Znacie nauczycieli obarczonych takim podejściem?
Bo ja miałam ostatnio pecha poznać dwie takie osoby (poziom przedszkolny). Nic nie dociera, rodzic to wróg, którego należy ustawić. Ewentualnie (lajtowo) niesforny uczniak... Ale zdecydowanie nie partner w dyskusji.
To wszytko w opozycji do młodych zaangażowanych pedagogów, otwartych na różne sugestie, odnoszących się z szacunkiem do dzieci i rodziców.
Jako że otrzymałam - w pewnym sensie

- potwierdzenie z ust zwierzchnika jednego z owych "PRLowskich belfrów", że problemy z komunikacją wynikają z nawyków, mających początek w byłym systemie, chciałaby Was zapytać, czy też widzicie takie dwa typy nauczycieli.
Czy często jeszcze w naszej edukacji trafiają się ci "skażeni" komunizmem i czy oni nie przekazują swego podejścia niektórym spośród tych młodszych?