Jako maturzystka, niestety, wciąż mam wf. Z wf-em "kochamy się miłością szczerą i wieczną" od czasów, gdy był jeszcze rytmiką w przedszkolu. Ale nie ta rzecz.
Ogólnie nie narzekam na kondycję. Umiem przejechać spory dystans na rowerze (50 kilometrów w sześć godzin z dłuższą przerwą na łażenie po zaroślach i szukanie pomnika), spokojnie chodzić po górach, lubię pływać... ogólnie, nie jest ze mną źle.
Na wf-ie w magiczny sposób tracę całą kondycję.
Teraz się już nie przejmuję tak bardzo (choć najgorszy czas w klasie boli, cholera, znacznie bardziej niż pała z czegokolwiek innego), ale kiedyś to był dla mnie koszmar
Najgorzej jest na dworze, dlatego nie cierpię ciepłych miesięcy, które trzeba spędzić w szkole. O ile POD DACHEM mogę przebiec dość długi dystans (powyżej kilometra), o tyle na bieżni po przebiegnięciu ("przebiegnięciu", dobre sobie) zaledwie powyżej stu łapią mnie koszmarne duszności. Czuję się tak, jakby tchawicę wypełniała mi wata.
Oddycham w prawidłowy sposób podczas biegu, a gdy to nie skutkowało, próbowałam wszelkich innych metod. Nic nie działa. Nie mogę nic robić na powietrzu.
Uwierzyłabym, że to alergia - ale ja na nic nie jestem uczulona, poza tym, jak to tak? 50 kilometrów na rowerze (a potem pełna zdatność do życia i wręcz chęć powtórki) i by się nie uaktywniła? No chyba że to alergia na wf
Nie wiecie, co to może być? Z góry mówię, że