czekoladazkremem
20.07.19, 16:34
W zeszłym tygodniu urządziłam ognisko. Moja siostra nieoczekiwanie przyjechała z koleżanką i dwójką jej dzieci - koleżanka odwiedziła ją bez zapowiedzi i było głupio tak ją wyprosić, więc zabrała ze sobą. Bo mnie to nie robi różnicy. Ok, dobra, niech będzie, chociaż zachwycona nie byłam, ponieważ ognisko organizowane dla rodziny, mieliśmy omawiać pewne sprawy, o których obcy niekoniecznie muszą wiedzieć. Ale dobra. Dzieci - masakra. W wieku wczesnoszkolnym, więc nie maluchy, ale szalenie absorbujące, krzykliwe, nieposłuszne. Uwagi matki kompletnie olewały. Na szczęście byli wszystkiego może dwie godziny, bo panią wydzwonił mąż, wściekły zresztą, że musi po rodzinę jechać ponad pięćdziesiąt kilometrów - do mnie z Warszawy tyle jest a pani nie uprzedziła - "bo ona taka spontaniczna jest" - hahahaha. Mąż podjechał, pani się ze mną pożegnała, dziękując za miło spędzony czas, że tak u mnie fajnie, na pewno jeszcze mnie odwiedzi z dziećmi (tja, jasne, po moim trupie). Impreza się skończyła, goście porozjeżdżali, sprzątnęłam to co najpilniejsze i poszłam spać. Następnego dnia okazało się, że kochane dzieciaczki uszkodziły moją ukochaną rzeźbę - dziad i baba wyrzeźbieni w drewnie z kozą na postronku. Dziad miał wiklinowy kapelusz - dzieciaczki zdjęły go - a raczej wyrwały, bo był przyklejony na klej, żeby wiatr nie zwiewał - i wrzuciły do oczka wodnego. Tam też wylądował kostur. W kapeluszu dziura, do wyrzucenia. Babie zdjęły wiklinowy kosz z kwiatami i rzuciły na ziemię, kwiaty oczywiście się połamały, bo pnące. Koza straciła brodę, jedno oko i pół ogona, wiklina na grzbiecie połamana, raczej nie do wymiany. Nie widziałam tego co dzieci wyrabiały, bo byłam zajęta gośćmi, zresztą była z nimi ich matka, założyłam więc (może niesłusznie), że dopilnuje pociech. Szlag mnie trafił, zadzwoniłam do siostry, mówię co i jak, że proszę o kontakt do pani, ponieważ będę żądać naprawy szkody, ewentualnie zwrotu kosztów. Siostra na mnie z buzią - że ona mi nie da namiarów, bo nie będzie psuć sobie stosunków z tą panią, a zwłaszcza z jej mężem, bo mają jakieś wspólne interesy, żebym dała sobie spokój, a rzeźba i tak jej się nie podobała. Dobra, jej się nie podobała, ale mi tak - uwielbiam sztukę ludową, a rzeźba była robiona na zamówienie i wieziona z drugiego końca Polski. I co teraz zrobić? Dać sobie spokój? Znajomej siostry nie znam, pierwszy raz ją na oczy widziałam. Machnąć ręką?