale cóż, kiedy dwa tygodnie po obronie
        okazało się, że jestem znów w ciąży i to zagrożonej. Wyrok - leżenie plackiem
        do końca. No to wydawało mi się, że wszystkie szanse przepadły. Tymczasem
        konkurs się nie odbył z braku kasy, a ja leżąc plackiem porobiłam sobie mnóstwo
        fajnych publikacji, tłumaczeń, nawet brałam udział w konferencjach (referaty
        odczytywane przez kogo innego). W dodatku dostałam poważne zlecenia redaktorsko-
        wydawnicze i miałam co robić do końca ciąży. Dzidzia się szczęśliwie urodziła i
        już zamierzałam osiąść na macierzyńsko-domowej mieliźnie, kiedy nieoczekiwanie
        znów zaproszono mnie do współpracy.
        Teraz mam trochę zajęć dydaktycznych, tłumaczenia, recenzje, redakcję - nie
        wiem, w co ręce (i głowę) włożyć. Ale, paradoksalnie, z moją dwójeczką jest mi
        jakoś łatwiej niż z jednym (ale oboje są zdrowi), mam jakby więcej czasu (jak
        to mozliwe?). Ale przede wszystkim mam mocne zakorzenienie w realu, co jakoś
        widać w mojej pracy naukowej. Acha, i mamy nowe mieszkanie, a w nim - mój
        gabinet! Zamykany na klucz! To dopiero osiągnięcie.
        Mamy doktorantki, wiadomo, że bywa ciężko i trudno i beznadziejnie. Ale
        wszystko się z czasem jakoś poukłada. A Wy będziecie miały i doktorat i pracę i
        rodzinę. I dalsze wspaniałe perspektywy! Czego wszystkim nam życzę.
        • utalia Re: Mamy z doktoratem- do ulala 14.03.04, 15:42
          Ulala powiedz jak fizycznie jest mozliwe pisac publikacje itd. lezac plackiem?
          Wiem, ze to lezenie plackiem czesto polega na doslownym lezeniu, z glowa
          nierzadko ponizej reszty ciala, jedynie mozna sie oddalic na siusianie i szybki
          prysznic a czesto i to nie. Natomiast pisanie czegokolwiek wymaga tworczego
          przeanalizowania, napisania przy komputerku (a to wymaga jednak postawy
          siedzacej)wiec jak? Jako "naukawiec" prosze o dokladne wyjasnienie zagadnienia.
          Utalia
          • ulala72 Re: leżenie plackiem a praca naukowa 14.03.04, 17:26
            No tak, to faktycznie nie było proste, ale powiem Ci, że pisanie publikacji
            leżąc plackiem okazało sie w praktyce dużo prostsze niż popołudniowa opieka nad
            szalejącym przedszkolakiem. Ale do rzeczy.
            Kiedy leżałam plackiem w szpitalu (u mnie akurat głowa nie musiała być poniżej
            reszty ciała, mogłam też - z rzadka - obracać się na boki, ale na siusiu
            wstałam dopiero po miesiącu), byłam w okropnej depresji, rzucało mnie po
            fenoterolu i wszystko mnie okropnie denerwowała, a najbardziej współlokatorki.
            Mąż przynosił mi więc masę książek (mam doktorat z literaturoznawstwa), które
            czytałam chcąc odseparować się mentalnie od obmierzłej rzeczywistości
            szpitalnej (przesada, leżałam na Żelaznej, a tam jest naprawdę OK). I potem
            przyszło mi do głowy, że będę pisać recenzję tych nowości, żeby się chociaż
            kasa zwróciła. Pisałam odręcznie, koleżanka przepisywała, dawała do wglądu i
            wysyłała w moim imieniu. A jak napisałam już z dziesięc tekstów, to zaprałam
            się za eseje porównawcze, podsumowania itd.
