nangaparbat3
25.10.19, 19:50
Zamieszkałam przy niej w 1982. Ulica biegnie bokiem dużego osiedla, po jednej stronie blok przy bloku, szkoły, przedszkola. Po drugiej pojedyncze budynki, park, przystanki autobusowe. Szeroka jezdnia, po dwa pasy w każdą stronę. Na długości mniej więcej kilometra 7 przejść dla pieszych.
Wkrótce potem, jak zacęłam tam mieszkać, na przejściu zginął chłopiec idący do szkoły. Zrobliliśmy w tej szkole spotkanie z przedstawicielem ZDiKu. Prosiliśmy o sygnalizację świetlną na skrzyżowaniach na początku i na końcu osiedla. Usłyszeliśmy, że to niemożliwe - zaburzyłoby ruch.
W 1991/2 musiałam przez tę jezdnię przechodzić, idąc na spacer z babcią (92/3), psem na smyczy i niemowlęciem w wózku. Bałam się. O tym przechodzeniu myślałam już od rana, to byl najgorszy moment dnia.
Niedługo potem na przejściach zrobiono wysepki. BArdzo się cieszyłam. Któregoś dnia słuchałam lokalnego radia, ktoś zadzwonił: Co za pomysł, żeby drodze szybkiego ruchu robić wysepki spowalniające jazdę! Dzwoniący był po porstu wściekły.
Dowiedziałam się, że można drogę biegnącą przez osiedle w środku miasta, z przejściami co 100-150 metrów, uważać za drogę szybkiego ruchu.
Niedługo potem na przejściu dla pieszych zabito panią, która szła do swojego auta na parking strzeżony.
Mierzono prędkość samochodów. Znajomy powiedział: Nikt nie jeździ sześćdziesiątką, trzeba być idiotą, żeby tak się wlec.
I chyba wtedy zainstalowano sygnalizację świetlną na początku i na końcu osiedla.
Odżyliśmy.
Potem ograniczono prędkość do 50. Co ostrozniejszi kierowcy zaczęli jeździć sześćdziesiątką.
Po paru latach zainstalowano kolejne światła - na przejściu w pobliżu szkoły podstawowej.
Był też radar.
Ewidentnie spowalniał kierowców.
Ale go po dwóch-trzech latach zlikwdowano. Przeciwnicy radarów, pod wodzą elit, w tym niektórych znanych dziennikarzy, odnieśli sukces.
Chciałabym, żeby wrócił.
Jakiś rok temu zabito rowerzystkę. Miała pierwszeństwo, była na ścieżce. Jesiennymi rankami jeździmy do miasta pod słońce, które jest nisko, oślepia. Trzeba radykalnie zwolnić, kierowca pewnie się spieszył.
Jest jeszcze historia dość zabawna.
Rok 2012. Euro. Niektórzy właściciela aut przytraczają sobie flagi państwowe po obu stronach maski, kiedy jadą, łopoczą niczym skrzydła husarii.
Wracam do domu, jadę lewym pasem, zatrzymuję się, żeby przepuścić pieszych. Za mną jeszcze dwa albo trzy auta, a za nimi husarz. Ruszam, i wtedy husarz zjeżdża na prawy pas, wymija auta za mną, wjeżdża przede mnie i gwałtownie hamuje. Obserwowałam go wcześniej w lusterku, więc byłam przygotowana, zdążyłam.
Nie ma pointy.
Ciekawa jestem, co będzie dalej.
Na niedalekiej, też szerokiej, sześciopasmowej ulicy, gdzie prędkość jest ograniczona do 50 (ale kiedyś była do 70 i niektórzy wciąż to pamiętają) , wyłączano czasem w nocy sygnalizację. Ulica jest długa, szeroka, prosta. Przez przejście przechodziły dwa małżeństwa. Jeden z mężczyzn szedł nieco dalej niż pozostała trójka. Auto urwalo mu głowę, potoczyła się kilkadziesiąt metrów.
Jak na Patriarszych Prudach.