bufo.bufo
03.05.15, 18:52
Jestem na świeżo po porodzie, postanowiłam się zatem podzielić z Wami refleksją nt. systemu rooming-in. Przebywałam w najlepszym szpitalu w moim mieście (klinika uniwersytecka), jednak wiem, że jeśli wpadnie mi do głowy kiedyś znów mieć dziecko, mocno się zastanowię, czy chcę powtórki i powrotu tam. System rooming-in w praktyce sprowadzał się do tego, że położne od noworodków wypychają dzieci do umordowanych porodem lub cesarką matek, często właściwie nie spionizowanych, zacewnikowanych, nie pomagają ani w przewijaniu, ani w karmieniu, a same siedzą w swojej sali przed komputerem lub w kącie i piją kawkę/plotkują/oglądają filmy itd. Dzieci zabierają jedynie wieczorem na chwilę do wykąpania.
Absolutnie nie mam zamiaru powiedzieć, że nie chciałam zajmować się synkiem - przecież jestem matką i wiedziałam, że to właśnie moje zadanie - karmić, przewijać, doglądać. Jednakże muszę powiedzieć na podstawie obserwacji, że miałam wielkie szczęście dość szybko powrócić do względnej sprawności (w czym zapewne niemała zasługa ketonalu

), synka dostałam na stałe do pokoju po 18 godzinach; widziałam jednak przypadki innych kobiet na oddziale, które naprawdę nie były (krótko po operacji) w stanie zajmować się dziećmi - i reakcja personelu była następująca - położne i lekarki posunęły się do straszenia, że zawiadomią opiekę społeczną i naciskały na konsultację z psychiatrą. Tak nie powinno być.
Czy mogłybyście podzielić się wspomnieniami, jak było u Was? Jak odbieracie ideę rooming-in?