            Jak wróciłam do domu, to zainstalowałam się z łóżkiem w gabinecie (pracuję na
            małym laptopie); wieczorami robiłam listę materiałów (książki, papiery,
            dyskietki, słowniki itd.), które mąż miał przygotować na rano i zostawić (razem
            z piciem, jedzeniem, telefonem itp.) koło łóżka. Potem do przyjścia syna z
            przedszkola pracowałam, przyjmując postawę półsiedzącą lub leżącą na boku
            (super niewygodną). Kiedy sytuacja wymagała twórczego przeanalizowania, kładłam
            się wygodnie i notowałam w notesiku kolejne złote myśli. A jak czułam się źle,
            to spałam albo oglądałam filmy.
            Najwięcej problemów stwarzały tłumaczenia, bo dopiero wertowanie słowników
            okazało się naprawdę męczące. Ale tłumaczenia robiłam wtedy, kiedy mogłam juz
            na dłużej siadać.
            I powiem Ci, Utalia, że te "naukawe" zajęcia uratowały mnie od szaleństwa w tym
            leżeniu, dały mi siłę i teraz już nic nie wydaje mi się trudne ani niemożliwe.
            Najważniejsze to zmobilizować się do działania, a dalej to już świat jakoś
            stara się dopasować - dla chcącego... itd. A, i konieczny jest uczynny i
            wyrozumiały mąż.
            Dodam jeszcze, że na miesiąc przed porodem mój synek złamał sobie rękę (okropne
            złamanie z odpryskiem w dwóch kościach, musiał mieć operację itd.), a ja nie
            mogłam ruszyć się z domu, żeby z nim być w szpitalu. I jeszcze nie mogłam się
            denerwować, żeby nie zacząć rodzić, bo chciałam być jeszcze w domu, jak mały
            wróci cały nieszczęśliwy i obolały z gipsem.
            Kiedy wróciłam do domu z maluszkiem, ręka (oczywiście prawa!) nadal była w
            gipsie i w związku z tym konieczna była prawie całkowita obsługa dziecka (a ja
            po drugim cc). Jak zdjęto ten cholerny gips, maluch wyszedł ze stanu
            noworodkowego i zrobiło się piękne lato, to poczułam się jak w nowym życiu. Do
            tej pory tak się czuję.
            Teraz kończę już te wynury, bo choć fizycznie możliwe jest pisanie takich
            długich postów z progeniturą zgrupowaną wokół krzesła (córa ćwiczy stanie przy
            moich kolanach, syn ujeżdża moje plecy), to jest faktycznie wykańczające.
            Pozdrawiam raz jeszcze.
            • utalia Re: leżenie plackiem a praca naukowa 14.03.04, 18:33
              Dzieki Ulala za wyczerpujace wyjasnienia. Tak myslalam, ze musial Ci to ktos
              przepisywac i oczywiscie rozgarniety i uczynny maz w tej sytuacji jest
              nieodzowny. Faktycznie, ze te prace mogly trzymac przy zyciu. Zawsze sie tego
              balam zebym tylko nie musiala lezec w czasie ciazy. Na szczescie nie bylo to
              konieczne. Pozdrawiam Utalia
    • agamar1971 Re: Mamy z doktoratem 15.03.04, 14:15
      Cześć dziewczyny,
      ja na szczeście też jestem już "po". Obroniłam się w czerwcu 2001, a w
      listopadzie urodziła się moja córka. Myślę że to właśnie ona dała mi "kopa".
