maya777
06.06.06, 08:36
Mój problem nie jest od dziś. Jestem dziesięć lat z moim mężem, w tym 5 lat
po ślubie. Mamy ośmiomiesięczne dziecko. Mam 28 lat i nie wiem co robić. Było
raz lepiej, raz gorzej, ale nigdy tak źle jak teraz. Odkąd pojawiła się nasza
córeczka, jest coraz gorzej. Nie potrafię tego zrozumieć, bo to on szalał i
chciał najbardziej tego dziecka. Kocham ją ponad życie i dlatego zastanawiam
się co dalej. Co będzie mniejszym złem. Z nieokreślonych powodów wpada w
szał, krzyczy na mnie, wyzwiska, które wędrują pod moim adresem to
określenia,których lepiej nie będę tu cytować, zbyt często muszę ukrywać
siniaki pod warstwą pudru.Zrobił się leniwy, nie pomaga mi przy dziecku, od
czasu do czasu pojedzie na spacer i tyle.Najgorsze, że nigdy nie wiem kiedy
zaatakuje, zachowuje się jak despota. Po takim szale próbuje odwrócić kota
ogonem, obarczyć mnie winą. Wróciłam do pracy jakiś czas temu, potem zajmuję
się dzieckiem i domem. Takie ataki zdarzają się średnio raz na tydzień lub
dwa.Są dni kiedy jest dobrze, kiedy jestem nawet szczęśliwa.Czasami jak już
zbiorę się w sobie i podejmę decyzję, że odchodzę to robi się lepiej,
wszędzie wtedy zauważam, rodziny z szczęśliwymi tatusiami i dziećmi i żal mi
dziecka. Nachodzą mnie wtedy wątpliwości. Co ja mam robić, żeby nie
skrzywdzić dziecka?Bo ono jest najważniejsze.Jestem naiwna? dlaczego ciągle
wierzę, że będzie dobrze. Przecież gdybym patrzyła na to z boku, to mówiłabym
dziewczyno zostaw go.Dlaczego mimo wszystko to takie trudne?