potworia116
28.10.21, 22:53
Na wątki lokdałnowe natknęłam po raz pierwszy w Cicho, cichutko Karpowicza i wydawały mi się wetknięte ni przypiąl ni wypiął w imię koniunkturalnie rozumianej aktualności, bez związku z głównymi wątkami opowiesci. Czas mi zweryfikowal to wrażenie na korzyść książki, myślę , że zamysł autora polegał na tym, że światowe zamarcie jest logicznym następstwem śmierci przyjaciela, bo innego końca nie będzie.
Teraz czytam Wilczą rzekę, z brytyjskim lockdownem na pierwszym planie i przedziwne jest to wrażenie czegoś zarazem doskonale znanego i kompletnie surrealnego. A to pewnie nie koniec i wielka powieść epidemiczna już się komuś kroi. A może nie, przecież paliwem powieści jest jednak jakaś akcja, a zasadą pandemii - trwanie w izolacji i karmienie paranoi. I możemy liczyć najwyżej na sugestywne impresje, a nie porządne zwierciadło na gościńcu?
Czyście, ematki, trafiły na jakiś przekonujący literacki obraz pandemii? Albo i przekonywający? Albo i nie?