      Wcześniej wszystko szło opornie, na wszystko niby miałam czas, ale nic mi się
      nie chciało robić. Pisanie o literaturze, czyli według większości znanych mi
      ludzi o tzw. głupotach, wydawało mi się bez sensu. Tym bardziej że jednocześnie
      miałam pracę w dobrej, żagranicznej firmie, do której miałam wrócić po
      macierzyńskim. No i cóż? Nie wróciłam, mimo że pensja dobra i większa możliwość
      awansu. Kiedy dostałam propozycję etetu na Uczelni, zastanawiałam się tylko
      chwilkę. I nie żałuję. Nie żałuję też że skończyłam swój doktoat, choć nie raz
      miałam ochotę wszytko rzucić (nie planowałam pracy na uniwerku). Teraz moje
      dziecko ma już ponad dwa lata, większość czasu spędza ze mną, a ja mam swobodną
      i dającą poczucie wolności twórczej pracę. Ciekawe, że od kiedy jest mała mam
      ochotę do tej pracy, stałam się bardziej obowiązkowa i zorganizowanana. A bez
      tego niestety ani rusz. Tak więc zabieraj się do roboty, zaciśnij zęby i jak
      już ktoś podpowiadał rób wszystko systematycznie. Zobaczysz,że nie będziesz
      żałować. A w momencie depresji pomyśl sobie że na doktoracie świat się nie
      kończy. Ot, praca jak każda inna. To bardzo pomaga.Życzę powodzenia i
      pozdrawiam wszytkie obecne i przyszłe "doktórki",
      Agnieszka
      • jol5.po Re: Mamy z doktoratem 29.03.04, 13:00
        Witam wszystkie dziewczyny. Ja jestem bardzo nietypowa i aż boję się napisać,
        żeby Was nie zaszokować – ale mam aż 5 dzieci. Przewód otwarłam w 2001 r. Na
        studium doktoranckie dostałam się mając 3 dzieci – ale mówiłam, że mam 2 – bo
        te urodziły się jeszcze na studiach i o nich było ogólnie wiadomo. Na studium
        poszłam, bo: szukałam zajęcia, które czasowo nie odbierze mnie dzieciom, zmusi
        mnie do rozwoju, da mi jakieś pieniądze. I to był dobry wybór. Promotora mam
        totalnie niezainteresowanego pomocą mi, do wszystkiego muszę dochodzić sama (
        na szczęście mój mąż też dr z tej samej dziedziny, tylko innego okresu, więc
        merytorycznie można przedyskutować to i owo), ale dzięki temu udało się panu
        prof. „przeoczyć” moje 2 ciąże (5 miesięcy wakacji robi swoje).
        Z cyklu jak sobie radziłam: zaczynając miałam 3 dzieci w domu, więc starałam
        się dużo czytać, od czasu do czasu biblioteka, archiwum i zbierania materiałów.
        Potem dziećmi zaopiekowała się szkoła i przedszkole. Kiedy miałam kolejne
        dziecko odciągałam mleko i gnałam na seminarium. Zajęcia prowadziłam zgrupowane
        raz na miesiąc cały dzień (siostra miała wtedy niemowlaka, więc karmiła i
        moje), nabyłam komórkę i fundowałam mojej małej spacerki z dziadkiem pod
        archiwum, gdzie zbierałam mat., jak płakała zjawiałam się. Porody przedłużyły
        mi czas do pisania pracy prawie o rok (urlopy macierzyńskie).
        Teraz jestem już na finiszu i dopiero się okaże czy uda mi się skończyć. Studia
        przeszłam może trochę minimalistycznie (4 artykuły, 1 konferencja), ale co
        trzeba to zrobione. Teraz jestem już trochę zmęczona takim funkcjonowaniem, bo
        zafundowałam sobie stan ciągłego niepokoju – robię coś innego, a powinnam
        pisać, a z drugiej strony, gdy piszę to w domu straszny burdel (wolę oszczędzać
        na sprzątaniu niż na czasie dla dzieci). Ale jakoś się kręci. Zauważyłam, że
        najtrudniej zabrać się do pracy po przerwie i wtedy jest to tak bolesny proces
        jak opisujecie, ale gdy ruszy do przodu, to potem przy systematycznej pracy
        (nie musi być wcale tak dużo) coś powstaje, nastrój się poprawia.
        Ja jestem z dwóch światów ( i to z wyboru) totalnego macierzyństwa i tego
        naukowego. Chyba mój prawdziwy to jednak macierzyństwo. Ale studium dało mi
        namiastkę praktyki zawodowej i zawsze będzie łatwiej zastartować, gdy dzieci
        pójdą do przedszkola. A moja historia może być pociechą dla Was, że wszystko
        możesię udać, choć nie musi to przybierać takiej „eksrtemalnej” formy
        Z historycznym pozdrowieniem - Jola

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka