elske
19.07.15, 10:14
A latwiej jest wygadac sie przed ludzmi, ktorych nie znam osobiscie, ktorzy nie beda szeptac za plecami i patrzec na mnie ze wspolczuciem.
Na poczatku czerwca polecialam do rodzicow w odwiedziny. Krotka wizyta, trzydniowa. Pierwszego dnia dowiedzialam sie , ze moj tato ma zdiagnozowny nowotwor tkanki miekkiej. Na szczescie nowotwor nie jest zlosliwy. Tato ma juz wyznaczona date operacji. Dwa dni pozniej mama poszla do ginekologa, bo miala dziwne plamienia.Wrocila z diagnoza: podejzenie nowotworu. Po 3tyg przyszly wyniki . Diagnoaza potwierdzona . W piatek mama miala operacje.Usuneli jej macice i jajniki. Lekarze nic nie mowia. przed nia jeszcze chemio i radioderapia. Mama ma 58 lat. Miala swietne wyniki w dniu przyjecia do szpitala ( ogolnie jest w dobrej formie, w pracy dziennie robi ponad 20 km na pieszo, biega , chodzi z kijkami, startuje w zawodach), tylko ze ma raka.Przed operacja byla u mnie przez 10 dni z tata. Nie rozmawialysmy o chorobie, nie chciala. Tylko caly czas mowila, ze szkoda jej tych wszystkich zawodow, w ktorych teraz nie bedzie mogla wziasc udzialu.
W srode tato ma operacje. W tym samym szpitalu.
Po pierwszej wizycie u ginekologa, smiala sie ze jeszcze bedzie tak, ze razem beda w szpitalu i beda sie odwiedzac. Wykrakala.
A ja? W dzien jest ok, nie mysle o tym. Ale w nocy nie moge spac. Siedze i mysle i placze . Konczy sie na tabletkach uspokajajacych, zebym mogla zasnac. Dzieciaki nie wiedza , ze dziadkowie sa chorzy. Za miesiac jedziemy do Polski na tydzien. Juz sie ciesza. Tato za pol roku przechodzi na emeryture . Juz zapowiedzial, ze zabieraja moje dzieci na wakacje do siebie.
Caly czas mysle, ze teraz rak to nie wyrok smierci, ze wszystko bedzie dobrze, ze teraz placze, ale pozniej wszystko bedzie dobrze. Bo przeciez musi byc dobrze.