beataj1
06.07.14, 15:10
Mam dylemat i to duzy. Chodzi o matkę mojego lubego. Nie lubie jej, ona nie lubi mnie. Od kiedy urodziła się moja córka mamy coniedzielną pańszczyznę - czyli trzeba pojechać do babci w odwiedziny bo ona strasznie tęskni i jej strasznie smutno bez niuni itd.
Ja tego nienawidzę po prostu - kobieta jest marudząca, wiecznie nieszczęśliwa i skrzywiona. Poza tym trzeba jej pilnować bo kocha przez karmienie i pare razy córka już wracała od niej z biegunką albo innymi rewelacjami z przekarmienia - teściowa ma pomysły z gatunku dawania tortu 4 miesiecznenu dziecku bo na pewno będzie jej smakować. Każda niedziela popsuta bo trzeba dostosowywać plany do obiadku u teściowej. Najchętniej bym tam nie jeździła bo te wizyty są naprawdę dla mnie jak za karę.
Ale z drugiej strony sama wychowałam się z babcią i wiem że taka relacja jest ważna i cenna. I nie chce jej pozbawiać córki. Z trzeciej strony nie bardzo wierzę w te jęczenia teściowej o tęsknocie za wnuczką bo z pozostałymi wnukami które nie mieszkają znowu tak daleko (około 200 km) widziała się ostatni raz z 8 lat temu (z najmłodszym poza moją córką raz na chrzcinach a chłopak ma teraz z 13 lat). Nie tęsnkni nie wspomina tak jakby ich nie było. Ot, ma jedną prawdziwą wnuczkę - moją córkę.
I mam kłopot bo mi się co niedziela flaki przewracają, wkurzam się bo nic nie można zaplanować bo pańszczyzna, wszystko dopasować do niej. Czy ograniczać czy nie. Ja muszę rozpocząć dyskusje bo mój luby łapie się na jej jęczenia i marudzenia o samotności - a kobieta jest świetna w budowaniu poczucia winy i presji.
Kurcze męczyć się (w imię dawania babci dziecku) czy nie.
PS. Moje wizyty ograniczyłam tam do minimum ale to nie zmienia sytuacji że niedziele mamy rozwalone bo trzeba wszystko dopasowac do obiadku i kolejnych kilku godzin wysłuchiwania marudzenia.